• Wtorek, 19 marca 2019

    imieniny: Józefa, Bogdana

Legenda wraca na tor

Środa, 13 marca 2019 (22:36)

Trwa końcowe odliczanie do inauguracji kolejnego sezonu mistrzostw świata Formuły 1 – pierwszego od ośmiu lat z udziałem Roberta Kubicy. I choć trudno liczyć, by zespół Polaka, przynajmniej na początku, mógł odgrywać w nim jakąś znaczącą rolę, to właśnie nasz rodak skupia na sobie główną uwagę mediów i kibiców z całego globu.

Gdy dziś w Melbourne, podczas oficjalnego pokazowego rozpoczęcia sezonu, w trakcie którego kierowcy spotykali się ze sponsorami, mediami i fanami, Kubica był przedstawiany, padały wielkie słowa. „Legenda, inspiracja” – to tylko niektóre z nich. Pokazujące, jak wielkim cieszy się szacunkiem i uznaniem. Tym bardziej godnym podkreślenia, że Formuła 1 jest środowiskiem dość hermetycznym. Nieustannie pędzącym do przodu, nie oglądającym się za siebie. Pamiętającym mistrzów, o pozostałych dość szybko zapominającym.

Tymczasem Kubica mistrzem nigdy nie był. Mógł być, prawdopodobnie by był, ze swym talentem i perspektywami, jakie posiadał w 2010 i 2011 roku. Gdyby nie tragiczny wypadek na trasie rajdu w Ligurii, jeździłby w barwach Ferrari, zespołu ikony, legendy, zawsze i wszędzie mierzącej w najwyższe cele, zatrudniającej najlepszych. Wyłącznie. Miał z nim podpisaną przedwstępną umowę...

W F1 zadebiutował 6 sierpnia 2006 roku, podczas Grand Prix Węgier. W spektakularnym stylu, bo zajął siódme miejsce. Radość z wywalczonej pozycji przyćmiła nieco dyskwalifikacja za nieregulaminową wagę bolidu, ale już wtedy młody Polak pokazał, jaki drzemie w nim potencjał. Niedługo później, na słynnej Monzy, cieszył się z pierwszego w karierze podium. Gdy na nie wkraczał, oklaskiwał go sam Michael Schumacher. Kto wie, być może już wtedy dostrzegał w Robercie kogoś, kto w niedalekiej przyszłości podąży jego śladem?

Być może tak by się stało… Być może… Możemy tylko spekulować, zastanawiać się, lecz nigdy nie dowiemy się oczywiście, co mogłoby się wydarzyć. Patrząc jednak na niewiarygodny talent Kubicy, fantastyczne umiejętności połączone z niezwykłym charakterem, inteligencją, mądrością, podejściem do sportu i życia, możemy zaryzykować tezę, że nasz rodak byłby mistrzem. Powtarzali to często jego rywale z toru. Rywale, wśród których miał przyjaciół, to też rzecz nieczęsto spotykana w szalonym świecie F1.

W tej serii spędził niespełna pięć sezonów. Odniósł jedno zwycięstwo w Grand Prix Kanady. 12 razy stanął na podium. Przejechał 76 wyścigów. Najlepszy w swej karierze rok 2008 zakończył na czwartym miejscu w klasyfikacji generalnej. Nie są to statystyki oszałamiające – pamiętając o tym, iż byli kierowcy, którzy osiągnęli więcej – a jednak nikt nie protestuje, gdy Kubicę nazywa się legendą. Bo w przypadku naszego rodaka nie chodzi wyłącznie o to, co pokazywał na torze. Jak jeździł? Wspaniale, z wyczuciem bolidu wręcz niespotykanym, bez żadnej kalkulacji, odważnie, pięknie.

Kubicę wszyscy pamiętają bowiem jako porządnego człowieka. Jako kogoś, kto mógł godzinami opowiadać o swojej pasji i to opowiadać tak ciekawie, jak nie potrafił tego czynić nikt. W jego słowach nie było banałów czy oklepanych frazesów. Jak nikt, Robert potrafił „czytać” bolid. Współpracować z inżynierami. Pozostawał przy tym zawsze szczery. Jak coś było nie tak, jak do czegoś miał uwagi – mówił wprost.

Gdy uległ wypadkowi, nie pozostał zapomniany, choć sam przez jakiś czas chciał o F1 zapomnieć. Tak mu było łatwiej odnaleźć się w nowej rzeczywistości, szpitalnych i rehabilitacyjnych sal. Z dala od ryku silników. Gdy jednak pojawiła się szansa powrotu do ścigania, najpierw na trasach rajdowych, a potem wyścigowych torach, dał z siebie 150 procent, by ją wykorzystać.

W 2013 roku został mistrzem świata w klasie WRC2 – „drugiej lidze” cyklu, ale był to wyczyn spektakularny, po którym stał się rajdową legendą. Karierę w tym sporcie jednak przerwał, bo na horyzoncie pojawiło się coś, do czego zawsze dążył. Po dziesiątkach operacji, setkach godzin spędzonych na rehabilitacji, w połowie 2017 roku dostał zaproszenie od zespołu Renault na prywatne testy bolidem F1. Wtedy przekonał sam siebie, że może, że to, co zdawało się nierealne, jest w zasięgu. Francuzi co prawda go nie zatrudnili, ale uczynił to Williams. Początkowo w roli kierowcy rezerwowego, a pod koniec ubiegłego roku brytyjski team ogłosił, że Kubica został jego kierowcą wyścigowym.

To był moment, w którym motorsport na chwilę przystanął. O Kubicy mówili i pisali chyba wszyscy, chyba w każdym zakątku sportowego świata. Jego historia była powtarzana, stała się inspiracją, motywacją. Nikt nie miał wątpliwości, że wydarzyło się coś niesamowitego. Że nasz rodak pokazał, że naprawdę nie ma rzeczy niemożliwych, o ile ma się wiarę, pasję i przekonanie, że można.

W niedzielę zobaczymy Roberta na starcie Grand Prix Australii, pierwszych w 2019 roku eliminacji mistrzostw świata. I choć bolid Williamsa, w którym zasiądzie, zapewne nie pozwoli mu powalczyć o jakieś znaczące miejsce, będzie to miało drugorzędne znaczenie. Najważniejsze będzie bowiem to, że Kubica po prostu będzie.

Piotr Skrobisz