• Sobota, 21 marca 2026

    imieniny: Benedykta, Filemona

Nie spodziewałbym się jakiegoś przełomu

Piątek, 22 czerwca 2018 (19:16)

Z dr. Przemysławem Wójtowiczem, politologiem, wykładowcą w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, rozmawia Mariusz Kamieniecki

W niedzielę w Brukseli odbędzie się zwołany przez Jean-Claude Jnckera nieformalny szczyt w sprawie migracji. Tymczasem po wczorajszym spotkaniu szefów rządów Grupy Wyszehradzkiej oraz kanclerza Austrii wygląda, że rośnie sprzeciw wobec polityki migracyjnej lansowanej przez Komisję Europejską, ale także Niemcy czy Francję?

Rzeczywiście, jeszcze kilka miesięcy temu zdecydowanymi przeciwnikami bezrefleksyjnej polityki migracyjnej polegającej na otwieraniu drzwi i wpuszczaniu na terytorium Europy – bez jakiejkolwiek kontroli i odpowiedzialności – nielegalnych imigrantów z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu – przeciwnych było tylko kilka państw Europy Środkowo-Wschodniej: Polska, Węgry, Czesi. I z tymi nielicznymi państwami główne siły Unii Europejskiej mogły się nie liczyć – choć wcale nie powinny tego robić.

Teraz jednak, w miarę upływu czasu sytuacja radykalnie się zmieniła i również inne kraje zauważają, że taka polityka prowadzi donikąd i dłużej nie może być narzucana innym państwom. Szczególnie mocny w tej materii okazał się głos Włochów, gdzie w rezultacie wyborów parlamentarnych do władzy doszły prawicowa Liga i antysystemowy Ruch Pięciu Gwiazd. To sprawiło, że państwo to również zaczęło korygować – i to w bardzo znaczący sposób – swoją politykę wobec imigrantów, którzy od południa wciąż forsują drzwi Europy. To wszystko sprawia, że grono państw przeciwnych obecnej polityce migracyjnej Unii Europejskiej coraz bardziej się rozszerza, co więcej, z tym gronem trzeba będzie się coraz bardziej liczyć.  

Kanclerz Merkel musiała się sporo nagimnastykować, żeby nakłonić premiera Giuseppe Conte początkowo niechętnego udziałowi w niedzielnym miniszczycie w Brukseli …

To jest związane m.in. z tym, że premier Giuseppe Conte jest stosunkowo nową postacią na międzynarodowej scenie politycznej i właściwie, póki co, dopiero trwa pewnego rodzaju próba sił, rozpoznawanie, wyczuwanie czy wręcz sprawdzanie, na ile Włosi – pod kierownictwem nowego premiera – będą gotowe się zgodzić i w czym ewentualnie ustąpić ze swojej polityki. Stąd taki nacisk ze strony państw wiodących Unii Europejskich, aby premier Giuseppe Conte jednak przybył w niedzielę do Brukseli.

Proszę powiedzieć, czy Unia Europejska poza nic niewnoszącymi do sprawy spotkaniami, rozmowami we własnym gronie w ogóle ma jakąś strategię wobec kryzysu migracyjnego?

Na dzień dzisiejszy strategia jest taka, że owszem dużo się mówi, ale de facto nic się w tej materii nie robi, co więcej, czeka się bezczynnie, aż problem sam się rozwiąże. Można odnieść wrażenie, że wszyscy liczą, że może imigranci – w końcu – sami zrezygnują i przestaną napływać na kontynent europejski. Ale tak się na pewno nie stanie. Dlatego Unia Europejska – przynajmniej jeśli nie ma skutecznej strategii, którą bądź co bądź trudno jest wypracować, bo ogólnoeuropejski konsensus w tej materii trudno będzie znaleźć, to należałoby przynajmniej utrzymywać, rozliczać i przestrzegać zasady, które wcześniej ustalono. Mam tu na myśli chociażby zasadę, że rejestrujemy uchodźcę w miejscu, gdzie przekracza on granicę, a nie, że przedostaje się on swobodnie w głąb Unii Europejskiej i ewentualnie, dopiero w którymś kraju – już wewnątrz wspólnoty – przymierza się do jego rejestracji. A zatem na tym właśnie powinniśmy się skupić. Innymi słowy, Unia Europejska, nawet jeśli nie ma w perspektywie żadnego planu strategicznego, to przynajmniej powinna zacząć realizować dotychczasowe uregulowania prawne i wymagać ich przestrzegania.

Chyba coraz więcej państw zaczyna słyszeć głos Polski, który od początku brzmi niezmiennie, że powinniśmy imigrantów – ofiary wojen czy konfliktów zbrojnych – wspierać w miejscach ich pochodzenia. Co by jednak nie powiedzieć, długo zajęło niektórym państwom dojście do tych racjonalnych wniosków?      

To jest oczywista sprawa, bo w naturze ludzkiej jest to, że każdy człowiek najlepiej, najpewniej czuje się u siebie, w domu. I daję głowę, że tysiące czy miliony tych imigrantów, którzy dzisiaj zmierzają do Europy, gdyby tylko sytuacja polityczna była stabilna w ich miejscach zamieszkania, to woleliby się rozwijać, uczyć, pracować i żyć w swoim rodzinnym, narodowym gronie. To jest oczywistość, co do której nie powinno być żadnych dyskusji.

Skąd zatem wziął się pomysł Angeli Merkel, żeby ich zapraszać i de facto na siłę sprowadzać do Europy?

Oczywiście była to kumulacja wielu zdarzeń. Z pewnością przyczyniły się do tego konflikty zbrojne, przede wszystkim zaś wojna w Syrii. Nie bez znaczenia jest tu też polityka Turcji, która w pewnym momencie zaczęła – nawet nie tyle wypuszczać w głąb Europy uchodźców, którzy przez jakiś czas pozostawali w tureckich obozach, co imigranci byli wręcz zachęcani, aby wyruszyć w drogę w głąb Europy. Natomiast reakcja kanclerz Angeli Merkel nie tylko nie zapobiegła problemowi, ale jeszcze bardziej zwiększyła jego skalę.

Wszystko jednak wskazuje na to, że kanclerz Merkel będzie musiała zrewidować swoją postawę wobec imigrantów. Pytanie tylko, co bardziej ją do tego zmusi, czy sytuacja wewnętrzna i groźba rozpadu koalicji rządowej, czy sytuacja zewnętrzna i coraz większy sprzeciw państw Unii niezadowolonych z polityki otwartych drzwi?

Doświadczenie polityczne i obserwacja sceny politycznej przez wiele lat pozwala nam sądzić, że politycy zmieniają zdanie – przede wszystkim – w momentach, kiedy czują, że mogą utracić władzę. To, co się dzisiaj dzieje na wewnętrznej scenie politycznej w Niemczech, może wpłynąć na skorygowanie, bo nie spodziewałbym się żadnej radykalnej zmiany polityki migracyjnej. Natomiast możemy się spodziewać, o czym wspomniałem na początku naszej rozmowy, uszczelnienia granic, co jest związane z przywróceniem gotowych wymagań i uregulowań, które są już wypracowane przez Unię Europejską i powinny funkcjonować. Niestety, w pewnym momencie część krajów wspólnoty odeszła od tych zasad i polityki, chociażby rejestracyjnej, związanej z wpuszczaniem imigrantów na terytorium Unii.

Czego zatem możemy się spodziewać w sprawie unijnej polityki migracyjnej podczas szczytu Rady Europejskiej 28–29 czerwca?

Nie spodziewałbym się jakiegoś przełomu. Owszem w przestrzeń publiczną mogą zostać wypuszczone bardzo ogólne slogany typu: będziemy pracować, będziemy uszczelniać granice, ale znając życie, wszystko potoczy się swoim własnym torem. W tym momencie na początek najistotniejsze jest ustabilizowanie sytuacji politycznej w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie. I jeżeli tam sytuacja się unormuje to automatycznie fala imigracji, która wciąż szerokim strumieniem puka do bram Europy, odpowiednio się zmniejszy. Ale najpierw muszą się dokonać zmiany w tamtych regionach. Dlatego, póki co, nie spodziewałbym się przełomu na zbliżającym się szczycie Rady Europejskiej. Tych szczytów było już przecież wiele, różne deklaracje się pojawiały, a imigranci jak płynęli, tak nadal płyną i szturmują bramy Unii Europejskiej.     

Czy podczas tego szczytu możemy mieć pogłębienie, jeszcze większy rozdźwięk między państwami starej Unii a krajami Grupy Wyszehradzkiej, które mają dość dreptania w miejscu?

Nie mówiłbym o pogłębieniu i jeszcze większym rozdźwięku między starą a nową Unią, bo stanowiska poszczególnych państw – chociażby Grupy Wyszehradzkiej czy takich krajów, jak Niemcy czy Francja – w kwestii migracyjnej są znane od wielu miesięcy, a nawet lat. Dlatego nawet bardziej zdecydowany ton – moim zdaniem – nie wpłynie na radykalne pogorszenie stosunków. Grupa Wyszehradzka już od dłuższego czasu – niezmiennie – reprezentuje swoje zdanie, co dla państw starej Unii nie jest żadną nowością.

Czy wobec sprzeciwu kwotowej relokacji uchodźców może jeszcze bardziej wybrzmieć argument uzależnienia środków unijnych od przyjmowania imigrantów?

Oczywiście ten argument jako straszak może się pojawić, ale sprawa ta dla autorów takiego pomysłu nie jest już tak prosta, jak to się wydawało jeszcze kilka czy kilkanaście miesięcy temu. O ile bowiem można było tym straszakiem zagrywać ostrzej, bo Grupa Wyszehradzka była odosobniona w swoich poglądach, o tyle dzisiaj do grona sceptyków otwierania drzwi dla imigrantów dołączają kolejne państwa, jak chociażby Włochy czy Austria. Widać, że siła zwolenników bezrefleksyjnej polityki zapoczątkowanej przez kanclerz Angelę Merkel słabnie, za to rośnie grono państw, które się temu sprzeciwiają i chcą włączyć hamulce, zanim będzie za późno. To daje nam szersze pole do ewentualnych negocjacji w nowych konstelacjach i innym, szerszym gronie. Po prostu jesteśmy dzisiaj mocniejsi.

  Dziękuję za rozmowę. 

Mariusz Kamieniecki