Wrakowisko śledztwa
Czwartek, 3 stycznia 2013 (02:13)Z mec. Małgorzatą Wassermann, córką ministra Zbigniewa Wassermanna, który zginął pod Smoleńskiem, rozmawia Marcin Austyn
W Pani ocenie rok 2012 zbliżył nas do poznania prawdy na temat okoliczności katastrofy smoleńskiej?
– Moim zdaniem, ostatni rok przyniósł pewne przełomy. Mam tu na myśli konferencję z 22 października, w której przeszło sto osób z kraju i z zagranicy dyskutowało na temat przyczyn katastrofy Tu-154M. Eksperci z poszczególnych dziedzin mieli okazję wypowiedzieć swoje spostrzeżenia na temat przebiegu tej katastrofy, które wynikały z analizy udostępnionych materiałów. Chcę zwrócić uwagę, że naukowcy dysponowali materiałem źródłowym z prokuratury, a ich konkluzje były dość zbieżne. Otóż nie ma obecnie innego wytłumaczenia skutków tej katastrofy (mieliśmy okazję zobaczyć je na zdjęciach), jak eksplozja. To bardzo ważny głos w debacie nad przyczynami katastrofy, a wciąż pomijany jest milczeniem. Nie podjęto nawet polemiki z takim stanowiskiem. Mamy jednak zapowiedź, że w lutym 2013 r. zostanie powołana komisja, która będzie weryfikować raport komisji ministra Jerzego Millera, i mam nadzieję, że ekspertom rządowym nie zabraknie odwagi i przyjmą zaproszenie posła Antoniego Macierewicza do dyskusji w szerszym gronie. Mam nadzieję, że uda się to zrealizować zarówno z naszym udziałem, jak i całego społeczeństwa. To ważne, bo w przypadku katastrofy smoleńskiej nieustannie mamy do czynienia z dezinformacją i jestem przekonana, że jest to celowe działanie.
Maciej Lasek zapowiada powołanie komisji, która ma walczyć z tzw. kłamstwami smoleńskimi. Liczy Pani na merytoryczną debatę i konfrontację ocen?
– Tylko do jakich źródłowych materiałów miała dostęp komisja ministra Jerzego Millera? Eksperci tej komisji sami mówili o tym, że przebadali czarne skrzynki i uznali, że to wystarczający materiał do formułowania ostatecznych tez, bo skrzynki nie wykazały nic niepokojącego. Na tej podstawie stworzono raport. Niestety, eksperci dopytywani o zakres przeprowadzonych badań nie mają wiele do powiedzenia. Owszem, moją krytyczną ocenę minister Miller uznał za niesprawiedliwą, twierdząc, że zrobiono „trochę więcej”. Ale nie usłyszeliśmy już, co kryje się pod tym określeniem.
W śledztwie smoleńskim miały miejsce istotne wydarzenia – wykazanie pomyłek przy pochówku ciał ofiar, źle wykonane czy właściwie niewykonane badania pirotechniczne po katastrofie, nieprawidłowości w odczytach rejestratora głosu etc.
– Oczywiście. Jednak w pierwszej kolejności chciałam powiedzieć o przełomie dla mnie bardzo znaczącym, bo wychodzącym ze środowisk niezwiązanych politycznie. W końcu manipulacjom na temat katastrofy powiedziano: „dość”, „to przeczy prawom nauki”. Jeśli zaś mówimy o prokuraturze, to trzeba przyznać, że w śledztwie doszło do kilku przełomów. To chociażby kwestia wykonanych w Smoleńsku badań pirotechnicznych. Do tej pory padały tylko zapewnienia, że zamachu nie było, że nie ma na to żadnych dowodów. Tymczasem okazało się, że nie wykonano w tym zakresie żadnych badań. Proszę zauważyć, jak dziś kręcą różne środowiska, twierdząc, że tego rodzaju badania zostały wykonane. Dzisiaj wyraźnie widać, że to nie jest prawda. Przecież gdyby takie ekspertyzy zostały wykonane rzetelnie, to prokuratura by ich nie powielała. Jeżeli jednak doszło już do tego, że dyskutujemy o tym, czy trotyl to trotyl i czy on pochodzi z tego, co się mogło wydarzyć w Smoleńsku, czy też z zamierzchłych czasów, to nasuwa się pytanie o to, gdzie są zbadane i zabezpieczone próbki z ciał, odzieży, przedmiotów, gleby, drzew. To taki elementarz, który powinien zostać wypełniony przez śledczych w dniu katastrofy, a następnie zbadany. Proszę pokazać te analizy, próbki i jasno zadeklarować, czy wówczas też stwierdzono ten materiał, czy nie. Jeśli te próbki są, to można by szybko zakończyć dyskusję na temat pochodzenia śladów trotylu.
Istotną kwestią był też przejaw pewnej odwagi prokuratury, która zdecydowała się na ekshumacje, przyznając się tym samym do ogromnego zaniedbania i błędów. W obliczu tego, co dzieje się w kraju, czyli przyjęciu przez rząd polityki pójścia w zaparte, był to dobry syndrom. W tym kontekście niezrozumiałe dla mnie jest odkładanie ekshumacji pozostałych ciał. Wszyscy prawnicy wiedzą, że jest to konieczność.
Kolejną rzeczą, którą warto zauważyć, jest fakt, że zmieniła się retoryka rządzących w kwestii współpracy z Rosją. Pamiętamy, że pierwsze półrocze 2010 r. było nieustannym uspokajaniem i twierdzeniem, że wszystko układa się nadzwyczaj dobrze. Dziś wszelkie zaniedbania, opóźnienia tłumaczone są tym, że strona rosyjska nie chciała współpracować. Teraz wszyscy już widzą to, że strona rosyjska gra z nami, jeśli chodzi o dowody i katastrofę. Tylko ktoś na tę grę pozwolił.
Zmianę wymusiła liczba popełnionych i wykazanych już błędów, z którymi nie da się już dyskutować?
– Myślę, że tak. Tylko proszę zauważyć, jak wielka musiała zostać wykonana praca ludzi dobrej woli, w tym „Naszego Dziennika”. Przecież gdyby nie to nieustanne drążenie, zadawanie pytań, jeżdżenie na miejsce katastrofy, interesowanie się tematem, to z perspektywy rządu sprawa była jasna: 29 lipca 2011 r. ogłosiliśmy raport i skończyliśmy temat.
Sądzi Pani, że w tym roku wrak i reszta dowodów, które są w rosyjskich instytucjach, wrócą do Polski?
– Trudno tu cokolwiek prognozować, bo przetrzymywanie przez stronę rosyjską tych dowodów wynika z przyczyn politycznych, a nie procesowych. Niestety, dotąd słyszeliśmy tylko, że te dowody są istotne w rosyjskim śledztwie i otrzymamy je po zakończeniu postępowania. Z punktu widzenia proceduralnego taki pogląd można jeszcze zrozumieć. Jednak tu chodzi także o dobrą wolę. Przecież mieliśmy tzw. polską czarną skrzynkę. I co się z nią stało? Skopiowaliśmy jej zawartość, a oryginał oddaliśmy Rosjanom, bo był im potrzebny do badań. Dowody – skrzynki, wrak – jako nasza własność powinny wrócić do Polski, a Rosjanie, gdyby mieli potrzebę skorzystania z nich, mogliby przyjechać i wykonać badania. W mojej ocenie, to nie jest już kwestia utrudniania polskiego postępowania, robienia na złość rodzinom czy zainteresowanym badaniem katastrofy, ale to kwestia polityczna i trzymania w szachu rządu premiera Donalda Tuska.
Możliwe jest zakończenie śledztwa smoleńskiego w tym roku? Sugeruje to prokurator generalny Andrzej Seremet.
– Nie wyobrażam sobie zakończenia tego postępowania bez badań sądowo-lekarskich wszystkich ofiar katastrofy, a wiemy, w jakim tempie ta sprawa jest realizowana. Po wtóre oczekujemy na kompleksową opinię zespołu biegłych na temat katastrofy. Tu – w ślad za opiniami ekspertów – mogę tylko powtórzyć, że nie wyobrażam sobie zakończenia śledztwa bez zbadania oryginałów czarnych skrzynek i rekonstrukcji wraku w Polsce. Bo to nie jest tylko sprawa próbek z wraku, ale zbadania tych szczątków w polskich laboratoriach. To dopiero przybliży nas do wydania jednoznacznej opinii, możliwie bliskiej prawdzie. Deklaracje o tym, że miejsce pobytu wraku nie ma znaczenia dla zakończenia polskiego śledztwa, mają dla mnie charakter wyłącznie polityczny. Na pewno trudno dziś spekulować o tym, ile śledztwo jeszcze potrwa. Jeżeli będzie ono szło normalnym trybem, nie będzie żadnych nacisków, by je szybko doprowadzić do końca, to z pewnością nie zakończy się ono przed trzecią rocznicą katastrofy.