• Sobota, 25 maja 2019

    imieniny: Grzegorza, Urbana, Magdy

Podatków nie trzeba podnosić

Sobota, 16 lutego 2019 (20:15)

Z dr. Marianem Szołuchą, doktorem nauk ekonomicznych z Akademii Finansów i Biznesu Vistula, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Znamy już wyniki ekonomiczne za 2018 rok. Ddeficyt budżetu państwa wyniósł 10,4 mld zł i jest o 14,9 mld zł niższy niż w roku ubiegłym. Czy w związku z tym realizację budżetu można uznać za sukces rządu?

– Zdecydowanie tak. W ogóle uważam, że poprawa stanu polskich finansów to jedno z największych, jak nie największe, osiągnięć polityki gospodarczej rządu Prawa i Sprawiedliwości, począwszy od jesieni 2015 roku. Jak pan redaktor zauważył, deficyt budżetowy w 2018 roku wyniósł mniej niż połowę tego, co przewidywała ustawa budżetowa napisana przecież przez urzędników i przyjęta przez polityków Zjednoczonej Prawicy. Rzeczywistość okazała się znacznie lepsza nie tylko od czarnych scenariuszy pisanych przez sceptyków, przez opozycję, ale także znacznie lepsza od tego, co przewidywali sami rządzący Polską. Wobec powyższego nie można tego nazwać inaczej jak właśnie sukcesem.

Żeby tylko rządzący nie spoczęli na laurach...

– Oczywiście ten nieco ponad 10-miliardowy deficyt, a więc niewątpliwy sukces, nie powinien sprawić, że rządzący, że ministrowie odpowiedzialni za sprawy gospodarcze – zwłaszcza zaś minister finansów Teresa Czerwińska – spoczną na laurach, bo sytuacja w polskich finansach publicznych nie jest jeszcze sytuacją docelową, nie jest sytuacją zdrową. Mianowicie ciągle kładą się na niej cieniem zaniedbania, różnego rodzaju zaszłości. Przede wszystkim zwróćmy uwagę, że 2018 rok – znakomity rok z 5-procentowym tempem wzrostu gospodarczego – to był najprawdopodobniej – i wszystko na to wskazuje – szczytowy rok bieżącego cyklu koniunkturalnego, czyli ostatni etap fazy ożywienia w tym cyklu. Docelowa powinna być sytuacja, kiedy w fazie ożywienia cyklu koniunkturalnego budżet odnotowuje nadwyżkę. Natomiast deficyt powinien być dopuszczalny w zasadzie tylko w fazie spowolnienia, kiedy gospodarka ma się nieco gorzej, kiedy mniej dochodów wpływa do budżetu państwa i kiedy trzeba gospodarkę pobudzać środkami publicznymi, np. inwestycjami, kiedy trzeba skutki dekoniunktury łagodzić wzmożonymi wydatkami społecznymi, aby poziom życia Polaków nie spadał nadmiernie i żeby Polacy nie popadali w tym czasie w ubóstwo. W rezultacie budżet powinien się równoważyć w ujęciu jednego pełnego cyklu koniunkturalnego, czyli w horyzoncie kilku lat.

A jak to wygląda w innych krajach Unii Europejskiej?

– W większości państw Unii Europejskiej sytuacja jest podobna, bo rok 2018 był czasem, kiedy nieco ponad połowa krajów Unii taką nadwyżkę budżetową u siebie wygenerowała. Ale wracając na grunt Polski, można powiedzieć, że widać zdecydowaną poprawę, znacznie szybszą niż oczekiwania – łącznie z moimi – ale nie jest to jeszcze sytuacja docelowa.

Jak widzi Pan najbliższą przyszłość, jeśli chodzi o finanse publiczne państwa polskiego?       

– Mam nadzieję, że w dalszym ciągu będzie postępował proces ich naprawy. Mam na myśli zwłaszcza poprawę skuteczności działania aparatu państwa, który ma dbać o uczciwy, równy, efektywny pobór podatków, czyli dochodów budżetu państwa. Ta skuteczność rzeczywiście się poprawiła i odwołując się do głosu krytyków, którzy twierdzą, że za tym niskim deficytem stoi przede wszystkim dobra koniunktura gospodarcza, czyli w domyśle jakieś czynniki zewnętrzne, zwrócę uwagę, że dobrą koniunkturę też trzeba umieć wykorzystać dla budżetu. Proszę sobie przypomnieć minione lata, kiedy dla przykładu w 2015 roku do budżetu państwa z podatku dochodowego od osób prawnych CIT, czyli od firm, wpłynęło mniej pieniędzy niż w roku 2008, mimo iż gospodarka w ciągu siedmiu lat tego okresu urosła o blisko 50 proc. To pokazuje, że koniunkturą tłumaczyć wszystkiego nie można. W minionych latach skuteczność poboru była zastraszająco niska i spadała, czego nie można było wytłumaczyć tylko kryzysem z lat 2008-2009, co najwyżej 2010, bo w okresie 2006-2015 to Komisja Europejska – nie nasze Ministerstwo Finansów – szacuje, że luka w samym podatku VAT urosła ponad trzykrotnie – z 0,6 proc. do 2 proc. PKB, a luka w VAT, podobnie jak we wszystkich innych podatkach, nie oznacza nic innego jak różnicę między tym, co do budżetu państwa powinno wpływać zgodnie z literą prawa, a tym, co faktycznie do niego trafia. Wracając do pana pytania – rok 2019 będzie czasem z pewnością trudniejszym, na co od strony państwa trzeba się przygotować mentalnie, ale też finansowo. Minister finansów i w ogóle politycy partii rządzącej powinni oglądać ze wszystkich możliwych stron każdą wydawaną złotówkę. To będzie rok – i najprawdopodobniej też kolejne lata 2020 i 2021 – kiedy trzeba będzie polska gospodarkę przygotować na trudniejsze czasy, choćby tak jak to zrobiła Zyta Gilowska w czasach pierwszego rządu Prawa i Sprawiedliwości, bo to właśnie dzięki ówczesnej minister finansów, dzięki temu, że obniżyła składkę zdrowotną, i dzięki temu, że Polska nie weszła wówczas do strefy euro, udało nam się przejść kryzys suchą nogą. Dzięki temu Donald Tusk mógł się później pochwalić Polską jako „zieloną wyspą” zaznaczoną wtedy na słynnej mapie, bo faktycznie byliśmy jednym z niewielu państw, które nie wpadły w recesję choćby nawet na chwilę.

Wracając jeszcze do 2018 roku, jak udało się osiągnąć sukces mimo szeregu programów społecznych pochłaniających sporą część państwowej kasy?

– Rzeczywiście, jeśli chodzi o rekordowo niski deficyt w 2018 roku, to był to sukces, tym większy, że osiągnięty przy rosnących wydatkach ponoszonych na cele, które Polacy popierają, takie jak wzmocnienie naszego bezpieczeństwa, a więc zbrojenia, jak wspomniane przez pana wydatki społeczne: program „Rodzina 500+”, „Wyprawka szkolna” i jeszcze parę innych. W dodatku był to niski deficyt osiągnięty bez podwyżek podatków, co dowodzi, że w Polsce wcale nie trzeba podnosić obciążeń podatkowych, by zwiększyć dochody budżetowe, wręcz przeciwnie – Polakom wystarczy stworzyć równe, uczciwe warunki do tego, by mogli pracować – a co jak co, ale pracować to Polacy potrafią i chcą – a w rezultacie, by mogli żyć z pracy własnych rąk.

Jednak przeciwnicy rządu czy szukający dziury w całym mówią, że sukces nie jest pełny, bo trzecia część dochodów budżetu wciąż pochodzi z opodatkowania pracy ludzkiej…

– To faktycznie zdecydowanie zbyt dużo, ale wiarygodność ludzi, których pan redaktor ma na myśli, czyli tych, którzy sprawowali w Polsce rządy do 2015 roku włącznie, jest po prostu żadna. Z tą tezą – niezależnie od tego, kto ją wygłasza – zasadniczo się zgadzam i jeśli Polskę w najbliższych latach czy kiedykolwiek w przyszłości będzie stać na obniżanie obciążeń podatkowych, to te obniżki powinny dotknąć właśnie obciążeń pracy. To praca jest podstawowym źródłem dobrobytu człowieka i w rezultacie też społeczeństwa, a praca w Polsce jest opodatkowana nadmiernie, ale nie podatkiem dochodowym od osób fizycznym i to nie on jest tu najbardziej dolegliwy, a przede wszystkim składkami na ubezpieczenia społeczne, zdrowotne, czyli wszystko to, co składa się na klin podatkowy wynoszący prawie 50 proc. Tak czy inaczej podatki są w Polsce zbyt wysokie – zwłaszcza podatki od pracy – i mam nadzieję, że będą one stopniowo redukowane, zwłaszcza w odniesieniu do kwoty wolnej od podatku. I to jest pierwszoplanowy postulat, który powinien być realizowany i który był przecież na sztandarach Prawa i Sprawiedliwości przed wyborami w 2015 roku. Przypomnę tylko, że kwota wolna od podatku w Polsce wynosi dzisiaj 3091 złotych, to jest w zasadzie pierwszy próg podatkowy, a 0 jest pierwszą stawką, o czym często zapominamy. Kwota wolna od podatku w Polsce jest kilkunastokrotnie, a w skrajnych przypadkach nawet kilkudziesięciokrotnie, niższa niż w krajach bogatszych, zaś obniżenie jej to proste narzędzie, zupełnie bezkosztowe, co przyniosłoby ulgę wszystkim pracującym, choć relatywnie przede wszystkim tym najsłabszym, najmniej zarabiającym, najbiedniejszym i to im pozwoliłoby na głębszy oddech. Dlatego obniżenie kwoty wolnej od podatku jest tak bardzo istotne. 

Skoro obniżenie kwoty wolnej od podatku jest tak ważne, to co stoi na przeszkodzie?

– Rozumiem pewne racje Ministerstwa Finansów, że przed nami trudniejsze lata i trzeba zadbać o to, żeby nic złego w budżecie państwa się nie zadziało, ale osobiście uważam, że w tym zakresie rządzący powinni się jednak zdobyć na więcej odwagi i – jak sądzę – Polacy doceniliby taki krok. Owszem, dostrzegam jedno wytłumaczenie – natury politycznej, a nie gospodarczej – dlaczego kwota wolna od podatku nie rośnie tak szybko, jak tego sobie życzylibyśmy, a praktycznie nie rośnie wcale – byłby to gest być może zbyt mało spektakularny od strony marketingu politycznego korzystnego dla partii rządzącej. W subiektywnym odczuciu zawsze więcej znaczy dla obywatela transfer bezpośrednio z budżetu do jego kieszeni czy na konto bankowe niż taka czy inna ulga. Tak czy inaczej jest to tłumaczenie natury politycznej, natomiast od strony efektywności gospodarczej na pewno podwyższenie kwoty wolnej od podatku przyniosłoby pozytywne skutki.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki