Scheda po marksistach
Wtorek, 12 lutego 2019 (13:26)Rozmowa z prof. Cezarym Tarachą, hispanistą z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego
Kryzys rządowy w Wenezueli następuje po 20 latach rządów skrajnej lewicy. Obiecywała ona poprawę sytuacji najbiedniejszych. Dziś to właśnie oni najbardziej protestują.
– To prawda. Hugo Chávez został prezydentem kraju w 1999 r., a teraz mamy Nicolása Maduro, drugiego prezydenta w zasadzie z tej samej formacji. Warto pamiętać, że Chávez próbował przejąć rządy w Wenezueli jeszcze wcześniej, w 1992 r., poprzez wojskowy zamach stanu, co się jednak nie udało. Trafił do więzienia, lecz potem wszedł głębiej w politykę, założył partię i wygrał wybory. Po jego śmierci w 2013 r. przyszedł Maduro. Te dwie dekady rządów lewicy nie były okresem jednorodnym.
Chávez początkowo próbował realizować koncepcję nazywaną czasem „trzecią drogą”.
– Była to wizja bardziej socjaldemokratyczna. Ale po tym, gdy w 2002 r. z kolei przeciwko niemu próbowano dokonać wojskowego zamach stanu, skręcił bardzo mocno w lewo. Zaczął wprowadzać pomysł tzw. republiki boliwariańskiej, nacjonalizować gospodarkę, tworzyć działające zgodnie z komunistycznymi postulatami rady komunalne i spółdzielnie rolne. Podstawą tych działań było oparcie się o dochody z eksportu ropy naftowej. Dopóki jej ceny utrzymywały się na wysokim poziomie, były pieniądze na wydatki socjalne i udawało się podnieść poziom życia przeciętnego Wenezuelczyka. Państwo było stać nawet na wspieranie gospodarcze Kuby. Ale też budżet państwa został rozbudowany do monstrualnych rozmiarów, pod wpływem ideologii prowadzono działania, które były zwykłym wyrzucaniem pieniędzy. Polityka oparta na sprzedaży jednego surowca, a nie na bardziej zaawansowanych gałęziach przemysłu, była bardzo krótkowzroczna. Nie prowadzono koniecznych inwestycji. Przyszło załamanie cen ropy naftowej na rynkach światowych, drastycznie spadły dochody, zabrakło pieniędzy na wydatki socjalne i w końcu ten kraj, w latach 60. jeden z najbogatszych w Ameryce Łacińskiej, znalazł się w dramatycznej sytuacji ogromnej inflacji, bezrobocia, braku podstawowych produktów żywnościowych i leków. Trudno się dziwić, że wybuchły protesty.
Jednak jeszcze w maju ub.r. Maduro, jak się wydawało, znacząco wygrał kolejne wybory prezydenckie.
– W reakcji wielu państw zachodnich, USA i Unii Europejskiej, podważano uczciwość i wiarygodność tych wyborów. Maduro posiadał z pewnością poparcie części społeczeństwa nastawionej bardziej roszczeniowo, która mogła jeszcze pokładać w nim pewne nadzieje. Trudno ocenić skalę fałszerstw, ale prawdopodobnie miały one miejsce. Stąd rezultat wyborów nie został przez wiele państw uznany i dlatego zaprzysiężenie Maduro na drugą kadencję nastąpiło dopiero 10 stycznia.
Właśnie ten krok doprowadził do tego, że przewodniczący parlamentu Juan Guaidó 23 stycznia ogłosił się tymczasowym prezydentem.
– Zaprzysiężenie Maduro doprowadziło do mobilizacji opozycji i kumulacji protestów w Caracas i innych miastach. Guaidó ogłosił też, że przejmuje pewne kompetencje wykonawcze, bo w Wenezueli, jak w prawie całej Ameryce, prezydent stoi również na czele rządu. Ale na razie ma bardzo ograniczoną możliwość sprawowania tej władzy. Ma za sobą jednak parlament zdominowany przez opozycję. Guaidó jest politykiem liberalnym, o przekonaniach wolnorynkowych, chce otwarcia się na współpracę z USA i UE. Nie wiadomo jednak, jaki ma program polityczny poza doprowadzeniem do zmiany systemu. Oczywiście po ustąpieniu lub obaleniu Maduro najpierw musiałyby się odbyć nowe wybory. Guaidó zapewne by w nich wystartował i ma dużą szansę na elekcję. Jeśli tak się stanie, Wenezuela zaczęłaby zmierzać w drugą stronę. Nastąpiłyby zmiany polityczne podobne do tych, jakie mają miejsce od 2016 r. w Brazylii, gdzie po latach rządów lewicowych nastała władza o obliczu konserwatywno-liberalnym.
Czy ta zmiana w Wenezueli nie jest już przesądzona?
– Niekoniecznie. Przez dwie dekady ten system rozbudował swoje zaplecze społeczne w postaci ludzi władzy wraz z rodzinami, a także armii i sił bezpieczeństwa. I to dziś widać, bo pomimo nawoływań ze strony Stanów Zjednoczonych, które próbują docierać bezpośrednio do dowódców wojskowych, armia pozostaje lojalna wobec Maduro. W Wenezueli jest około 2 tys. generałów, a zaledwie kilku opowiedziało się po stronie tymczasowego prezydenta. To jest problem, bo ta armia jest dobrze uzbrojona i w przypadku dalszego zaognienia sytuacji może użyć siły. Wprawdzie Guaidó obiecuje amnestię, ale jednak ci wyżsi dowódcy obawiają się utraty swoich przywilejów. Można przypuszczać, że w grę wchodzą także zyski z handlu narkotykami, które trafiają do sektora militarnego. Są i inne grupy zainteresowane utrzymaniem status quo.
USA i prawie cały Zachód stanęły po stronie Guaidó, ale Maduro też ma swoich adwokatów wśród światowych potęg.
– Eksperymenty Cháveza i Maduro prowadzone były we współpracy z innymi lewicowymi rządami tego regionu świata, jak Kuba, Boliwia, Ekwador, Nikaragua. Równocześnie pojawiły się znaczące wpływy rosyjskie. Moskwa zwróciła swoje oczy na ten kraj w momencie, gdy system kubański zaczął się chwiać. Dla Rosjan jest to miejsce ważne strategicznie, gdyż podtrzymuje jej obecność na półkuli zachodniej i dlatego chętnie inwestowali w jego rządy. Armia Wenezueli wyposażona jest w sprzęt rosyjski, zwłaszcza samoloty. Najbardziej zaawansowane technologicznie elementy obrony przeciwrakietowej obsługują bezpośrednio rosyjscy doradcy wojskowi. Jeśli chodzi o USA, to jest to pierwsze państwo zbudowane przez Europejczyków na półkuli zachodniej. Dopiero później wraz z rozpadającym się imperium kolonialnym hiszpańskim i portugalskim powstawały niezależne kraje Ameryki Łacińskiej. Stany Zjednoczone już w 1823 roku ogłosiły tzw. doktrynę Monroe, która zakładała, że to one będą zagospodarowywać politycznie obie Ameryki eliminując wpływy europejskie pod hasłem „Ameryka dla Amerykanów”. Jest wiele przykładów, gdy USA o swoje wpływy na tym obszarze walczą także z użyciem siły. W pewnym momencie cele Waszyngtonu, zwłaszcza za prezydentury obu Bushów, przeniosły się na Bliski Wschód, co nasiliło się po zamachach 11 września 2001 roku. Ameryka Łacińska pozostała gdzieś na drugim planie. Zaczął do niej wracać prezydent Obama, a teraz Donald Trump to kontynuuje, choć w inny sposób. Mówi się o możliwym sojuszu z Brazylią czy Kolumbią. Te państwa mogłyby wesprzeć USA, gdyby miała nastąpić interwencja w Wenezueli.
Jak to się dzieje, że ta część świata jest tak podatna na radykalizm polityczny. Wciąż dochodzi tam do głosu albo skrajna lewica, albo reżimy wojskowe.
– Łączą się tu problemy natury gospodarczej, społecznej i politycznej. Obecnie może jedynie w Chile udało się sytuację ustabilizować i doprowadzić do poziomu rozwoju gospodarczego i politycznego porównywalnego z Europą. W innych państwach istnieją ogromne dysproporcje w redystrybucji dochodu narodowego, jest dużo niesprawiedliwości, słaba klasa średnia, nawarstwiają się antagonizmy, do czego jeszcze dochodzi gorący temperament Latynosów. Brakuje myślenia w kategoriach długofalowych, nie ma niestety poza kilkoma wyjątkami dojrzałej myśli politycznej równoważącej potrzeby z obszarów ekonomii i kultury. To czyni te narody podatnymi na penetrację ideologiczną przez propozycje takie jak marksizm czy terror Świetlistego Szlaku w Peru.