• Sobota, 20 lipca 2019

    imieniny: Czesława, Hieronima

Agenci w Sejmie

Wtorek, 4 czerwca 2019 (10:52)

Rozmowa z dr. Lechem Kowalskim, autorem książek o generalicji PRL

W częściowo wolnych wyborach 4 czerwca 1989 r. Polacy odrzucili komunizm, tymczasem po 30 latach twarzą tych wydarzeń staje się aparatczyk partyjny Aleksander Kwaśniewski, zaproszony przez Europejskie Centrum Solidarności do wspólnego świętowania rocznicy wyborów, „wolności i demokracji”.

– Układ z 4 czerwca 1989 r. nigdy nie został przerwany, ale wręcz był kontynuowany. Nigdy nie było przyzwolenia ze strony peerelowskich służb specjalnych, żeby liczyć się z wolą Narodu. Proszę zauważyć, co dzieje się tuż po przegranych przez ugrupowania komunistyczne wyborach. Już dwa dni później, 6 czerwca 1989 r., gen. Czesław Kiszczak wprowadza stan podwyższonej gotowości bojowej w podległym mu resorcie. Miał wówczas do dyspozycji więcej janczarów niż liczą obecne Siły Zbrojne RP: 60 tys. milicji, 25 tys. funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, 33 tys. żołnierzy Jednostek Nadwiślańskich i Wojsk Ochrony Pogranicza. Jeżeli do tego dołożymy Służbę Ochrony Kolei, ORMO i 90 tys. tajnych współpracowników – to jest naprawdę potężna siła, która mogła się przygotować na jeszcze inne ewentualności zagrażające systemowi, który – jak wszyscy wtedy twierdzili – odchodził do lamusa historii. Nie, służby się po prostu przegrupowywały. I to nie tylko polskie, ale również służby sowieckie.

Co dzieje się w ambasadzie Związku Sowieckiego w Warszawie na wieść o tym, że komuniści przegrali wybory?

– Ambasada sowiecka, by nie być podejrzewana, że prowadzi działania wymierzone w nowy układ, natychmiast rozrzuca po całym obszarze państwa polskiego tzw. zewnętrzne rezydentury. To jaczejki komunistyczne służb specjalnych, które działają nieoficjalnie, w odrębnych strukturach i pomieszczeniach, nie podejmują kontaktów z ambasadą sowiecką przy ul. Belwederskiej. Najbliższa rezydentura znajdowała się na rogu Belwederskiej i Gagarina, to było ich pierwsze centrum, z którego ukierunkowywali dalsze poczynania służb podległych Kiszczakowi. W tamtych dniach służby sowieckie i polskie starego układu spotykały się regularnie na kortach Warszawskiego Klubu Tenisowego Mera. Uzgadniali różne gry decyzyjne, na jakich zasadach wznosić nową Polskę, jakie kręgi władzy budować, w jakich segmentach. Tam karty rozdawał zwłaszcza Marian Zacharski, który wówczas był na fali wznoszącej.

W 1995 r. służby tak się panoszyły w nowym układzie III RP, że kiedy do Aleksandra Kwaśniewskiego, przyszłego prezydenta, doszła informacja, że Józef Oleksy jest prowadzony przez niespełna 30-letniego płk. KGB Władimira Ałganowa, to go nie pytał: czy ty współpracujesz, tylko zadał jedno zasadnicze pytanie: czy bierzesz za to pieniądze? Ta rozmowa odbyła się w licznej grupie działaczy SLD.

Kto miał wtedy większe zaplecze wśród sowieckich mocodawców: Kiszczak czy Jaruzelski?

– Nigdy nie było wątpliwości, że Jaruzelski, że Moskwa stoi za nim murem. Każdy generał w tzw. kręgu generalskim, krążącym najbliżej Jaruzelskiego, bez niego nic nie znaczył u Sowietów. Wszystko zawdzięczali tylko jemu. Jaruzelski zaczął budować krąg generalski, kiedy w 1960 r. został szefem Głównego Zarządu Politycznego WP, a w 1962 r. wiceministrem obrony narodowej. Wtedy tak wspaniale dobrał sobie generałów, że w 1967 r. zrobił z nimi czystki żydowskie, powtórzył je w 1968 r., w tym samym roku napadł na Czechosłowację, w 1970 r. z tą samą grupą utopił we krwi bunt robotników Wybrzeża, w 1976 r. przygotowywał pacyfikację Radomia i Ursusa, w 1981 r. wprowadził stan wojenny. Słynny stół w kształcie podkowy, za którym siedzą członkowie Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, to ludzie, których Jaruzelski zebrał w latach 60. To był jego miecz i stal. Oni nigdy go nie zdradzili.

Dlaczego więc to Kiszczak został głównym rozgrywającym w latach 1988-1989?

– Kiszczak całe życie wkradał się w łaski Moskwy, robił to dosyć sprytnie, ale oni trzymali go jednak na dystans. Nie miał wschodniego kombatanctwa, nie przyszedł z sowieckimi szynelami, ale z Wiednia, gdzie był na robotach. To ich powstrzymywało. Rosjanie sparzyli się na Gierku, który również z tamtego kierunku się pojawił w polityce, a potem w latach 70. popłynął trochę pod prąd. Kiszczak wiedział, że nie może wyjść przed szereg. Głupota naszej opozycji polegała na tym, że w drugiej połowie lat 80. uczyniła z ministra spraw wewnętrznych męża stanu, osobę opatrznościową w strukturach władzy. Nie chcieli do nikogo innego zwracać się w sprawach ujawnienia się czy podjęcia „dialogu”, tylko do Kiszczaka. Mieli za nic Mieczysława Rakowskiego, nie trawili wręcz Zbigniewa Messnera, nie chodzili też do Jaruzelskiego. Wszyscy nagle zauważyli, że opozycja tylko rozmawia z ministrem spraw wewnętrznych. Wtedy następuje niesamowite wyniesienie Kiszczaka do władzy, staje się tak butny, że nie przychodzi na posiedzenia Rady Ministrów, ale przysyła nieprzygotowanych wiceministrów, czego nie mógł znieść Rakowski.

Jaruzelski jako człowiek służb najlepiej czuł się w ich otoczeniu. Oficerowie WSW opowiadali mi, że powstało dwuosobowe „biuro polityczne”, które stanowili Kiszczak i Jaruzelski, dochodzącymi byli Rakowski, generałowie Siwicki i Janiszewski. Jak się popatrzy na rozdzielniki pism w drugiej połowie lat 80., to one nie są kierowane – jak wcześniej – do 15, 17 osób z Biura Politycznego KC PZPR, ale do trzech, czterech, czasem tylko do Kiszczaka i Jaruzelskiego. Wszyscy inni zostali zwekslowani. Najważniejsze są służby mundurowe, które kładą się cieniem na naszym państwie do dziś.

Pana badania nad wojskowymi służbami PRL potwierdzają, że architekci Okrągłego Stołu byli do dyspozycji Moskwy, gdzie powstawały scenariusze tzw. transformacji?

– Rezydent KGB w Warszawie, Witalij Pawłow, chwalił się, że otrzymywał zawsze bardzo dokładne informacje ze szczebla centralnych władz PRL – miał na myśli Jaruzelskiego i Kiszczaka. Zachwycony podkreślał, że nawet nie były mu potrzebne jego własne służby funkcjonujące w rezydenturze sowieckiej w Warszawie. Jaruzelski przekazywał informacje o sprawach politycznych i personalnych na najwyższych szczeblach władzy, natomiast Kiszczak słał informacje dotyczące służb specjalnych. To, co najbardziej interesowało Rosjan, mieli z pierwszej ręki.

Wróćmy jeszcze do wyborów 4 czerwca. Służby komunistyczne próbowały wpłynąć na wynik głosowania?

– Od kwietnia do listopada 1989 r. ma miejsce operacja SB pod kryptonimem „Urna 89”. Znamy jej kulisy z dokumentacji komendy katowickiej SB. Jeszcze dobrze nie powstały Komitety Obywatelskie przy Lechu Wałęsie, a ludzie gen. Kiszczaka już są wśród nich. Nie było takiego spotkania w lokalach publicznych, w kościołach, zakładach pracy, gdzie by ich nie było. Wszystko rozpracowano precyzyjnie, z detalami. Do operacji „Urna 89” Wojskowa Służba Wewnętrzna deleguje 33 osoby, Kiszczak – kilkaset. Informacje z centrali mówią, że jeśli ktoś z kandydatów „Solidarności” jechał np. na Śląsk, to uruchamiano tamtejszą ekipę SB, ale jako dodatkowa obsada byli też funkcjonariusze z centrali, z Departamentu II i III MSW. Nigdy nie wypuszczali sprawy wyborów z rąk.

Służby stały się ważnym filarem układu postkomunistycznego, sterując kontrolowanym upadkiem starego systemu.

– 26 czerwca 1989 r. pojawia się szyfrówka gen. Henryka Dankowskiego [szef SB, pierwszy zastępca gen. Kiszczaka w MSW – red.], skierowana do szefów komend wojewódzkich SB w całej Polsce, z poleceniem założenia teczek nowo wybranym posłom i senatorom, którzy są już tajnymi współpracownikami SB. Dankowski każe też wycofać ich dotychczasowe teczki za okres PRL, żeby nie dostały się w niepowołane ręce. Mało tego, na początku lipca pojawia się kolejna szyfrówka Dankowskiego z poleceniem, że mimo zdjęcia tych posłów i senatorów z ewidencji operacyjnej, należy im dać do zrozumienia, że służby nadal liczą na kontynuowanie współpracy. Jednocześnie Dankowski informuje, że skierowani do Sejmu i Senatu agenci powinni być w gotowości do poparcia kandydatury Jaruzelskiego na prezydenta.

Z tego zadania wywiązali się znakomicie, bo tajny współpracownik Informacji Wojskowej „Wolski” został wybrany na najwyższy urząd w państwie. Czy nowe ośrodki władzy zdawały sobie sprawę z wpływów peerelowskiej agentury?

– Układ postkomunistyczny odgrywał cały czas w III RP bardzo istotną rolę. Wszyscy opozycjoniści uwikłani we współpracę z bezpieką, gdy dochodzili do władzy, sprawowali kierownicze stanowiska, czuli oddech służb na swoich plecach. Byli na tyle naiwni, że kiedy wchodzili do wielkiej polityki, bardzo się fraternizowali z ludźmi z dawnych służb. Uważali, że to ich poniesie w karierze, że takie kontakty są im niezbędne, nobilitują ich. Wielu wtedy po raz kolejny wpadało w objęcia służb.

Wiosną 1990 r. do Jarosława Kaczyńskiego przez pośredników zwracają się generałowie Kiszczak i Dankowski z propozycją przekazania listy 100 najważniejszych, nigdzie nierejestrowanych agentów SB, którzy w układach nowej władzy odgrywają istotną rolę. Wtedy Wałęsa nie jest jeszcze prezydentem, generałowie wiedzą, że z tą listą nie mogą iść do niego, bo znają przeszłość Wałęsy. Dlaczego Kaczyński nie podjął tego tematu, do dziś nie jestem w stanie odpowiedzieć. Kiedy Kiszczak i Dankowski przekazali mu kilkanaście charakterystyk osób ze 100 najważniejszych agentów, Kaczyński od razu je rozszyfrował, nie mając podanych nazwisk. Kiszczak mówił, że żądali za te informacje wyłącznie gwarancji bezpieczeństwa.

Polisą miały być sprywatyzowane akta bezpieki?

– Kiedy w 1995 r. wychodzi na jaw sprawa „Olina”, Kiszczak próbuje zaradzić detronizacji Józefa Oleksego i wtedy po raz pierwszy uruchamia słynne teczki z sygnaturą TW „Bolek”. Pisze do dyrektora Archiwum Akt Nowych, że dysponuje takimi materiałami i chce je przekazać. Kiszczak doskonale wiedział, że gdy teczki znajdą się w AAN, będą żyły swoim życiem. Prominentni oficerowie WSW mówili mi, że został zastopowany przez Kwaśniewskiego, który nie chciał wtedy, w 1995 r., ujawniać tych materiałów.

Choć 4 czerwca 1989 r. pokazał, że Polacy odrzucają zawartą ponad głowami Narodu ugodę z komunistami, przywódcy „Solidarności”, ratując swoich partnerów przy Okrągłym Stole, zapewniali, że pacta sunt servanda – umowy dotrzymają.

– Układ okrągłostołowy bardzo Polskę pokiereszował. Długo nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, opozycja bagatelizowała problem, np. Władysław Frasyniuk pisał, że nikt nie pamiętał po Okrągłym Stole, co tam było, bo to już nie ma żadnego znaczenia. Takie nazwiska jak Bronisław Geremek, Jacek Kuroń, Adam Michnik, Karol Modzelewski to najważniejsze postacie, które cementowały ten układ po stronie opozycji, a po drugiej stronie Jaruzelski, Kiszczak, Rakowski, Janiszewski. Utworzyły się nieformalne dwie grupy z dwóch stron barykady, sfraternizowały i co by nie powiedzieć, dotrzymały słowa. Nikomu z nich nigdy nic się nie stało – Jaruzelski spoczął z honorami na Powązkach, Kiszczakowi dano spocząć tam, gdzie rodzina wskazała, choć również chciała na Powązkach. Proszę zobaczyć, kto leży w pobliżu grobu gen. Ryszarda Kuklińskiego… To jest nadal plucie w twarz Polakom. Teraz ten układ dostał drugie życie poprzez Brukselę. Powrócili, są niezatapialni, jak Leszek Miller i Włodzimierz Cimoszewicz, na którego, mimo że miał być związany ze służbami PRL, głosowało 200 tys. ludzi.

To kolejny dowód na to, że zawiązany u schyłku PRL sojusz komunistów i części opozycji jest trwałą częścią szerszego układu, obejmującego rosnące w siłę w wielkich miastach środowiska lewackie?

– Warszawa liczy 1 mln 800 tys. mieszkańców. Zacząłem zastanawiać się, dlaczego to jest bastion nie do zdobycia przez prawicę. Spróbowałem policzyć, jakie zasoby kadrowe musiała mieć tzw. władza ludowa od 1945 r., żeby obsadzić aparat partyjny, centralne resorty, czyli spraw wewnętrznych, obrony narodowej, spraw zagranicznych, handlu, sprawiedliwości, które były zlokalizowane w Warszawie. Okazało się, że w pierwszym okresie musiało to być ok. 100-120 tys. tzw. emisariuszy komunistycznych nowej władzy. Pączkując poprzez kolejne pokolenia, dzisiaj to ok. 400-450 tys. ludzi, którzy mieli ułatwiony dostęp na dobre kierunki studiów, wyjeżdżali na stypendia, na placówki zagraniczne. Hanna Lis władała w 1989 r. już kilkoma językami, a moje dzieci w tym samym czasie tylko rosyjskim, nie widziały świata zachodniego.

Potomkowie starych „elit” opanowali nowe obszary władzy i dziś nie muszą już nosić legitymacji partyjnych. To jest bardzo niebezpieczne, bo oni są lepiej przygotowani merytorycznie i organizacyjnie i dalej się rozpychają łokciami. Jak Kwaśniewski ma nie świętować 4 czerwca? Wybory do europarlamentu pobudziły wyobraźnię, że jednak są możliwe powroty. Zostali wybrani demokratycznie w stolicy kraju, nikt ich tak nigdy nie zalegalizował. Przecież nawet Kiszczak mówił, że w 1989 r. mieliśmy pierwsze wybory od ponad pół wieku bez cudu nad urną.

Dziękuję za rozmowę.

Małgorzata Rutkowska