• Piątek, 3 kwietnia 2020

    imieniny: Pankracego, Ryszarda

Ze Zbaraża do Przemyśla

Sobota, 23 czerwca 2012 (10:54)

Z JE ks. abp. Ignacym Tokarczukiem rozmawia Adam Kruczek

Pochodzi Wasza Ekscelencja z Kresów, spod Zbaraża. Jaki obraz kraju młodości zachował Ksiądz Arcybiskup w swojej pamięci?
- To było piękne Podole ze stolicą w Kamieńcu Podolskim. Piękne mimo przeludnienia i braków ekonomicznych. Miało swoje lasy, wąwozy, rzeki. Zamieszkiwała tamte strony prawdziwa mieszanina narodów. W mojej rodzinnej miejscowości Łubianki Wysokie większość mieszkańców była pochodzenia ukraińskiego. Polaków było ok. 20 procent. To było przed wojną województwo tarnopolskie. Można powiedzieć bez przesady, bo chodzi o sprawiedliwość, że ludność polska stanowiła minimum jedną trzecią ludności Podola. W miastach i we wsiach ludność polska się dynamizowała, organizowała. Wielkie zasługi miał tu nieodżałowanej pamięci św. ks. abp Józef Bilczewski, który pochodził ze Śląska, a jego przodkowie przybyli gdzieś z Holandii. Był teologiem na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, zapoczątkował wielką akcję budowy kościołów po wszystkich wioskach, gdziekolwiek była ludność polska. Za jego służby tych kościołów powstało ponad 200.

Ksiądz Arcybiskup jako budowniczy kościołów nawiązał niejako do tej misji ks. abp. Bilczewskiego.
- Sama sytuacja mnie do tego zmuszała. Rzeczywiście moją ideą też była budowa świątyń i trzeba przyznać, że pojawiła się ona u mnie już za młodu. Do kościoła jeździliśmy co niedzielę, kiedy była pogoda. W lecie czasami trzeba było chodzić. To było dość uciążliwe. Po I wojnie światowej niektóre folwarki zostały zredukowane, więc nawet nasza wioska zakupiła plac pod budowę kościoła, bo mieliśmy parafię w odległym o 7 km Zbarażu. Sąsiednia wioska też miała już plac pod kościół. Ale żeby obsadzić kościoły we wszystkich tych miejscach, nie wystarczało kapłanów. Religii nauczał w naszej miejscowości przyjeżdżający ze Zbaraża bernardyn regularny. Co tydzień człowiek opłacony przez gminę przywoził tego kapłana i odwoził do Zbaraża. Tego nie dało się zrobić w ciągu godziny. Taki wyjazd zajmował cały dzień. A tu jeszcze śniegi i inne utrudnienia. Ja to widziałem i moim marzeniem od młodości było, aby w naszych Łubiankach doczekać się kościoła. Aby zrealizować to marzenie, nawet myślałem sobie, żeby poprosić ojca o to, żeby sprzedał kawał pola i wybudował kościół. Wtedy powstawało coraz więcej kaplic niezależnych i parafialnych, ale trudno było objąć te wszystkie nowe punkty posługą duszpasterską, bo nie było księży.

A dom rodzinny - jaki wpływ jego atmosfera miała na późniejsze koleje losu Księdza Arcybiskupa?
- Miałem rodziców bardzo dobrych, pobożnych i jak na ówczesne warunki wiejskie światłych, gdyż umieli czytać, mieli po kilka klas szkoły podstawowej. Trzeba pamiętać, że sytuacja rolników była wtedy niełatwa. Ojciec miał ok. 10 ha ziemi, ale rozrzuconej po całej okolicy, nie w jednym miejscu, co bardzo utrudniało uprawę. Urodziłem się 1 lutego 1918 r., a więc u progu niepodległości Polski. Kończyła się I wojna światowa. Wszędzie było pełno jeńców i żołnierzy. Każdy dom musiał przyjmować żołnierzy na kwatery. Życie było bardzo utrudnione. Moi rodzice mieli wcześniej troje dzieci, które nie wytrwały w tych warunkach i umarły. Zatem kiedy ja przyszedłem na świat, radości moich rodziców towarzyszyła troska i modlitwa o moje zdrowie i w ogóle przeżycie. Gdy minęło 10 lat, a ja poszedłem do szkoły podstawowej, rodzice - mając już poczucie pewnej stabilności co do mojej osoby - ufundowali figurę Matki Bożej rzeźbioną z kamienia, którą umieszczono na środku wsi z podpisem fundatorów i moim imieniem. Tylko pomylili się, bo moim patronem nie był Ignacy Loyola, tylko wcześniejszy święty - Ignacy Antiocheński. Rodzice postawili figurę z wielką ufnością, że Matka Boża zaingeruje w moje życie. Wspominam wielką pobożność i oddanie mojej mamy. Nauczyła mnie modlitwy różańcowej, którą odmawiałem codziennie w wolnym czasie. Różaniec zawsze nosiłem przy sobie.

Matura w chłopskiej rodzinie nie była częstym zjawiskiem przed wojną. Co spowodowało, że rodzice wysłali Księdza Arcybiskupa do gimnazjum?
- Ojciec mój, chociaż zwyczajny gospodarz, dużo czytał, prenumerował "Rycerza Niepokalanej", kupował co roku gospodarski kalendarz z rozmaitymi opowieściami. Zakochałem się w czytaniu tych pism. Potem, kiedy byłem już w gimnazjum, za swoje zarobione lekcjami grosze zaprenumerowałem "Mały Dziennik" i codziennie czytałem. To zamiłowanie stopniowo wzrastało. Pamiętam, że kiedy bolszewicy zajęli naszą wieś, to cały stos tych czasopism zakopaliśmy w budynku gospodarczym. Gdy ukończyłem czteroklasową szkołę podstawową w Łubiankach, kierownik szkoły zaczął namawiać ojca, żeby posłał mnie na dalszą naukę, bo mam zdolności i to, co tu zdobyłem, nie wystarczy, bo to tylko minimum. Również dojeżdżający do wioski bernardyni podobnie radzili. Ojciec zapalił się do tego pomysłu. Zdałem egzamin do drugiej klasy gimnazjum i przez 7 lat chodziłem do tej szkoły, aż w 1937 r. zdałem maturę. Dodam tylko, że kształcenie wówczas sporo kosztowało. Taksa w gimnazjum zbaraskim wynosiła 150 zł na miesiąc, ale ja miałem zniżkę o połowę.

Kiedy zapadła decyzja o wybraniu drogi kapłańskiej?
- O kapłaństwie myślałem niemal od dzieciństwa. Ale ojcu powiedziałem, że piszę podanie do seminarium lwowskiego, dopiero jak zdałem maturę.

I jak rodzice zareagowali na tę decyzję?
- Z radością, ale ojciec zgodził się pod pewnym warunkiem. Powiedział mi: "Żebyś tylko był dobrym księdzem, a nie byle jakim". Chodziło o to, że zdarzały się wypadki, iż synowie chłopscy zabierali się do tej nauki, ale potem jakoś nie dawali rady. To był problem, bo zerwali ze swoim środowiskiem, a do nowego trudno im było wejść. Między innymi z powodu pogardy dla stanu chłopskiego. I ojciec mój bał się tylko o to, żebym wytrwał w tym postanowieniu, żebym się nie zraził. Posłałem więc podanie, dostałem pozytywną odpowiedź i z początkiem października 1937 r. odjechałem z domu.

Jak odnalazł się Ksiądz Arcybiskup w nowym środowisku?
- To była dla mnie duża nowość. Lwów to duże miasto w porównaniu ze Zbarażem. Był tam osobny budynek seminaryjny, w którym mieszkaliśmy. Na wykłady chodziliśmy na Wydział Teologiczny Uniwersytetu Jana Kazimierza. Codziennie przechodziliśmy przez całe miasto. Zajmowało nam to przynajmniej 15 minut. Szliśmy rocznikami. Pierwszy rok wyruszał najprędzej, bo jako pierwszy dostawał śniadanie. Jedzenie było dobre, bo gotowały siostry, ale była ta niedogodność, że wszystko było gorące i żeby zjeść na czas, parzyliśmy sobie języki, pijąc gorące mleko. Następni pili już nieco wystygłe.
Egzaminy po pierwszym roku zdałem bardzo dobrze i otrzymałem pierwsze w życiu stypendium - 300 złotych. Za te pieniądze kupiłem sobie zegarek. To była wtedy wielka fanaberia, że taki chłopak miał zegarek.
Po pierwszym roku pojechałem na wakacje do folwarku niedaleko Buczacza, gdzie był dom wakacyjny dla kleryków. To były bardzo dobre wakacje, bo choć seminarium karmiło nieźle, to jednak jedzenia nie było zbyt wiele. Natomiast w tym domu wakacyjnym jedzenia mieliśmy pod dostatkiem i każdy się tam dobrze odżywił, wzmocnił przed kolejnym rokiem nauki. Niedaleko była rzeka, gdzie się kąpaliśmy. Obowiązkiem była jedna godzina dziennie czytania czegokolwiek i chodzenia na spacery.

Nie było jednak dane Księdzu Arcybiskupowi skończyć w tych warunkach seminarium.
- Przed wojną skończyłem dwa lata seminarium. Znów wyjechałem na wakacje do domu dla kleryków koło Buczacza, ale wszyscy już czuliśmy, że nadchodzi wojna. Nawet nie byliśmy tam do końca wakacji, tylko wcześniej porozjeżdżaliśmy się po domach.
Wybuch wojny zastał mnie w domu. Po pewnym czasie do wsi wkroczyli bolszewicy i przepisali nas wszystkich na obywatelstwo rosyjskie, by potem mężczyzn wcielić do wojska. Miałem wtedy 21 lat, a to wiek poborowy. Powiedziałem sobie: "Raczej śmierć niż do wojska sowieckiego". Zacząłem się ukrywać. W dzień siedziałem w schowku w zabudowaniach gospodarczych, a na noc chodziłem spać do sadu. Co niedzielę chodziłem do sąsiedniej wioski, gdzie żyli dziadkowie.

Kiedy Ksiądz Arcybiskup wznowił naukę w seminarium?
- Przez pierwsze kilka miesięcy okupacji ukrywałem się w domu. Potem dowiedziałem się, że istnieje konspiracyjne seminarium we Lwowie. Prowadził je ks. prof. Stanisław Frankl. Powstała o nim książka pt. "Zapomniany bohater Lwowa". Ale Sowieci zlikwidowali Wydział Teologiczny, a gmach uniwersytetu zabrali na szpital wojskowy. Seminarium działało w konspiracji. Udało mi się jakoś dostać do Lwowa, ale żeby tam mieszkać i studiować, trzeba było wyrobić sobie paszport. Żeby go otrzymać, należało przedstawić metrykę, meldunek i miejsce pracy. Rektor znalazł mi miejsce, gdzie mogłem się zameldować. Z metrykami nie było problemów, bo były jeszcze po łacinie, więc pisaliśmy je sobie sami, tak jak chcieliśmy. Potem tę metrykę wkładało się do buta, żeby nabrała właściwego wyglądu. Dokument miałem wystawiony na obce nazwisko i podawałem się za studenta weterynarii. Pamiętam też, że odmłodziłem się o 6 lat. Po złożeniu tych dokumentów kazali mi przyjść wieczorem po odbiór. Okazało się, że nie uznali mojego podania. Co więcej, po kilku godzinach na mojej kwaterze zjawił się milicjant, żeby mnie aresztować. Przyprowadził mnie przed jakąś trzyosobową komisję. Myślałem, żeby tylko nie zadzwonili do Instytutu Weterynarii, gdzie byłem fikcyjnym studentem. Zatrzymali mnie i mieli zamiar - gdy uzbiera się większa grupa - zawieźć do aresztu. Pamiętam, że zachowałem spokój i nie pokazałem po sobie ani strachu, ani bólu. Przed zamknięciem kazali mi opróżnić kieszenie. Wyjąłem także różaniec i przypuszczam, że jeden z żołnierzy, którzy to widzieli, musiał być wierzący, bo następnego dnia zawołał mnie i powiedział, że jestem wolny, ale bez jego pozwolenia nie mogę przebywać we Lwowie. Ale udało mi się wystarać o paszport w innym biurze i do święceń kapłańskich przebywałem we Lwowie.

Święcenia kapłańskie przyjął Ksiądz Arcybiskup już pod okupacją niemiecką.
- Przed uderzeniem Niemców na Sowietów rektor wypuścił nas na wakacje, radząc, żeby gdzieś się ukryć. Pojechałem do domu. Pewnej sobotniej nocy miałem sen, w którym jakaś postać oznajmiła mi: "Dzisiaj zaczyna się wojna niemiecko-bolszewicka". Rano powiedziałem o tym ojcu, a on na to: dobrze by było. Bo trudno już było tę sowiecką okupację wytrzymać. Niemcy wydawali się ludziom znośniejsi. A gdy rodzice przyjechali w niedzielę ze Mszy św. w Zbarażu, usłyszałem, że rzeczywiście wybuchła wojna. Zbaraż zbombardowany, kościół uszkodzony. Popłoch.

Niemcy pozwolili na prowadzenie seminarium?
- Tak, seminarium zostało zalegalizowane, ale tylko dla tych, których przyjęto jeszcze przed wojną. W seminarium w okresie okupacji niemieckiej najtrudniejsza była sprawa z żywnością, bo Niemcy pilnowali. Ale weszliśmy w kontakt ze Ślązakami i Czechami służącymi w armii niemieckiej i ci wojskowymi samochodami przywozili żywność od diecezjan. Seminarium na chwilę zamieniło się w magazyn, co jednak zakończyło się tragicznie. Rektor oprócz stałych kleryków przyjął jednego nowego. Okazało się, że to był szpicel i doniósł Niemcom o tych zapasach. Przyjechało gestapo. Zabrano żywność, a nas zgromadzono w jednej z sal. Rektora, wicerektora i czterech kleryków zabrali. Kleryków pobili, żeby zmusić do mówienia, a rektora i wicerektora aresztowali. Rektor został zamknięty w więzieniu u brygidek, gdzie i przed wojną mieściło się więzienie. Groziła mu kara śmierci. Stamtąd go w końcu razem z więzionymi członkami ruchu oporu odbiła partyzantka. Gdy już znalazł się na wolności, był bardzo wycieńczony - bo w areszcie tym, co mu przysyłano, ofiarnie dzielił się z innymi. Ukrył się pod innym nazwiskiem w klasztorze reformatów. Miał swoją celę, mundur, odprawiał Msze św. dla kleryków. Ale to wszystko tak bardzo go wyczerpało, że miesiąc przed wkroczeniem bolszewików umarł. Pochowaliśmy go pod obcym nazwiskiem na nowym cmentarzu koło dworca kolejowego we Lwowie.

Na okres okupacji niemieckiej przypadły święcenia kapłańskie Księdza Arcybiskupa.
- Święcenia kapłańskie odbyły się w kaplicy w małym seminarium. Był 21 czerwca 1942 roku. Arcybiskup Twardowski był już sędziwy, więc święceń udzielał sufragan ks. bp Eugeniusz Baziak. Do święceń przystąpiliśmy w pięcioosobowej grupie. Zaraz po nich rozjechaliśmy się na urlopy. Prymicje odprawiałem w Zbarażu. Zaprosiłem na nie nawet księdza greckokatolickiego, który był naszym sąsiadem.

Długo trwał ten urlop?
- Po miesiącu wysłali mnie na pierwszą parafię do Złotnik w powiecie Podhajce. Bieda tam była, bo plebania została zabrana na kwatery najpierw przez bolszewików, a potem przez Niemców. Księża mieszkali po ludziach. Przepracowałem tam 2,5 roku, aż do zamachu na moje życie. To było przed Popielcem w 1944 roku. Parafia miała dwie filie: Pantalichy - to taka stepowa wieś na wschodzie, i Sosnów na zachodzie. Proboszcz pojechał do tych kościołów, a ja spowiadałem w parafialnym. Córka kierownika szkoły była w kancelarii, gdy zobaczyła, jak oddział UPA przyjechał i wszedł do mojego mieszkania. Wszystkiego się domyśliła i ostrzegła mnie w konfesjonale. Dzięki temu udało mi się ujść z życiem.

To już było pożegnanie z parafią Złotniki?
- Tak, udało mi się przedostać do Lwowa i do końca wojny pracowałem w kościele św. Marii Magdaleny. Potem trzeba się było decydować, czy chce się być w Rosji czy w Polsce. Nie wiedzieliśmy, co robić. Trwały spisy tych, którzy mają jechać do Polski albo do Rosji. Przyjechał wtedy do Lwowa wiceminister emigracji rządu londyńskiego, bo miał tam rodzinę. Zwróciliśmy się do niego o radę, bo bardzo przykro było tak opuszczać strony rodzinne. On powiedział, że zanosi się na dłuższy proces, a Moskale nie zniosą tego, żeby większość Polaków zachowała obywatelstwo polskie. Powiedział, że rządowi w Londynie zależy, żeby nas ze Lwowa - gdziekolwiek będziemy - jak najwięcej przetrwało. I wtedy się zdecydowaliśmy na wyjazd.

Ksiądz Arcybiskup odwiedził kiedyś rodzinne strony?
- Nigdy tam już nie byłem. Najpierw pojechałem do Katowic, gdzie pracowałem jako wikariusz. Potem wstąpiłem na KUL. Najpierw studiowałem w Studium Gospodarki Wsi, a potem na Wydziale Filozoficznym. W ciągu tych pięciu lat wakacje spędzałem na Pomorzu, gdzie została wywieziona moja rodzina - ojciec, mama, brat, siostra. Mieli gospodarstwa i tam pracowali. Gdy byłem na wakacjach, tamtejsi franciszkanie prosili mnie, żebym pomógł im przy spowiedzi. Pojechałem do pobliskiej miejscowości Łebunia, gdzie podeszła do mnie jedna z pań i mówi, że są tacy biedni, przybyli z różnych stron, nie mają parafii i żebym u nich został. Żal mi się ich zrobiło, ale powiedziałem: "Proszę pani, ja jeszcze trzy lata będę na studiach, ale obiecuję, że w każde ferie i wakacje tu przyjadę i spędzę je tutaj. I zorganizuję wam parafię". I tak się stało. Później "Tygodnik Powszechny", który był jeszcze wtedy dobrym pismem, ogłosił konkurs dla księży pracujących na Ziemiach Odzyskanych, żeby opisali swoją pracę. Wysłałem im swoje wspomnienia, a oni je wydrukowali pod tytułem "Moc i wytrwanie" - to moja pierwsza wydana książka.

Wkrótce zaczęły się pierwsze problemy Księdza Arcybiskupa z komunistycznymi władzami.
- W 1952 r. obroniłem doktorat z filozofii na KUL. Ale po roku wykładów w seminarium lubelskim z historii filozofii, gdy aresztowali ks. rektora Adama Słomkowskiego, bo nie chciał wpuścić na uczelnię socjalistycznych organizacji studenckich, ja też nie miałem już tam co robić. Rektor Słomkowski nie pozwolił, a ja o tym mówiłem publicznie. Byłem wtedy prezesem Towarzystwa Przyjaciół KUL. Przesłuchiwano mnie w związku z tym. Wyjechałem do Olsztyna, żeby pomagać w organizowaniu seminarium. W Olsztynie dali mi duszpasterstwo w parafii Serca Jezusowego. Na KUL ściągnął mnie nowy rektor ks. prof. Marian Rechowicz, późniejszy biskup administrator apostolski Lwowa w Lubaczowie. Zaproponował, żebym robił habilitację na temat zmian religijności ludności wiejskiej w Polsce. Była to duża praca. Miałem już ją w stanie dość zaawansowanym, gdy ks. Prymas Stefan Wyszyński wezwał mnie i oznajmił, że zostałem mianowany biskupem przemyskim.

Czy zastanawiał się Ksiądz Arcybiskup nad wyborem między drogą służby uniwersyteckiej a drogą posługi biskupiej, a więc stricte duszpasterskiej?
- Stanąłem na stanowisku, że jeśli mam być biskupem, to muszę zrezygnować z kariery naukowej, bo te dwie funkcje są całkowicie angażujące. Gdybym chciał je pogodzić, to cierpiałaby na tym albo jedna, albo druga. Zrezygnowałem więc z habilitacji.

Nie miał Ekscelencja zbytnich doświadczeń w nowej roli...
- Mam objąć diecezję i zastanawiam się, co robić. Przez cały tydzień modliłem się z pytaniem, co robić, żeby nawiązać kontakt z ludźmi w diecezji, żeby zyskać ich choćby minimalne zaufanie. A ludzie byli wówczas zmęczeni, zastraszeni, dużo było aresztowanych. Nikt nie miał już odwagi. Modliłem się, jak to wszystko obudzić. Wtedy otrzymałem taką myśl, żeby odprawiać nabożeństwa przy przydrożnych kaplicach.
Po tym tygodniu modlitw trzeba było jechać do Przemyśla. Nie wiedziałem nawet, jak się tam dostać. Nie było za bardzo rozkładów jazdy, a przyszła bardzo wczesna zima. Z początkiem grudnia spadły śniegi. Ludzie zwozili jeszcze buraki i ziemniaki z pól. Mój kolega z teologii podwiózł mnie samochodem do Przemyśla. Miałem objąć rządy biskupie, a nikt mnie nie przygotował, jak mam napisać do wszystkich biskupów listy, nawiązać kontakty. Byłem w tym analfabetą. Ale jakoś sobie poradziłem.

Jak udało się Księdzu Arcybiskupowi zdobyć zaufanie diecezjan?
- Początek był taki, że ludzie byli strwożeni, zmęczeni tym wszystkim, wywożeni przedtem na Sybir, katowani przez UB. I tu trzeba było coś zrobić. Tak jak pewna kobieta prosiła mnie na spowiedzi: "Księże biskupie, zbudź nam nadzieję, że coś będzie jeszcze, bo bez niej wszyscy zginiemy". Właśnie moim jedynym zadaniem było obudzić w nich nadzieję. Na początku choćby małą. I ta nadzieja rodziła się na początku w czasie nabożeństw przy tych przydrożnych kapliczkach. Tych kaplic było jeszcze dużo. I ludzie się ucieszyli, pojawiła się radość, nadzieja, że jeszcze może religia wróci. Z czasem to nie wystarczało i ludzie sami zaczęli zgłaszać się do mnie z propozycjami, żeby jakieś kapliczki, stare chałupy przeznaczać na kaplice i kościoły. I tak to się zaczęło.
5

Podejmował Ksiądz Arcybiskup działania wbrew komunistycznym władzom i ówczesnemu prawu.
- Nie było innego wyjścia. Nie mogłem się zwrócić do żadnego prawnika i rozstrzygać tych sporów w sądzie, bo wszelkie prawo było ustanowione przeciw Kościołowi i ludziom. Za wszelkie remonty, budowy nawet wikarych próbowano pociągać do odpowiedzialności. Wszystko było wówczas zakazane, ale ludzie coraz odważniej szukali i upominali się o świątynie. Oczywiście za wszystko były kary. Ale w końcu sama władza zrozumiała, że Naród się obudził, już się nie boi. Pamiętam taki moment: w pewnej miejscowości przy samej granicy nie było żadnej kaplicy, więc pobudowaliśmy tam niewielką świątynię i miało nastąpić jej otwarcie. Przygotowała się do tego cała wieś. Ale z pobliskiego posterunku WOP zaczęto strzelać i starano się nie dopuścić do otwarcia tej kaplicy. Nastąpiła ostra konfrontacja. Pogranicznicy mówili: "My was zastrzelimy", a ludzie do nich: "To my was spalimy". Taki dialog trwał dosyć długo. Dla mnie to był znak, że dokonało się to, na co czekaliśmy; ludzie przestali się bać. Moim zadaniem było budzenie świadomości ludzi, ich odwagi. I to powoli rosło.

Aż powstało 430 nowych świątyń...
- W maju 1981 r., gdy jeszcze ks. Prymas Wyszyński żył, ale już ciężko chorował, w czasie Konferencji Episkopatu Polski przywieziono ks. Prymasa na wózku, aby pożegnał się z każdym z nas. Żegnając się ze mną, powiedział: "Księże, polecam ci twoją diecezję, ona jest biedna, rozciągnięta, aż pod Jasło sięga, a na północ aż pod Tarnobrzeg, ludzie mieszani, rób wszystko, żeby tę diecezję wzmocnić". I ja po tej linii zacząłem iść. Doszło do tego, że w Rzeszowie powstało 30 parafii, uniwersytet, nowa diecezja.

Był Ekscelencja jednym z najbardziej zwalczanych przez komunistów duchownych. Czy towarzyszyła Księdzu Arcybiskupowi świadomość, że grozi mu los podobny do losu ks. Jerzego Popiełuszki?
- Byłem na to gotów. Był taki trudny moment dla naszej diecezji, kiedy nie tylko nie pozwalali budować nowych kościołów, bo do tego już się jakoś przyzwyczailiśmy, ale zniszczyli kościół w Wołkowyi i zatopili to, co z niego zostało. Zwracałem się do nich, żeby pozwolili przenieść ten kościół w inne miejsce, ale oni nie chcieli o tym słyszeć. Z tego powodu głośno protestowałem w świecie. To ich zabolało. Wezwano mnie na Zamek w Rzeszowie jako oskarżonego. Oddalili towarzyszącego mi księdza sekretarza, a mnie zapytali, czy zdaję sobie sprawę z tego, co mnie czeka ze strony władz, jeśli dalej będę tak postępował. Powiedziałem, że w pełni zdaję sobie sprawę, iż mogą mnie zastrzelić, zabić na ulicy, aresztować, nawet czynić starania w Watykanie, żeby mnie zmienić, bo jestem niewygodny dla partii. "Ale pamiętajcie: ja o tym wszystkim wiem i nie poddam się żadnym naciskom. Róbcie, co chcecie" - stwierdziłem. Zrobiło to na nich wrażenie, bo już nigdy nie podnosili tego problemu. Stanowczość robiła na nich wrażenie. Na tym miejscu w Wołkowyi stoi dziś kościół, a wokół jest siedem kościołów filialnych.

Ksiądz Arcybiskup znał ks. Jerzego Popiełuszkę?
- Tak, spotkaliśmy się dwa razy. Raz, gdy byłem w Warszawie na Konferencji Episkopatu Polski, przyszedł do mojego pokoju ze starszą panią, która służyła w czasie wojny w armii polskiej na Zachodzie. Radził się, co ma robić, i prosił, bym wydał opinię, czy jego postawa jest katolicka. Drugi raz spotkaliśmy się w Krynicy. Później - ale to Pan Bóg już kierował - napisałem list o tych dwóch rozmowach. Skierowałem go najpierw do kurii warszawskiej. Podałem w nim swoją opinię na temat ks. Popiełuszki. Gdy został zamordowany, ks. kard. Glemp poprosił o wysłanie tego listu do Watykanu. Pisałem tam, że ks. Popiełuszko to człowiek Bogu oddany, nie szuka swego, nie ma u niego nienawiści czy uprzedzeń, przeczuwa, że może go coś złego spotkać, ale nie cofa się, myśli tylko o jednym: zło zwyciężać dobrem.

Współpracował Ksiądz Arcybiskup z ks. kard. Karolem Wojtyłą, gdy był metropolitą krakowskim?
- Tak, on mnie zapraszał i ja go zapraszałem. Kościół w Stalowej Woli, jak wreszcie zwyciężyliśmy i wybudowaliśmy, on poświęcał. Zaprosiłem go też na poświęcenie pewnego sanktuarium maryjnego w Bieszczadach. Tam miał być poświęcony obraz, ale SB o tym wiedziała i nie chciała do tego dopuścić, dlatego trzymała w okolicy straż. Ten obraz przywieźli więc ludzie zagrzebany w sianie. Dopiero kiedy kardynał przyjechał, procesja podeszła do jednego z domów i ludzie wynieśli obraz.

Przeciw Kościołowi skierowana była w czasie PRL cała machina komunistycznego państwa. Ale Ksiądz Arcybiskup miał odwagę mówić i dawać przykład, że komunizm to kolos na glinianych nogach, że to się musi rozsypać. Był czas, że mało kto w to wierzył. Skąd brała się ta pewność u Księdza Arcybiskupa?
- Mnie tę wiedzę i to przekonanie dała filozofia i historia filozofii. Komuniści wyprowadzali wszystko od materii, a filozofia wskazywała, że tak się nie da. Pisałem pracę doktorską na temat ekonomii według św. Tomasza z Akwinu. To mi pokazało, że komunizm nie opiera się na realnych podstawach.

Ekscelencja potrafił trafnie przewidzieć koniec komunizmu. A jak teraz może rozwinąć się sytuacja w Polsce? Narasta presja na Kościół, próbuje się wyprowadzić religię ze szkół, katolicy są dyskryminowani w polityce medialnej państwa, w całej Polsce odbywają się marsze w obronie Telewizji Trwam. Czy to jest dobry sposób walki katolików o swoje prawa?
- Widzimy dziś takie denerwowanie Kościoła, ale tego, co w duszy Narodu jest, tego, co można usłyszeć i zobaczyć w Radiu Maryja czy Telewizji Trwam, nie da się zabić. A jeśli chodzi o marsze, to uważam, że wszelkie masowe pokazanie zła jest ważne. Dlatego że ktokolwiek by to nie był, z masami ludzi musi się liczyć. Oni jeszcze są oporni, ale przyjdzie moment, gdy przegrają. Tym momentem będzie odkrycie, kto stał za katastrofą smoleńską. Ten moment już się zbliża.
Marsze i pochody powodują duży nacisk na władze. Ważne są marsze, ważne jest publiczne zabieranie głosu. Dołącza coraz więcej wiosek i miast. To wszystko może w końcu zagrozić strajkiem generalnym. Z tym muszą się liczyć obecni rządzący.

Dziękuję za rozmowę.

Adam Kruczek