• Niedziela, 24 czerwca 2018

    imieniny: Jana, Danuty, Janisława

Pod patronatem „Naszego Dziennika”

Żeby emerytura nie upokarzała

Piątek, 1 czerwca 2018 (22:06)

Z Januszem Olewińskim, przewodniczącym Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Internowanych i Represjonowanych z siedzibą w Siedlcach, rozmawia Adam Kruczek

Ogólnopolskie Stowarzyszenie Internowanych i Represjonowanych z siedzibą w Siedlcach powstało w 1998 roku, a więc prawie dekadę po Okrągłym Stole i pamiętnych wyborach czerwcowych. Co się stało, że po 10 latach trwania III RP postanowili Państwo zrzeszyć się jako osoby represjonowane?

– Właśnie chodzi o to, że nic się nie stało. Stowarzyszenie zostało powołane przez działaczy pierwszej „Solidarności”, którzy po Okrągłym Stole zostali niejako skazani na zapomnienie. Czas płynął, a wielu z nas na skutek swojej działalności opozycyjnej pozostawało w bardzo trudnej sytuacji zdrowotnej i materialnej, znikąd nie otrzymując pomocy. Chodziło o to, żeby tych ludzi doświadczonych komunistycznymi represjami wspierać i wspomagać.

W 1991 roku Sejm podjął uroczystą uchwałę potępiającą system komunistyczny. Nie odczuwali Państwo satysfakcji?

– Oczywiście, ale to była tylko uchwała, która nie pociągała za sobą żadnych zmian w naszej sytuacji. W 1998 roku przyjęto zresztą kolejną wzniosłą uchwałę, mówiącą już o naprawieniu krzywd wyrządzonych przez władze komunistyczne. Tylko że i za tym nie szły konkretne działania. Od 1989 roku w rocznicę powstania „Solidarności” i wprowadzenia stanu wojennego co roku w parlamencie podejmowano uroczyste uchwały, zupełnie zapominając, że wzniosłe słowa nie poprawią bytu ludziom, którzy za swoją ponoć wygraną walkę cierpieli teraz niedostatek.

Na czym polega ogólnopolski charakter stowarzyszenia?

– Od razu zachęcaliśmy kolegów, aby albo zakładali na swoim terenie podobne struktury, albo przystępowali do nas. Najważniejsze, żeby zaczęli coś robić. Do dziś działamy na takiej zasadzie, że niezależnie od miejsca zamieszkania ci, którzy chcą do nas wstąpić, wstępują, a ci, którzy sami chcą się organizować, tworząc koła czy inne stowarzyszenia, sami się organizują. My nikomu dyrektyw nie wysyłamy. Uważamy, że działacze na swoim terenie sami muszą decydować. Do naszego stowarzyszenia należy ok. 180 osób z całej Polski, a nawet z zagranicy.

Ile takich organizacji udało się stworzyć?

– W Urzędzie ds. Kombatantów jest ich zarejestrowanych ok. 40, ale tych naprawdę aktywnych można policzyć na palcach jednej ręki. Cieszymy się, że od niedawna trochę bardziej uaktywniają się niektórzy działacze, bo dotychczas robiliśmy to nieomal sami.

O co się Państwo upominali?

– Zajmowaliśmy stanowiska nieomal we wszystkich najistotniejszych sprawach społecznych III RP, a jeśli chodzi o nasze środowisko, to najważniejszą rzeczą podnoszoną przez nas od początku i praktycznie do dziś było to, że wobec ludzi, którzy utracili zdrowie lub ponosili inne trwałe negatywne skutki powstałe z powodu komunistycznych represji, państwo polskie powinno sprawować ustawową opiekę powodującą w jakimś stopniu naprawienie tych krzywd. Powoływaliśmy się na Konstytucję RP z 1997 roku, a w niej na art. 19, który wyraźnie nakładał na państwo obowiązek „otoczenia specjalną i stałą opieką i troską osób, które na wcześniejszym etapie swojego życia aktywnie uczestniczyły w walce o niepodległość Polski”. Konstytucja mówi, że pomoc tym osobom powinna mieć wymiar specjalny i zapewniać im godny poziom życia.

Dlaczego byłych opozycjonistów nie stać dziś na „godny poziom życia”?

– Działacze opozycji, którzy w tamtych czasach pracowali, bo przecież nie byli to ludzie bezrobotni, i często nieźle zarabiali – ja np. miałem dochody rzędu 4-5 ówczesnych średnich krajowych – wskutek prześladowań, represji, zwolnienia z pracy, uwięzienia, często utraty zdrowia, dostają najniższe renty i emerytury i żyją często w bardzo trudnych warunkach. Najprościej operować własnym przykładem, więc powiem, że od 1983 roku po utracie zdrowia w czasie internowania jestem stale na rencie inwalidzkiej, która wynosi obecnie 855 zł. Duża część ludzi z solidarnościowej opozycji to dzisiaj renciści. Wielu ledwo się porusza. To są przecież skutki prześladowań, jakie przeszli.

Jak koledzy z opozycji, będący u władzy, tłumaczyli bezczynność w tej sprawie?

– Koronnym argumentem był zawsze brak pieniędzy w budżecie. Choć na esbeków szły miliardy, dla nas nie było. Stosowano też szantaż moralny, że przecież nie walczyliśmy z komuną dla pieniędzy. To było takie granie na naszej ambicji. Po prostu nie było woli politycznej.

A jak do tych postulatów odnosił się NSZZ „Solidarność”?

– To jest odrębny temat. Związek w naszej sprawie nic nie uczynił, a nawet ustami ówczesnego przewodniczącego Janusza Śniadka na moje pytanie, czy wykona uchwałę Komisji Krajowej dotyczącą pomocy represjonowanym działaczom „Solidarności”, która to uchwała została dosłownie wymuszona przeze mnie i kilku kolegów na zjeździe krajowym, Śniadek odpowiedział, że związek się sprawami politycznymi nie zajmuje. To było w czerwcu 2005 roku. Dlatego bardzo się zdziwiłem, że to właśnie Śniadek już jako parlamentarzysta był posłem sprawozdawcą przy procedowaniu nowelizacji ustawy o działaczach opozycji antykomunistycznej oraz osobach represjonowanych z powodów politycznych z ubiegłego roku.

O ilu ludziach w Polsce można powiedzieć, że byli represjonowani przez system komunistyczny?

– Takich rzeczywiście represjonowanych to wątpię, by było więcej niż 12 tys. Gdy w 2015 roku wprowadzono ustawę o działaczach opozycji antykomunistycznej oraz osobach represjonowanych z powodów politycznych, to zaraz podniosły się głosy w parlamencie, że może chodzić o kilkaset tysięcy takich osób, co zrujnuje budżet. Dzisiaj widać, że status działacza opozycji czy osoby represjonowanej uzyskało raptem kilka tysięcy osób.

Przyjęte w ubiegłym roku dożywotnie świadczenie w wysokości 402 zł dla działaczy opozycji antykomunistycznej uznali Państwo za krok w dobrym kierunku, choć niewystarczający. Jakie świadczenie byłoby, Pana zdaniem, właściwe?

– Sądzę, że aby było to godne uhonorowanie, powinno ono wynosić tyle, żeby razem z dotychczasowym świadczeniem tego działacza wychodziła średnia krajowa emerytura czy renta. Wtedy moglibyśmy podziękować za te wszystkie ulgi, dopłatę do biletów, rachunków za prąd itp., gdyż byłoby nas na to stać.

Dwadzieścia lat działalności to dobra okazja do podsumowań. Aktywność stowarzyszenia nie ograniczała się do starań na rzecz represjonowanych.

– Tak, to jest bardzo istotne, ale to tylko część naszych inicjatyw. Staramy się podtrzymywać, dokumentować, upowszechniać wartości i tradycje ruchu solidarnościowego i niepodległościowego w naszym mieście.

W 2012 roku wspieraliśmy osoby prowadzące głodówkę w Siedlcach w obronie nauki lekcji historii w szkołach, a w 2017 roku wystąpiliśmy do ministra edukacji narodowej o odznaczenie tych osób Medalem KEN. Uroczystość wręczenia medali odbyła się 17 maja 2017 roku w siedzibie MEN. Występowaliśmy do IPN z wnioskiem o ściganie byłych komendantów wojewódzkich MO za zbrodnie komunistyczne, co zostało uwieńczone częściowym sukcesem. Protestowaliśmy przeciwko szkalowaniu ks. abp. Stanisława Wielgusa, uczestniczyliśmy w marszach w obronie Telewizji Trwam i wolnych mediów.

Już 2 czerwca wraz z Urzędem ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych organizują Państwo w Siedlcach uroczyste obchody jubileuszowe pod patronatem prezydenta Andrzeja Dudy. Z jakim odzewem spotkała się zapowiedź tego wydarzenia?

– Zainteresowanie przerosło nasze oczekiwanie do tego stopnia, że lista osób chętnych do wzięcia udziału w tych uroczystościach została zamknięta już dwa tygodnie wcześniej. W obchodach będzie uczestniczyć ponad 200 osób, w tym 130 represjonowanych ze wszystkich zakątków Polski. Zapraszamy wszystkich, którzy potwierdzili swój udział.

Dziękuję za rozmowę.

Adam Kruczek