• Środa, 25 marca 2026

    imieniny: Marii, Wieńczysława

Radwańska miażdży

Sobota, 12 stycznia 2013 (02:02)

 

Trudno nawet znaleźć właściwe słowa do opisania tego, co wydarzyło się wczoraj w finale turnieju WTA Tour na twardych kortach w Sydney. Agnieszka Radwańska w ciągu zaledwie 62 minut znokautowała w nim Słowaczkę Dominikę Cibulkovą 6:0, 6:0, potwierdzając, że przed Australian Open znajduje się w niebotycznej formie.

Polka była faworytką. To fakt bezsporny. Osiągane przez nią w 2013 roku wyniki (w dotychczasowych meczach nie przegrała nawet seta, wygrała turniej w Auckland) pozwalały przypuszczać, że zwycięży pewnie, ale nikt nie spodziewał się, że Cibulkovą wręcz zmiażdży. Że nie da jej ugrać nawet jednego gema. Wynik w zasadzie mówi prawie wszystko. Radwańska dominowała od początku do końca, świetnie serwowała, niemal zawsze posyłała piłkę dokładnie tam, gdzie chciała, a przy tym prawie się nie myliła.

Popełniła zaledwie osiem niewymuszonych błędów, podczas gdy rywalka aż 36. Trudno się jednak dziwić Słowaczce, która w pewnym momencie zaczęła marzyć, by koszmar się skończył i mogła uciec do szatni. Po wszystkim skryła twarz w ręczniku, jakby nie dowierzając temu, co się stało.

– Chcę cię przeprosić za ten finał – powiedziała do niej Radwańska, która prywatnie z Cibulkovą bardzo się lubi.

– Cieszę się, że mogłam wystąpić w Sydney i tu wygrać. W ciągu tygodnia rozegrałam kilka naprawdę dobrych spotkań. Dziękuję trenerowi Tomaszowi Wiktorowskiemu i tacie, który został w Krakowie – dodała.

Agnieszka wygrała swój 12. w karierze turniej rangi WTA. Kapitalna forma przez nią prezentowana pozwala upatrywać w krakowiance jednej z głównych faworytek wielkoszlemowego Australian Open, który w poniedziałek rozpocznie się w Melbourne. Co ważne, miała szczęście podczas wczorajszego losowania drabinek. W pierwszej rundzie zmierzy się z nieznaną reprezentantką gospodarzy Bojaną Babusic, a poważniejszą rywalkę (którąś z Serbek – Anę Ivanović lub Jelenę Janković) może napotkać ewentualnie dopiero w czwartej rundzie.

W ćwierćfinale może zmierzyć się z Chinką Na Li, którą pokonała w Sydney, lub Australijką Samanthą Stosur. Oznacza to, że na swej drodze uniknie przeciwniczek przez siebie nielubianych, wyjątkowo groźnych. Kilka dni temu Agnieszka przyznała, że nie przeraża jej perspektywa powalczenia o pierwszy w karierze wielkoszlemowy triumf, przeciwnie – jest na niego gotowa.

W ogóle tegoroczny Australian Open zapowiada się historycznie, przynajmniej jeśli chodzi o polski tenis. Pierwszy raz w dziejach w Wielkim Szlemie zostało rozstawionych trzech naszych singlistów. Oprócz Agnieszki (numer 4) jej młodsza siostra Urszula (31.) i Jerzy Janowicz (24.). Ula na dzień dobry spotka się z Amerykanką Jamie Hampton, a w trzeciej rundzie może ewentualnie spotkać się z „koszmarem” Agnieszki, Białorusinką Wiktorią Azarenką. W tej samej fazie może dojść do bratobójczego pojedynku Jerzego Janowicza i Łukasza Kubota, o ile oczywiście obaj do niej szczęśliwie dotrą.

Przed rokiem w Melbourne triumfowali Wiktoria Azarenka oraz Serb Novak Djoković.

Piotr Skrobisz