Ewangelizował swoim życiem
Sobota, 5 stycznia 2013 (13:53)Z ojcem Kazimierzem Piotrowskim CSsR, byłym przewodniczącym Sekretariatu Misji Zagranicznych Redemptorystów, rozmawia Izabela Kozłowska
Z głębokim smutkiem przyjęliśmy wczoraj wieczorem wiadomość o śmierci o. Jana Mikruta CSsR. Wspominający śp. ojca podkreślają, że był on osobą bez reszty oddaną Panu Bogu i Kościołowi…
- Ewangelizować swoim życiem - to była jego najważniejsza cecha. Pierwszą charakterystyczną rzeczą było to, że o. Jan doskonale zrozumiał, iż ten kapłan, który nie dba o swój poziom duchowy, nie jest do końca kompetentny w pracy duszpasterskiej, misyjnej i każdej innej związanej z ewangelizacją. Wiedział, że narzędziem ewangelizowania jest osobista świętość. Było to widoczne w jego osobie, w sposobie zachowania, bycia, mówienia, wartościowania. Ewangelizować najpierw swoim stylem życia. Z tej postawy wynikały kolejne istotne cechy. Dla niego Kościół, czyli Bóg mieszkający we wspólnocie, był podstawową wartością, o którą należy się troszczyć. To było przedmiotem jego życia i troski, co było widać na wielu płaszczyznach. Zależało mu na tym. Kościół dla o. Jana był rodziną, a o nią należy dbać. Bardzo poważnie traktował słowa Pana Jezusa: „idźcie i nauczajcie”. Zmarły wczoraj o. Jan wiedział, że Ewangelia jest po to, żeby ją nieść do innych. Ewangelizować, patrząc na świat, na człowieka współczesnego, tzn. poszukiwać ciągle nowych form, adekwatnych do dzisiejszego czasu i mentalności ludzi.
Ojciec Jan Mikrut pokładał ogromną nadzieję w młodych ludziach…
- Ojciec Jan miał odwagę duszpasterską. Kiedy rodziły się oazy, dostrzegł, że jest to wielka szansa dla Kościoła. Praktycznie od początku zaczął współpracować z ks. Franciszkiem Blachnickim. Większą część swojego życia skoncentrował na pracy z młodzieżą i dla niej. Był to człowiek, który przez dziesięciolecia pracował z młodymi. Organizował obozy, które powszechnie znamy, ale dostrzegając zachodzące w świecie zmiany, wiedział, że potrzebne jest miejsce, gdzie człowiek znajdzie równowagę życia, gdzie człowiek będzie miał możliwość spotkania się z Bogiem. Z tej obserwacji człowieka i jego potrzeb zrodziła się myśl, żeby stworzyć taki ośrodek w Polsce. I powstał bardzo charakterystyczny i ciekawy ośrodek rekolekcyjny na Ryniasie. Jest to niewielka polana w Tatrach, odległa od cywilizacji. Rynias to cudowna polana w górach, prawie odcięta od świata, z cudownymi widokami. Mieszka tam zaledwie kilkanaście rodzin. Jest to doskonałe miejsce na wyciszenie, rekolekcje, na głębokie spotkanie z Bogiem. Tam Pan Bóg mówi pięknem natury. Ojciec Jan sam stworzył ten piękny ośrodek, który od wielu lat nieprzerwanie funkcjonuje. Dbał on, aby wszystko, co tam jest, pomagało człowiekowi odnaleźć Boga. Między innymi dlatego w ośrodku tym nie ma telewizorów, by było to piękne miejsce odnalezienia harmonii. W swojej działalności misyjnej o. Jan skupił się na inteligencji. Na tym polu skoncentrował się w ostatnim dziesięcioleciu.
Wspomniał Ojciec, że ewangelizacja swoim życiem była jedną z najważniejszych cech o. Jana. Na jakich fundamentach budował swoje życie?
- Powiedziałem wcześniej, że nie bał się nowych form pracy duszpasterskiej, misyjnej, ale dla niego pewne rzeczy były fundamentalne: osobista harmonia z Panem Bogiem, refleksja nad Słowem Bożym, sakramenty święte, a także to, aby modlitwa była na pierwszym miejscu w życiu. Te nowe formy, jakie proponował, nie były sezonowe, jednoroczne, modne. Było to coś, co ogromnie pomagało człowiekowi. Dbał, aby w tym wszystkim podstawą była modlitwa. W jego życiu i w tym, co proponował innym, modlitwa była na pierwszym miejscu.
Ojciec Jan Mikrut współtworzył dzieło ewangelizacyjne, jakim jest Radio Maryja…
- Jego praca w Radiu Maryja zrodziła się z tej odwagi duszpasterskiej, którą się charakteryzował. Wiedział, że ewangelizacja poprzez radio jest rzeczą nietypową. Wszyscy, którzy go znali, rozumieli, jak doskonale się w tej pracy odnalazł, jak była dla niego ważna. Przypomnę, że do końca swoich dni prowadził audycje.
Zmarły wczoraj ojciec Jan był świadomy swojej choroby. Jak ją przeżywał?
- Był to człowiek, który nie bał się myśleć o odchodzeniu. Lekarze nie ukrywali przed nim, że jego stan zdrowia jest bardzo ciężki. Był świadomy lekarskiej opinii, która była jednoznaczna. On to wszystko wiedział i nam mówił. Nie był załamany, lecz pełen nadziei, ufności. Mówił, że może być taka wola Boża, że może z tego świata odejść. W związku z tym przygotowywał siebie i nas.
Jak wspomina Ojciec ostatnie spotkanie z o. Janem?
- Około trzech miesięcy temu zatelefonował do mnie i zaprosił na Rynias. Mimo iż na miejsce dojechałam o późnej porze, to on czekał na mnie. Teraz wiem, że mnie wprowadzał w tajemnice swojej śmierci. Mówił wówczas do mnie: „Słuchaj, jak mnie zabraknie, to tu musi stanąć kaplica”. To, co było takie piękne i charakterystyczne dla niego – umiał dostrzec piękno. Powiedział do mnie: „Zobacz, jakie piękne są szczyty, które tu widać. Zobacz, jaka tu jest cisza. Zadbajcie, by tu tak pozostało. Niech te ośrodki w dalszym ciągu tak funkcjonują”. Przymierzał się do budowy małej, pięknej kaplicy na Ryniasie. Mimo iż po części materiał został już zgromadzony, to nie udało się jej jeszcze wybudować. Mówił też: „Jeżeli bym umarł, to pamiętaj, że wszystkie rzeczy związane z Ryniasem opisałem w dokumencie, to ci pomoże”.
Dziękuję za rozmowę.
Izabela Kozłowska