• Sobota, 2 maja 2026

    imieniny: Zygmunta, Atanazego, Anatola

  

EWANGELIA

Niedziela, 14 października 2018 (09:28)

Mk 10,17-27

Gdy Jezus wybierał się w drogę, przybiegł pewien człowiek i upadłszy przed Nim na kolana, zaczął Go pytać: „Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?”

Jezus mu rzekł: „Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. Znasz przykazania: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę”.

On Mu odpowiedział: „Nauczycielu, wszystkiego tego przestrzegałem od mojej młodości”.

Wtedy Jezus spojrzał na niego z miłością i rzekł mu: „Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną”. Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości.

Wówczas Jezus spojrzał dookoła i rzekł do swoich uczniów: „Jak trudno tym, którzy mają dostatki, wejść do królestwa Bożego”. Uczniowie przerazili się Jego słowami, lecz Jezus powtórnie im rzekł: „Dzieci, jakże trudno wejść do królestwa Bożego tym, którzy w dostatkach pokładają ufność. Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa Bożego”.

A oni tym bardziej się dziwili i mówili między sobą: „Któż więc może być zbawiony?”

Jezus popatrzył na nich i rzekł: „U ludzi to niemożliwe, ale nie u Boga; bo u Boga wszystko jest możliwe”. 


 

Rozważanie

Niebezpieczny „dobroludzizm”

Wystarczy być dobrym człowiekiem, aby się zbawić – tak brzmi coraz bardziej popularne dziś stwierdzenie. Pojawia się mnóstwo argumentów „za”. Niepotrzebny jest Kościół, sakramenty. Podobnie jak łaska Boża niektórym „nie jest do zbawienia koniecznie potrzebna”. Na forach internetowych jakiś czas temu pojawił się termin „dobroludzizm”. Choć jest on nieco chropowaty, dobrze oddaje istotę problemu. Z okazji przeżywanego w Kościele Roku Miłosierdzia mówił o nim np. kardynał Robert Sarah, prefekt Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, przestrzegając wiernych, iż „ideologia polegająca na ’byciu po prostu dobrym’ należy do najbardziej niebezpiecznych”. Dlaczego?

Gdy do Jezusa przychodzi młodzieniec z pytaniem: „Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?” (Łk 18,18), ten odpowiada pytaniem na pytanie: „Dlaczego nazywasz mnie dobrym?” Prowokuje do szukania prawdy o dobru. Nie pozostawia też wątpliwości: Bóg jest Prawdą. Tylko On ma najwyższe kompetencje, aby zdefiniować dobro. „Poznajcie prawdę, a prawda was wyzwoli” – mówił Jezus.

Dziś przewrotnie zmienia się sens tego stwierdzenia, mówiąc: „Prawda was zniewoli” (Michel Foucault). Bez prawdy o Bogu, o człowieku i jego niezbywalnej godności stajemy na bardzo grząskim gruncie. Życie dostarcza niezliczonej ilości przykładów. Skoro dla kogoś nie jest obligatoryjny Dekalog, „dobre” jest zapłodnienie in vitro (wszak chodzi tylko o szczęście), nie ma problemu z aborcją (mój brzuch, mój wybór), małżeństwo to sprawa względna (rozwód na życzenie), nie istnieje grzech (ja decyduję, co jest dobre, a co złe), jeśli już w ogóle mowa o grzechu, to się go bagatelizuje (nikogo nie zabiłem, nikogo nie okradłem, jestem OK) itd.

Skąd się bierze „dobroludzizm”? Dlaczego jego wyznawcy „nie zauważają” słów Chrystusa: „Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie” (J 6,53)? Cóż, najczęściej chodzi o uzasadnienie duchowego lenistwa, życia dalekiego od Eucharystii, sakramentów. Postawa taka jest swoistą kontrpropozycją wobec tradycyjnej religii. Sposobem na uspokojenie sumienia. Pozwala traktować Ewangelię jak kartę dań w restauracji, z której wybiera się to, co „smakuje”, usprawiedliwia egoistyczne wyobrażenia, „jak ma być”. „Dobroludzizm” jest dzieckiem epoki dominacji postprawdy, wedle której każdy ma „swoją” prawdę. I to jest dziś prawdziwa tragedia.

 

ks. Paweł Siedlanowski