• Sobota, 17 listopada 2018

    imieniny: Elżbiety, Grzegorza, Zbysława

Ideologia wygrywa z rozsądkiem

Czwartek, 13 września 2018 (20:13)

Z Andrzejem Maciejewskim, posłem Ruchu Kukiz’15, przewodniczącym sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jeszcze niedawno Platforma ostrzegała, że PiS ocenzuruje internet, a wczoraj to 18 europosłów Platformy poparło projekt dyrektywy o prawie autorskim dotyczącym internetu określanym jako „Acta 2”, co więcej twierdzą, że działają w interesie wolności…

– To nie pierwszy raz, kiedy politycy zabiegają o większy nadzór nad internetem. Przypomnę tylko, że podobny stan już raz przerabialiśmy, a jak się skończyło zamieszanie wokół ACTA w 2012 roku, kiedy nastąpił masowy sprzeciw zwłaszcza młodego pokolenia internautów i głosowanie w Parlamencie Europejskim, gdzie ostatecznie zaledwie garstka eurodeputowanych wsparła tę umowę, wszyscy dobrze wiemy. Platforma, która od samego początku popierała ACTA, ma w tym względzie najwidoczniej jakiś problem. Masowe protesty zmusiły rząd Donalda Tuska i Platformę do zmiany stanowiska.

O ile w 2012 roku były masowe protesty w Europie, to dzisiaj po wczorajszym głosowaniu w europarlamencie jakoś ich nie widać. Jedynie w Warszawie przed siedzibą Platformy odbył się protest…

– Protesty są czymś naturalnym, zwłaszcza po takim głosowaniu. Zresztą do nas jako posłów wpływało wiele listów, petycji z prośbą o interwencję w tej sprawie. Jeśli zaś chodzi o Europę, to proszę wziąć pod uwagę, że mamy koniec lata, młodzież, studenci, środowiska akademickie są jeszcze na wakacjach i wszystko jest jeszcze na etapie nazwijmy to rozruchowym, ale myślę, że wszystko przed nami. Idea wolności jest ważna dla użytkowników internetu, dlatego można przewidywać, że ludzie będą się organizować i fala sprzeciwu wobec próby ingerencji w tak istotny obszar na pewno będzie wzrastać. Słyszymy, że protesty mają się odbywać także w innych polskich miastach.        

Czyje interesy reprezentuje Platforma, popierając projekt dyrektywy o prawie autorskim dotyczącym internetu?

– Najprościej można powiedzieć, że Platforma reprezentuje interesy tych, którzy na tym zarobią. Proszę pamiętać, że są to konkretne interesy. Zwykli użytkownicy traktujemy internet jako formę pewnej usługi, a więc coś, co jest oczywiste jak to, że słońce wschodzi i zachodzi i zwłaszcza młodzież nie wyobraża sobie ograniczeń w tym zakresie. Musimy też mieć świadomość, że dzisiejsza rzeczywistość internetowa to nie tylko informacje, ale także ogromy rynek, prawa własności i wielkie pieniądze.

Za tym wszystkim kryje się ogromna władza, bo przez internet można też wpływać i manipulować ludźmi. A zatem mówimy tu o bardzo poważnej kwestii zwłaszcza dla władzy, bo każda władza – jaka by nie była, chce mieć mniejszą lub większą kontrolę nad opinią publiczną. Jeśli do tego dołączymy element pewnego nacisku i możliwość ingerencji, to widzimy, że posiadanie tego typu przywilejów jest dla władzy cenne, a ich utrata oznacza zagrożenie. Ta chęć kontroli – już dzisiaj – skutkuje podziemiem internetowym, które choć wykorzystywane w różnych celach – czasem też niezgodnych z prawem – powstało nieprzypadkowo.  

W kogo najbardziej uderzy to nowe restrykcyjne prawo, zakładając, że w ogóle wejdzie w życie?

– Przede wszystkim jest to uderzenie w nas wszystkich – zwykłych użytkowników, którzy stracimy prywatność i tak już mocno ograniczoną. Dzisiaj w tej ogromnej przestrzeni internetowej jesteśmy pionkami, cyferkami – jednymi z wielu, ale nie możemy też zapominać, że internet oprócz tego, że jest wielkim dobrodziejstwem, jest też złodziejem prywatności, która może zostać jeszcze bardziej ograniczona.

Możemy zostać odcięci od informacji poprzez blokowanie pewnych niewygodnych treści?

– Już dzisiaj przerabiamy to w praktyce. Mamy przecież blokady rodzicielskie, gdzie rodzice w trosce o bezpieczny rozwój swoich dzieci mogą blokować dostęp do pewnych stron. To ma też o wiele szerszy zasięg – weźmy chociażby Chiny, gdzie państwo jeżeli uzna, że Kubuś Puchatek może być niebezpieczny, to może nawet bajkę zablokować. Reżimy nieprzypadkowo blokują swoim obywatelom dostęp do informacji, a praktyka pokazuje, że jeśli się chce, to można to skutecznie zrobić. To wszystko pokazuje, że jesteśmy dzisiaj blisko pewnej granicy, kiedy dawkujemy informacje i rysujemy model informacji, do kogo i w jakim zakresie powinny one docierać.

Komu zależy, aby pod płaszczykiem ochrony praw autorskich nałożyć kaganiec na społeczeństwo i de facto ograniczyć wolność w internecie?

– Przede wszystkim pamiętajmy o tym, że żadna władza nie lubi konkurencji, a tak jak wspomniałem już wcześniej – wolny człowiek, w wolnym nieograniczonym internecie jest jednostką, którą ciężko jest kneblować czy ujarzmić. Jeśli bowiem ktoś myśli samodzielnie, krytycznie, to jest w pewnym sensie niebezpiecznym elementem społecznym. Jest bowiem osobą, która może się nie zgadzać z linią władzy i burzyć działania polityczne, społeczne. Widzę to na gruncie sejmowym, gdzie samodzielne myślenie jest – wbrew pozorom – bardzo deficytowe na polskiej scenie politycznej.

Z tym że w przypadku projektu dyrektywy o prawie autorskim to nie polska władza chce ograniczać dostęp do internetu, ale czyni to Parlament Europejski, który wchodzi w kompetencje państw narodowych…

– Wszystko się zgadza. Spróbujmy jednak spojrzeć na ten problem z nieco innej perspektywy, od strony historycznej, mianowicie, co zrobiono w Wiedniu z pomnikiem króla Jana III Sobieskiego upamiętniającym wiktorię wiedeńską i zwycięstwo wojsk chrześcijańskich nad nawałnicą islamską z pomnikiem, który został uznany za zbyt antyislamski i w imię ideologii multikulturalizmu skutecznie zablokowany. Czy takie działanie nie oznacza, że jesteśmy o krok od cenzury światopoglądowo-politycznej? A zatem, czy nie jesteśmy o krok od sytuacji, gdzie dajmy na to każdy, kto będzie miał inny stosunek w takiej czy innej kwestii politycznej czy światopoglądowej, nie zostanie zablokowany? Już dzisiaj mamy przecież przypadki blokowania kont internetowych i to niekoniecznie w tak oczywistych sprawach jak propagowanie faszyzmu czy Adolfa Hitlera.

Gdyby nie internet pewnie nieprędko dowiedzielibyśmy się o gwałtach imigrantów muzułmańskich na Niemkach w noc sylwestrową 2015 roku…

– Media niemieckie zupełnie ten temat pominęły i gdyby nie fala informacji, jaka się przetoczyła przez internet i portale społecznościowe niejako zmusiła władze niemieckie i tamtejsze media do zajęcia stanowiska w tej bulwersującej sprawie. Wcześniej informowanie o przestępczych działaniach imigrantów muzułmańskich było wręcz objęte zakazem, embargiem nałożonym z góry i gdyby nie internet, to sprawa nie ujrzałaby światła dziennego. Tak czy inaczej żadna władza nie lubi konkurencji, która ma możliwość wpływania na społeczeństwo, a internet jest tutaj doskonałym instrumentem.

To, że Parlament Europejski przegłosował projekt dyrektywy o prawie autorskim, nie oznacza jeszcze, że ta cenzura wejdzie w życie. Czy można to zablokować?

– Oczywiście, że tak, ale do tego potrzebne jest pospolite ruszenie, masowe protesty, tak jak to miało miejsce w 2012 roku w sprawie ACTA. Jeśli zaś chodzi o nasze narodowe podwórko, to zwrócę uwagę, że resort cyfryzacji już wyraził sprzeciw, stając na stanowisku, że treść zapisów dotyczących prawa autorskiego proponowana przez Parlament Europejski jest sprzeczna z kompromisową propozycją prezydencji i nie znajduje akceptacji ministra cyfryzacji. Również szef polskiej dyplomacji, minister Jacek Czaputowicz – w swoim komentarzu stwierdził, że Polska opowiada się za wolnością w internecie. Należy więc przypuszczać, że Polska będzie się tej próbie ocenzurowania internetu sprzeciwiała. To wszystko pokazuje, że przed nami jeszcze bardzo poważna dyskusja i ważne, żeby mądrze poprowadzić ten temat i pokazać naszym rodakom, czym tak naprawdę jest „ACTA 2” – na dzisiaj temat jeszcze zbyt mało znany, zwłaszcza dla starszej części społeczeństwa.

Mało znany, także dlatego, że jedno z mediów, które na sztandarach nosi hasła wolności i demokracji, w ogóle przemilczało temat przegłosowania przez Europarlament dyrektywy o „ACTA 2”. O czym to świadczy?

– To pokazuje, kto ma interes w tym, żeby niewygodne treści nie docierały do opinii publicznej. Tak czy inaczej na gruncie unijnym poziom ideologii wygrywa z rozsądkiem. Niestety, ta ideologia lewacka jest na tyle dominująca w Brukseli, czy to na poziomie Parlamentu Europejskiego, czy Komisji Europejskiej, i tak agresywna, że każdy, kto tylko ma odmienne zdanie, automatycznie staje się faszystą, oszołomem, czy też siłą destrukcyjną, a przede wszystkim z góry wiadomo, że jest antyeuropejski.

W brukselskich gremiach niestety nie liczy się merytoryczna dyskusja, dyskusja na argumenty, co powoduje, że każdy, kto ma inne zdanie w takiej czy innej kwestii niż unijni decydenci, automatycznie staje się wrogiem Unii Europejskiej. To nonsens, ale nie ma się tym, co za bardzo przejmować i trzeba konsekwentnie robić swoje, bo jak pokazują wyniki wyborów w państwach członkowskich, do głosu coraz częściej zaczynają dochodzić ugrupowania… Oczywiście należy dyskutować na temat projektu dyrektywy o prawie autorskim, ale jednocześnie nie bójmy się własnego zdania i używajmy mądrych argumentów.     

                        Dziękuję za rozmowę.

 

 

 

Mariusz Kamieniecki