• Piątek, 3 kwietnia 2020

    imieniny: Pankracego, Ryszarda

Zamiast nagrody prokurator

Sobota, 23 czerwca 2012 (10:49)

 Oflagowanie Opery Kameralnej pojawiło się dużo wcześniej. Z lewej strony wejścia ustawiono rollup przedstawiający Terpsychorę z lirą, muzę tańca i śpiewu chóralnego, autorstwa włoskiego rzeźbiarza Antonio Canovy, oraz napisy: "Uratuj Warszawską Operę Kameralną" i "Czarne dni kultury". A wewnątrz budynku od ubiegłego tygodnia siedzi specjalna komisja przysłana po raz kolejny przez marszałka Adama Struzika dla wykrycia... No właśnie, czego? Czegoś, co kolokwialnie określa się "hakiem" i co stosuje się wtedy, gdy chcemy pozbyć się kogoś lub czegoś. Ten ktoś to dyrektor Stefan Sutkowski, założyciel i szef WOK, która w tym sezonie obchodzi jubileusz pięćdziesięciolecia istnienia.
W takim to właśnie kontekście trwa największa chluba Warszawskiej Opery Kameralnej, a także Polski - Festiwal Mozartowski. Niewiele brakowało, by w ogóle się nie odbył, by został "ukatrupiony" przez władze marszałkowskie, które dokonały rzezi finansowej, obcinając prawie o 24 proc. tegoroczną dotację Warszawskiej Operze Kameralnej. Najwięcej spośród wszystkich pozostałych placówek kultury. A to oznacza brak pieniędzy nie tylko na festiwal, ale w ogóle na funkcjonowanie tej instytucji. To, że ten festiwal trwa, zawdzięczamy niesamowitej determinacji dyrektora Sutkowskiego i jego zespołu artystycznego. Wszystkie pieniądze, które w silnie okrojonej wersji otrzymała WOK, poszły na festiwal. Po jego zakończeniu jesienią nie będzie już ani grosza na działalność Opery. Wszystko wskazuje na to, że jest to ostatnia edycja tego wspaniałego dzieła, jakim jest Festiwal Mozartowski. A już na pewno w tym kształcie.

Arcydzieło w najgodniejszych rękach


Jak co roku od 22 lat festiwal rozpoczął się w połowie czerwca i potrwa prawie do końca lipca. Zainaugurowany został "Czarodziejskim fletem", najsłynniejszą i chronologicznie ostatnią operą w dorobku dzieł scenicznych Mozarta (po jej premierze w Wiedniu jesienią 1791 roku kompozytor żył jeszcze tylko dwa miesiące).
Aby obejrzeć "Czarodziejski flet" wierny oryginałowi, trzeba przybyć do Warszawskiej Opery Kameralnej. Nie widzę bowiem innego miejsca, gdzie z takim pietyzmem podchodzono by do dzieła artysty. Wszystkie inscenizacje tego utworu, które zdarzyło mi się obejrzeć w ciągu ostatnich kilkunastu lat, to najczęściej wariacje na temat "Czarodziejskiego fletu". Właściwie nie ma już reżyserów stricte operowych. Scenami operowymi zawładnęli reżyserzy teatrów dramatycznych, którzy to, co robią w dramacie, przenoszą też na operę. A więc najczęściej na scenach operowych w pierwszym planie prezentowane są jakieś bełkotliwe wizje teatralne reżyserów eksperymentatorów, co sprawia, iż cała inscenizacja pozostaje w dużym dysonansie z dziełem oryginalnym, zwłaszcza z partyturą opery. Ten tzw. odświeżający sposób wystawiania utworów klasycznych zalewa dziś sceny operowe. Jedną z nielicznych obecnie enklaw szanujących dzieło kompozytora, nie tylko w Polsce, ale - myślę - także na świecie, jest Warszawska Opera Kameralna. "Czarodziejski flet", podobnie zresztą jak pozostałe utwory sceniczne Mozarta będące w repertuarze tego teatru i pokazywane rokrocznie podczas Festiwalu Mozartowskiego, jest tego wspaniałym dowodem.
"Czarodziejski flet" na scenie Warszawskiej Opery Kameralnej jest wzorcowym przykładem ukazującym, jak wspaniale harmonizuje ze sobą dramaturgia muzyki, libretta i wykonania. To bajkowa opowieść o księżniczce Paminie, którą pragnie wyswobodzić książę Tamino z "niewoli" jakoby złego czarownika Sarastra na prośbę jej matki Królowej Nocy, i o trudnościach, jakie napotyka po drodze, a także o zabawnym i sprytnym ptaszniku Papageno oraz o zderzeniu dobra ze złem, jasności ze złymi mocami, gdzie dobro zwycięża. Prócz genialnej muzyki spektakl aż kipi od dynamiki. Dzieje się tak dzięki artystom, zwłaszcza odtwórcy postaci Papageno w wykonaniu Andrzeja Klimczaka, którego baryton wybrzmiewa w pełnej tonacji, wyraziście, gdzie każda fraza i każda głoska jest w pełni słyszalna po stronie widowni. To rzadkość wśród śpiewaków, ale na scenie WOK okazuje się normą. Znakomitej dykcji u Andrzeja Klimczaka mogą uczyć się aktorzy dramatyczni. I nie tylko dykcji, bo ten wybitny artysta dysponuje świetnym warsztatem aktorskim i pantomimiczną sprawnością ciała. Silnym, potężnie brzmiącym basem obdarzył postać Sarastro Rafał Siwek. Nie dziw, że dysponując tak wspaniałym głosem, ten znakomity solista Warszawskiej Opery Kameralnej ma w swoim dorobku występy w prestiżowych teatrach operowych Europy. Partię Królowej Nocy w spektaklu inaugurującym festiwal zaśpiewała Aleksandra Resztik, prezentując sopran o pięknej barwie. W roli pary głównych bohaterów, księcia Tamino i księżniczki Paminy, wystąpili Leszek Świdziński (znakomity tenor ukierunkowany na bohatera romantycznego) i Marta Boberska obdarzona licznymi talentami, dysponująca nie tylko wspaniałym sopranem lirycznym i dramatycznym, ale też zdolnościami aktorskimi oraz urodą i wdziękiem. Wszyscy wykonawcy "Czarodziejskiego fletu" zasługują na wielką pochwałę. I soliści, i chór, i wspaniała orkiestra pod świetną batutą Rubena Silvy. Oczywiście nie można tu nie wymienić wybitnego reżysera Ryszarda Peryta, autora inscenizacji wszystkich dzieł scenicznych Mozarta w Warszawskiej Operze Kameralnej, oraz znakomitego scenografa, nieżyjącego już Andrzeja Sadowskiego.

Jest naszą dumą narodową


Wszystkie spektakle mozartowskie są tutaj zrealizowane i wykonane na najwyższym poziomie artystycznym. Zachwyt budzą także koncerty symfoniczne, oratoria, a przede wszystkim arcydzieło muzyczne, jakim jest "Requiem". A trzeba dodać, iż wszystko to wykonywane siłami Warszawskiej Opery Kameralnej pokazuje nieocenioną wartość tej instytucji dla polskiej kultury. WOK, prócz festiwali i bieżącej działalności artystycznej, prowadzi także działalność naukowo-badawczą dawnej polskiej muzyki, przybliża ją i promuje, także na świecie, wydaje płyty z muzyką staropolską, zamawia u współczesnych polskich kompozytorów opery, np. "Polieukt" Zygmunta Krauzego (nagrodzona przez francuskich dziennikarzy) czy "Ja, Kain" Edwarda Pałłasza, by wymienić tylko ostatnie. Ponadto WOK wykształciła kolejne pokolenia śpiewaków. Nie mówiąc już o tym, iż płaszczyzna artystyczna zasadza się tu zawsze na wartościach podstawowych. WOK jest także najlepszym ambasadorem na świecie polskiej kultury, tej najwyższej. Jest naszą dumą narodową.
Przed widzami jeszcze ponad miesiąc wielkich, głębokich przeżyć artystycznych, tych z najwyższego rejestru. Oglądanie i słuchanie tak wspaniałych przedsięwzięć nie tylko daje radość widzom, ale ukazuje sens istnienia i łożenia na wysoką kulturę. Szkoda, że tego nie widzi urząd marszałkowski. Widocznie nie chce widzieć, bo ma w zanadrzu inne plany wobec WOK, daleko pozaartystyczne. A tworzenie zmasowanej akcji kontrolnej już po raz n-ty (kontrola po kontroli w krótkich odstępach czasu, obecna już trzecia z kolei) sprawdzającej finanse, rozmaite papiery i papierki oraz dziwaczne zarzuty pod adresem dyrekcji teatru, że za duży zespół zatrudnionych, że np. brak podpisów artystów na liście obecności - przecież to nie fabryka. Artyści najpierw przygotowują się w domu, zaznajamiają z partią, którą mają śpiewać, czyli "oczytują" rolę, itd.

Czas na opamiętanie


Cała ta akcja ma na celu zdyskredytowanie i skompromitowanie dyrekcji WOK oraz wytworzenie wokół Opery Kameralnej nieprzychylnej atmosfery, sugerującej m.in., jakoby założona tu fundacja działała nieprawidłowo. Można by potraktować całą tę sytuację jako świetny temat na skecz kabaretowy, gdyby nie tragiczne konsekwencje owej celowej manipulacji "zarzutami". Otóż w ubiegłym tygodniu, na posiedzeniu sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu, zwołanej na wniosek posła Adama Kwiatkowskiego z PiS (w celu przedstawienia sytuacji WOK i zmiany jej statusu z instytucji samorządowej na narodową, wszak w pełni na to zasługuje), pan marszałek Adam Struzik obwieścił, że w wyniku kontroli zostało wdrożone postępowanie w celu dyscyplinarnego odwołania dyrektora Sutkowskiego. Dalej pan marszałek oznajmił: "Skierowałem wniosek do prokuratury o możliwości popełnienia czynów zabronionych". A nie tak dawno, kilka miesięcy wcześniej, ten sam pan marszałek nagradzał Stefana Sutkowskiego za wspaniałą pracę.
Panie Marszałku, czyny zabronione popełnia niemal codziennie kilka teatrów w samej stolicy Polski, że nie wspomnę już o teatrach Krakowa, Wrocławia, Bydgoszczy i innych. Za takie właśnie uważam podżeganie do nienawiści w stosunku do Polaków, ośmieszanie naszej wiary, wartości patriotycznych, narodowych, przekłamywanie i rewizjonistyczne traktowanie prawdziwych zdarzeń historycznych i bohaterskich Polaków, zachęcanie do postaw homoseksualnych, antyrodzinnych, sączenie zła itp. Dlaczego przeciwko tym teatrom dotąd nie skierował Pan wniosku do prokuratury? Mało tego, autorzy tych spektakli awansują, otrzymują nagrody i odznaczenia, a nawet dodatkowe dyrekcje teatralne. Skoro pan marszałek szuka oszczędności, to dlaczego nie obetnie budżetu - tak samo drastycznie jak w przypadku WOK - np. teatrom dramatycznym, gdzie realizuje się przedstawienia antypolskie, antykatolickie, obrazoburcze, gdzie promuje się antywartości i gdzie dewiacje traktuje się jak normę, a nawet podnosi się je do rangi wzorca stylu bycia, oraz gdzie zamiast prawdziwej sztuki tworzy się bełkot pseudoartystyczny? Apeluję do pana marszałka Adama Struzika, aby się opamiętał, póki jeszcze czas.

 

Temida Stankiewicz-Podhorecka