• Piątek, 3 kwietnia 2020

    imieniny: Pankracego, Ryszarda

Lista białoruska w archiwum FSB

Poniedziałek, 25 czerwca 2012 (14:23)

Z prof. Wojciechem Materskim, członkiem Polsko-Rosyjskiej Grupy do Spraw Trudnych, byłym dyrektorem Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk, rozmawia Mariusz Bober

Jak to możliwe, że znany historykom od lat dokument, czyli lista konwojowa 15. Brygady Wojsk Konwojowych NKWD, obwołany został listą białoruską zaginionych więźniów polskich?
- Sprawa ujawnienia listy białoruskiej jest ogromnie ważna, więc się nie dziwię, że wywołała takie emocje. Poza tym może sytuacja ta pokazuje, że za mało była nagłośniona lista osób konwojowanych przez 15. Brygadę Wojsk Konwojowych NKWD na początku 1940 r., którą "Wyborcza" wzięła za listę białoruską. Specjaliści znają tę listę osób konwojowanych, jest ona w naszych rękach od drugiej połowy lat 90. Dane z tego dokumentu zostały wpisane w siedzibie Ośrodka KARTA przy ul. Narbutta 27 w Warszawie do Indeksu Represjonowanych na Wschodzie po 17 września 1939 roku. Na podstawie tej bazy danych opublikowano już 30 tomów nazwisk osób represjonowanych na Wschodzie. Zawiera ona dane personalne tych osób, zarówno zamordowanych, jak i poddanych innym represjom, np. deportowanych do Komi ASRR, obwodu wołogodzkiego czy archangielskiego, więźniów łagrów workuckich itd. Odpowiedzialność za to zamieszanie ponosi więc korespondent "Gazety Wyborczej" w Moskwie, który najwidoczniej nie zrozumiał tego, co przekazała mu i powiedziała prof. Natalia Lebiediewa...

...która natychmiast zdementowała, że opisany przez "Wyborczą" dokument jest listą białoruską. Na ile pomocna okazała się dla polskich historyków wiedza o liście osób przewożonych przez 15. BWK NKWD na początku 1940 roku?
- Brygady Wojsk Konwojowych NKWD zajmowały się transportami tylko osób uznanych za wysoce niebezpieczne. Na niewielkie odległości więźniów konwojowała zwykle milicja sowiecka. Zatem lista ta zawiera dane obywateli II Rzeczypospolitej uznanych za "element niebezpieczny" dla ustroju sowieckiego...

Choć byli to w większości cywile?
- Nie do końca. Czym się różni tych ponad 7 tysięcy więźniów rozstrzelanych w wyniku zbrodni katyńskiej, a przetrzymywanych wcześniej w więzieniach, od jeńców wojennych z trzech obozów specjalnych? Tym, że ci ostatni zostali pojmani w trakcie agresji sowieckiej po 17 września 1939 r. i przekazani NKWD, które nadało im cudaczny status "jeńców wojennych", choć aresztowano ich we własnym kraju, do którego wkroczyły obce wojska bez wypowiedzenia wojny? Ale pozostali aresztowani Polacy zostali pojmani już w okresie okupacji sowieckiej. Wśród nich również byli policjanci, oficerowie i podoficerowie, ale też inteligencja, nauczyciele, lekarze itd. To właśnie oni zostali uznani za potencjalnie najbardziej niebezpiecznych dla ustroju sowieckiego, ponieważ byli świadomi swojej polskości oraz tego, co rzeczywiście działo się wtedy z Polską.

Jak wiele nazwisk osób z listy konwojowej może figurować na liście białoruskiej?
- Mogę w ciemno zaryzykować twierdzenie, że nawet połowa z nich.

Skoro ta lista znana jest od kilkunastu lat, to nie można jej było wykorzystać do polskiej rekonstrukcji listy białoruskiej?
- W jakimś zakresie tak, ale jest to niezwykle trudne. Można było np. założyć, że jeśli rodziny osób znajdujących się w spisie transportów 15. BWK NKWD znalazły się w tzw. pierwszej deportacji, to osoby figurujące na omawianej liście znajdują się na liście białoruskiej. Było bowiem regułą, że rodziny ofiar zbrodni katyńskiej były wywożone podczas pierwszej deportacji, jeśli nie mieszkały pod okupacją niemiecką albo w części zagarniętej przez Litwę. Można więc byłoby dzięki takiej żmudnej rekonstrukcji wyławiać te nazwiska osób figurujących na liście białoruskiej. Jednak nawet tak zrekonstruowana część listy nie będzie w 100 procentach wiarygodna. Dlatego nadal domagamy się wydania dokumentu wewnętrznego NKWD zawierającego dane tych osób.

Niektórzy uważają, że lista białoruska mogła zostać zniszczona...
- Skoro lista ukraińska zachowała się w dwóch egzemplarzach archiwizowanych w Kijowie, a prócz tego co najmniej jeden winien znajdować się także w Moskwie, to tak samo musi być z listą białoruską. Trudno sobie bowiem wyobrazić, że Centralna Trójka [Wsiewołod Mierkułow - pierwszy zastępca ludowego komisarza spraw wewnętrznych, Bachczo Kobułow - zastępca ludowego komisarza spraw wewnętrznych, i Leonid Basztakow - naczelnik I Wydziału Specjalnego NKWD - red.] układała listy śmierci obywateli polskich, nie mając fizycznie listy białoruskiej. A więc jeden jej egzemplarz musiał być w Moskwie. Jak wiele więc musiałoby nastąpić nieszczęśliwych zbiegów okoliczności, aby nie ocalał żaden egzemplarz listy białoruskiej...

Po katastrofie smoleńskiej rosyjscy przywódcy deklarowali udostępnienie wszelkich dokumentów dotyczących zbrodni katyńskiej i pełne wyjaśnienie tej sprawy. Co się zmieniło?
- Ujawnienie akt to jedna sprawa. Dla mnie równie bolesna jest odmowa przeprowadzenia prawnej rehabilitacji ofiar zbrodni katyńskiej przez władze rosyjskie. Ówczesny prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew wyraźnie deklarował dwukrotnie - 20 i 24 kwietnia 2010 r. - że osobiście zaangażuje się w doprowadzenie do rehabilitacji ofiar zbrodni katyńskiej. Jednak Rosjanie uznali, że tzw. rehabilitację moralną zapewniła rezolucja Dumy Państwowej z jesieni 2010 roku. Ale rehabilitacja moralna to nie jest kategoria prawna i nie niesie za sobą sankcji prawnych. Uznanie, że ofiary tej zbrodni rehabilitowała historia, jest przydatne do celów publicystycznych, ale nie na poziomie relacji między dwoma państwami, które mają tyle wzajemnych historycznych zaszłości, pretensji i sporów. Nieprzeprowadzenie faktycznej rehabilitacji ofiar, blokowanie przez stronę rosyjską dochodzenia w tej sprawie w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu (Moskwa odmówiła bowiem współpracy w tym względzie z Trybunałem) wymownie świadczy o rzeczywistym nastawieniu rosyjskich władz do wyjaśnienia sprawy zbrodni katyńskiej.

O uzyskanie listy białoruskiej zabiegają także polscy członkowie polsko-rosyjskiej Grupy ds. Trudnych, do której Pan należy. Dlaczego władze Rosji nie chcą przekazać tego dokumentu?
- Oficjalnie wiemy, iż mimo podejmowanych wysiłków nie udało się jej odnaleźć. Myślę, że głównym problemem jest brak tzw. woli politycznej w Moskwie. Nie widzę innych przyczyn. Rosjanie mają tak uporządkowane archiwa i tak dokładnie są one prowadzone, że nie chce się wierzyć, aby tej rangi dokumenty, jak te, których nam brakuje do pełnej wiedzy o zbrodni katyńskiej, mogły się gdzieś "zawieruszyć". Problemem natomiast może być to, że te materiały znajdują się obecnie w archiwum niepodlegającym naczelnej dyrekcji archiwów rosyjskich.

Jaką instytucję ma Pan na myśli?
- Archiwum Federalnej Służby Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, będącej w prostej linii następcą KGB, która z kolei zastąpiła NKWD. Jest to archiwum zamknięte. Czasami tylko niektórym badaczom są "oszczędnie wydzielane" jakieś materiały. Dowiedziałem się od rosyjskiego prokuratora Anatolija Jabłokowa, prowadzącego śledztwo w sprawie zbrodni katyńskiej, że w archiwum FSB ok. 800 teczek dotyczy zbrodni katyńskiej. Z tej liczby na potrzeby śledztwa prowadzonego przez Naczelną Prokuraturę Wojskową Federacji Rosyjskiej udostępniono ich zaledwie ok. 180. Co jest w pozostałych, nikt z polskich historyków nie wie... Być może są tam protokoły Centralnej Trójki, która organizowała mord katyński, nadzorowała jego wykonanie, a potem zacierała ślady. Być może są tam również sprawozdania komand katów wysłanych z Moskwy dla zorganizowania i wykonania tej zbrodni w Twerze, Charkowie czy Smoleńsku. W każdym razie archiwum FSB jest miejscem, w którym z dużą dozą prawdopodobieństwa lista białoruska może się znajdować. Takie materiały traktowane są w szczególny sposób zarówno przez władze Rosji, jak i Białorusi. Swego czasu białoruski przywódca Alaksandr Łukaszenka zapowiedział nawet, że pomoże Polsce odnaleźć listę białoruską. Ale potem szybko wycofał się z tych zapowiedzi. Myślę, że w ten sposób chciał postraszyć Rosję, że ma wiele ważnych dokumentów, które może zacząć ujawniać. Pod tym względem nie widzę specjalnie różnicy, jeśli chodzi o szanse wydostania listy białoruskiej z Moskwy czy też z Mińska.

Białoruskiemu dyktatorowi również brakuje woli politycznej?
- To prawda. Niemniej wcześniej także w relacjach z Białorusią podobne wysiłki były podejmowane. W ubiegłym roku ukonstytuowała się grupa historyków polsko-białoruskich. Brałem udział w jej pierwszym posiedzeniu. Jest to podmiot, który trochę przypomina Polsko-Rosyjską Grupę do Spraw Trudnych. Ma jednak znacznie luźniejszą strukturę, formułę i dużo mniejsze kompetencje. Dlatego niewiele udało się do tej pory zdziałać. A przecież dostęp do postsowieckich archiwów oczyściłby wzajemne relacje. Mimo wszystko próbujemy coś robić.

Z czego wynika niechęć do ujawnienia dokumentów o zbrodni sprzed 72 już lat? Nie żyją przecież jej wykonawcy...
- Od czasów pierwszej kadencji prezydenckiej Władimira Putina zaczął on prowadzić swoistą, inną niż w okresie Jelcyna politykę historyczną. Uporczywie kreuje mit Rosji jako wielkiego zwycięzcy w II wojnie światowej, gwaranta powszechnego pokoju itd. Być może Putin, a także Miedwiediew uznali, że na taki wizerunek nie powinien padać żaden cień. Dlatego niechętnie mówią o tym, że były także ciemne karty, sprawy, które należy traktować w kategoriach zbrodni państwowych, a jedną z takich spychanych w zapomnienie kwestii była zbrodnia katyńska. Jednocześnie szef rosyjskich archiwów Andriej Artizow tłumaczy, że większość dokumentów została ujawniona. Pozostały te, których ujawnienie mogłoby współcześnie narazić rodziny wymienionych w nich osób, czyli mówiąc wprost: zbrodniarzy, na infamię. Ludzie ci trwają w nieświadomości, że ich krewni byli katami, czczą ich pamięć jako żołnierzy Wielkiej Wojny Ojczyźnianej; teraz przeżyliby tragedię. To oczywiście bzdurne tłumaczenie, bo dokument o przyznaniu nagród dla ponad 800 osób odpowiedzialnych za zbrodnię katyńską został już opublikowany, a ich nazwiska są znane. Myślę, że takie tłumaczenia to tylko zasłona dla prawdziwego motywu, jakim jest chęć usunięcia jakiegokolwiek cienia, jaki mógłby padać na mit o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Poza tym gdyby przeprowadzono pełną rehabilitację ofiar zbrodni katyńskiej, a zachowała się jedna sentencja wyroku sądowego w tej sprawie wskazująca na motyw polityczny (na art. 58 par. 13 kodeksu karnego), to na jej podstawie mogłyby zacząć się procesy o odszkodowania spadkobierców co najmniej 700 tys. sowieckich ofiar straconych z tego samego paragrafu. Być może więc jest to również strach przed wypłatą odszkodowań.

A jakie jest nastawienie rosyjskich członków Grupy do Spraw Trudnych do rzeczywistego wyjaśnienia zbrodni katyńskiej?
- Część osób rzeczywiście dąży do pełnego ujawnienia prawdy i jednoznacznego potępienia zbrodniczego systemu. Na przykład prof. Natalia Lebiediewa czy prof. Inessa Jażborowska bardzo wiele zrobiły na rzecz ujawnienia wielu ważnych dokumentów czy to w sprawie zbrodni katyńskiej, czy też innych trudnych spraw w historii relacji polsko-rosyjskich. Inni są bardziej powściągliwi. Ogólnie jednak współpraca układa się nieźle. Zadaniem Grupy, o czym trzeba pamiętać, jest inspirowanie pewnych badań, ale sama Grupa ich nie prowadzi. Tymczasem do całkowitego wyjaśnienia mordu katyńskiego potrzebne są dalsze podstawowe badania archiwalne. Strona polska prowadzi je od lat, ale robi to na tyle, na ile strona rosyjska uchyla drzwi do swoich archiwów.

Jeśli jednak zarówno władze Rosji, jak i Białorusi będą ciągle blokowały udostępnienie listy białoruskiej, pozostanie żmudne jej rekonstruowanie?
- W Ośrodku KARTA w Warszawie znajduje się lista osób zaginionych na Ukrainie i Białorusi, a więc tych wszystkich obywateli II RP, po których ślad zaginął na początku lat 40. i nie wiadomo, co się z nimi stało. Lista ta zawiera ponad 30 tys. nazwisk. Z całą pewnością są wśród nich również osoby znajdujące się na liście białoruskiej, a być może nawet wszystkie są tam wymienione. Tylko jak zidentyfikować, które to osoby? Nasze straty na Wschodzie są kolosalne. Mówimy o 140 tys. zamordowanych obywateli polskich, głównie Polaków, ale to nie wszyscy. W wyniku różnego rodzaju represji na Wschodzie ucierpiało ponad milion obywateli polskich. Przecież wśród ofiar prześladowań są również deportowani, osoby zmarłe z powodu chorób, głodu, a także ci, którzy przeżyli, ale pozostali gdzieś tam, na Wschodzie, bo nie mogli się stamtąd wyrwać. Wzmiankowana prof. Natalia Lebiediewa odnalazła w rosyjskich archiwach dokument, w którym Ławrientij Beria [szef NKWD odpowiedzialny za organizację i wykonanie zbrodni katyńskiej - red.] w notatce do Stalina szacował liczbę obywateli II Rzeczypospolitej, aresztowanych na Kresach jeszcze przed czerwcem 1941 r., na ponad 400 tys. osób! Także z powodu tak ogromnej liczby prześladowanych i mordowanych trudno jest opracować precyzyjne dane o ofiarach zbrodni katyńskiej. Trzeba byłoby bowiem sporządzić ogromny rejestr prześladowanych naszych rodaków, wyłapywać wszystkie możliwe dane, zbierać relacje, listy itd., a następnie weryfikować te dane. Jest to proces, który w ograniczonym zakresie ma miejsce dzisiaj, jednak został zaczęty o 50 lat za późno.

Co mogą i co powinny obecnie robić władze Polski, by doprowadzić do ostatecznego wyjaśnienia zbrodni katyńskiej i rehabilitacji polskich ofiar?
- Cały czas prowadzone są o to starania. Ogromną, niedocenianą pracę wykonuje Ośrodek KARTA, wynajmując kwerendystów - obywateli Rosji, którzy w różnych terenowych archiwach spisują nazwiska Polaków - ofiar represji sowieckich - zsyłanych, deportowanych, rozstrzeliwanych, zagłodzonych itd. Jest to jednak długi, żmudny i kosztowny proces, który nigdy nie doprowadzi do skompletowania pełnej listy represjonowanych. W bezpośrednich relacjach ze stroną rosyjską można zabiegać o wydanie potrzebnych dokumentów poprzez Grupę do Spraw Trudnych, w której zasiada wielu historyków zarówno z polskiej, jak i rosyjskiej strony, którzy ciągle domagają się dostępu do archiwów rosyjskich i zmagają się z tamtejszymi urzędnikami, usiłując wydobyć, co się da. Nowo ujawniane materiały są publikowane w Zeszytach Katyńskich oraz Biuletynie Instytutu Pamięci Narodowej, a także w innych wydawnictwach. Gdyby jeszcze politycy mocniej zaangażowali się we wspieranie tych poszukiwań, historykom byłoby znacznie łatwiej dociekać prawdy.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Bober