• Środa, 20 marca 2019

    imieniny: Eufemii, Klaudii, Kiry

Błaszczykowski oficjalnie w Wiśle

Czwartek, 7 lutego 2019 (22:19)

Jakub Błaszczykowski podpisał – na razie półroczny – kontrakt z Wisłą Kraków, co oznacza, że oficjalnie został piłkarzem tego klubu i wystąpi w jego barwach w rundzie wiosennej piłkarskiej ekstraklasy.

O tym, że Błaszczykowski znów przywdzieje trykot z białą gwiazdą, było wiadomo już od kilku tygodni. Właściwie pierwsze sygnały o takiej możliwości wyszły od zawodnika jeszcze jesienią, kiedy grał w Wolfsburgu. Grał – a raczej nie grał, co dla zawodnika jego formatu, wciąż posiadającego duże ambicje i mającego coś do wygrania – stanowiło niemały problem. Szczególnie że marzeniem byłego kapitana reprezentacji Polski były dalsze występy w narodowych barwach. Gdy nowy selekcjoner, prywatnie jego wujek, Jerzy Brzęczek Błaszczykowskiego jesienią powoływał, nie brakowało głosów sprzeciwu, sugerujących, iż to nie w porządku, bo zaprzecza filozofii trenera deklarującego, że przy powołaniach kierować się będzie aktualną klubową sytuacją zawodników.

Błaszczykowski tymczasem nie grał albo grywał rzadko. Miał propozycje z innych lig, nawet bardzo atrakcyjne pod względem finansowym, jednak chiał wrócić do Polski. A jak myślał o lidze polskiej, to na myśl przychodził mu tylko jeden klub. Klub, w którym przed laty – i to nie przesada – po prostu się „zakochał”. W Wiśle, bo o niej oczywiście mowa, występował w latach 2005-2007, sprowadzony z KS Częstochowa. Był wówczas bardzo młodym chłopakiem, ale do szatni pełnej wielkich nazwisk i gwiazd wszedł bez żadnych kompleksów. Wystarczył de facto jeden trening, by wszyscy zgodnie krzyknęli – jak to możliwe, że ten człowiek grał do tej pory wyłącznie w IV lidze!

W 2007 roku zamienił koszulkę z białą gwiazdą na trykot Borussii Dortmund. W tym niemieckim klubie odniósł największe sukcesy w karierze (oczywiście klubowej), stając się jednocześnie jedną z jego legend. Potem, na krótko, była Fiorentina, był Wolfsburg. Na początku stycznia, za porozumieniem stron, rozwiązał kontrakt z „Wilkami” i stanął na rozdrożu. Z jednej strony bowiem marzył o Wiśle, Wisła marzyła o nim, ale Wisły w tamtym momencie praktycznie nie było. Przechodziła przez właścicielską burzę, nie miała licencji na występy w ekstraklasie, rozsypywała się. Ale nie upadła – m.in. dzięki Błaszczykowskiemu. Gdy wydawało się, że lada chwila z Reymonta odejdą wszyscy znaczący piłkarze, on pojawił się na treningu. Wywołał tym takie zamieszanie, taką sensację, że niektórzy uwierzyli na nowo, że Wisła jeszcze nie umarła. W kolejnych dniach zdecydował się, razem z dwoma innymi osobami, pożyczyć klubowi przeszło 1,3 miliona złotych, by ten mógł spłacić najpilniejsze zobowiązania i odzyskać licencję. Wtedy stało się jasne, że niezależnie od tego, co będzie z Wisłą, on z Wisłą na nowo się zwiąże. Na dobre i na złe.

Może na dobre? Wisła w ostatnich dniach się podniosła z kolan. Zaczęła odzyskiwać godność. Twarz, wiarygodność. Zaczęła stawać na nogi także pod względem organizacyjnym, finansowym. Gigantyczna w tym była zasługa Błaszczykowskiego, acz wielu pytało: No dobra, wszystko pięknie, ale piłkarz nadal nie podpisał kontraktu. Spokojnie – podpisał, dziś. I to tak, że można tylko zdjąć czapki z głów.

Gdy przyszłość klubu wisiała na włosku, Błaszczykowski zadeklarował, że nie będzie pobierał pieniędzy za grę. Zdania nie zmienił. Gdy dziś oficjalnie parafował – na razie półroczny – kontrakt z Wisłą znalazł się w nim punkt mówiący, że otrzyma za to najniższe możliwe dla zawodowego piłkarza wynagrodzenie. I jakby tego było mało, w całości będzie je przekazywał na bilety na mecze dla dzieci z domów dziecka.

Gdy Błaszczykowski wrócił, by ratować Wisłę, gdy pożyczył jej swoje ciężko zarobione pieniądze, o jego postawie pisały media daleko poza granicami Polski. W jednym a artykułów znalazło się zdanie, że to człowiek ze „złotym sercem”...

Piotr Skrobisz