Kontrolerzy na badania
Środa, 9 stycznia 2013 (02:08)Z Tomaszem Wierzchowskim*, doświadczonym wojskowym nawigatorem Radiolokacyjnego Systemu Lądowania, posiadającym klasę mistrzowską, rozmawia Marcin Austyn
Premier poparł pomysł stworzenia zespołu, który zbijałby pojawiające się hipotezy na temat katastrofy smoleńskiej. Jest przekonany, że komisja Jerzego Millera się nie pomyliła. Jej raport daje tę pewność?
– Nie. W tym dokumencie jest sporo braków. Widać, że w dużej mierze komisja Millera opierała się na stwierdzeniach Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego. Wybrano najkrótszą drogę. Dowodem na to są nieprzebadane sprawy, które wychodzą na jaw, a jak się okazuje, nawet nie zostały dotknięte przez komisję. To np. badania pirotechniczne. Wrak Tu-154M tyle czasu leżał niezabezpieczony, a mimo to prokuratura zabezpieczyła ślady materiałów wybuchowych, których komisja wcześniej nie znalazła. To daje do myślenia. Wyraźnie widać, że ustalenia MAK i komisji Millera, która oparła się na rosyjskim dokumencie, nie są pełne. I muszę przyznać, że mam poważne wątpliwości co do tego, czy w składzie komisji Millera był ekspert z zakresu nawigacji naziemnej i czy komisja ma w tym zakresie ekspertyzy. Jeśli nie, a raport firmują głównie piloci, to śmiem twierdzić, że ta kwestia także nie została przebadana. Pilot nie zna się na pracy nawigatora, kontrolera naziemnego. On wie, że takie osoby funkcjonują, bo ma z nimi styczność w procesie lądowania. Ale to, jak wygląda ich warsztat pracy, to, jak powinien być przygotowany do pracy kontroler czy nawigator na dowolnym systemie lądowania, tego piloci nie wiedzą. Dla mnie w przypadku katastrofy smoleńskiej wina rosyjskich kontrolerów jest bezdyskusyjna. To w ich pracy tkwi główna przyczyna tego, co stało się na Siewiernym.
Podziela Pan przekonanie, że komisja Millera składała się – jak twierdzi premier – z „niezwykle zaangażowanych, zupełnie poza polityką ludzi, specjalistów, byłych pilotów”, a zespół „z najlepszą wolą i najlepszą wiedzą” ustalał przyczyny katastrofy smoleńskiej?
– To gruba przesada. Może i w komisji zasiadali specjaliści, ale powtórzę moje pytanie: jak pilot może być ekspertem w dziedzinie nawigacji naziemnej? Nawet gdyby komisja posiadała fachowe ekspertyzy pewnych zagadnień, to do ich oceny potrzebny jest człowiek z doświadczeniem w tej konkretnej dziedzinie oraz ze sporym zasobem wiedzy teoretycznej. Tylko taki ekspert powinien formułować wnioski. Nie można wyników badań potraktować pobieżnie. Jeśli mówimy już o ekspertach, to trzeba też zauważyć, że po katastrofie smoleńskiej mieliśmy do czynienia z wysypem pseudoekspertów, którzy autorytatywnie wypowiadają się na temat tej katastrofy. Wrócę tu raz jeszcze do wspomnianych śladów materiałów wybuchowych odnalezionych na wraku Tu-154M. Słyszeliśmy np. wytłumaczenie, że w okolicach lotniska funkcjonował poligon i stąd stwierdzone ślady. Tylko kto buduje lotnisko tam, gdzie są materiały wybuchowe? To niedorzeczność. Dlatego twierdzę, że każdy powinien poruszać się w ramach swojej specjalizacji.
Dziś eksperci komisji Millera mają obowiązek tłumaczyć absurdalność wszelkich teorii na temat katastrofy czy też należałoby oczekiwać, że wytłumaczą się również ze swoich ustaleń, nie zawsze spójnych lub nietrafionych?
– Nie sądzę, by ktoś z tego gremium poruszył tematy dotyczące wątpliwości płynących z raportu Millera. Przecież nikt nie będzie podważał wyników swojej pracy czy stwierdzał, że popełnił błędy. Zatem źle się dzieje, że eksperci, którzy badali katastrofę i podpisali się pod raportem, zasilą ów zespół. Oni nie mogą wyciągnąć innych wniosków niż te nam znane.
Maciej Lasek mówił, że wypowiedzi członków komisji Millera opierają się tylko na raporcie, a z uwagi na brak dostępu do materiałów nie są oni w stanie przygotować szerszej odpowiedzi na pojawiające się hipotezy. A kilkaset stron załączników technicznych? Co w nich jest, skoro są nieprzydatne?
– To prawda. Taka sytuacja to też wskazówka do oceny ekspertów komisji Millera. Wspomniany pan Lasek jest dla mnie osobą, która może się znać na lotnictwie cywilnym. Jego wypowiedzi ukierunkowane są na przepisy, zasady wykonywania lotów w lotnictwie cywilnym. A my, zajmując się katastrofą Tu-154M, musimy uwzględnić aspekt lotnictwa wojskowego, bo Siewiernyj był lotniskiem wojskowym, do tego dość prymitywnym. Nie możemy też porównywać obecnego wyposażenia naszych lotnisk ze smoleńską rzeczywistością. Musimy porównać lotnisko Siewiernyj do naszego wojskowego lotniska z lat 80. ubiegłego stulecia. Jeśli będziemy poruszali się na tej płaszczyźnie, to wnioski będą inne. Do tego potrzeba jednak ekspertów znających te realia. Ale nie tylko te, bo komisja powinna mieć w swoim gronie eksperta z każdej dziedziny lotnictwa. To nie mogą być głównie piloci. Stało się inaczej i efekt znamy: powtórzenie wniosków MAK. Powstaje też pytanie, o jakich materiałach źródłowych mówimy? Czy może są to np. różnorakie instrukcje? One są dostępne bez sięgania po materiały źródłowe komisji. Zresztą nie to jest dziś najważniejsze. Należy skupić się na analizie sytuacji, jaka miała miejsce 10 kwietnia 2010 roku. Przecież my wciąż nie mamy odpowiedzi na pytanie o to, dlaczego doszło do katastrofy. Wiemy, że popełniono różne błędy, zaniedbania, ale jasnej odpowiedzi na pytanie „dlaczego?” nie ma.
Dziękuję za rozmowę.
*Imię i nazwisko rozmówcy zostały zmienione
Marcin Austyn