• Sobota, 21 marca 2026

    imieniny: Benedykta, Filemona

Nie czas na radykalne decyzje

Poniedziałek, 28 maja 2018 (15:31)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, wykładowcą z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II i Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Donald Trump odwołał spotkanie z Kim Dzong Unem. Czy ta decyzja Pana zaskoczyła?

– Jeśli przeanalizować całą tę sytuację, to widać, że prezydent Trump w swojej polityce międzynarodowej stosuje grę pozorów. Najpierw był jednoznacznie ostry wobec prób jądrowych Korei, zapowiadając „ogień i furię, jakich świat nie widział”. Później była polityka ocieplenia relacji – przyjazne gesty, a teraz znów mamy powrót do wcześniejszej retoryki Trumpa i ton bardzo jednoznacznie ostry. Wygląda to na grę nerwów wpisaną w jakąś szerszą strategię prezydenta Trumpa. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Wszystko wskazuje na to, że planowane na 12 czerwca spotkanie na szczycie w Singapurze Trump – Un nie dojdzie do skutku. Jednocześnie prezydent nie wykluczył, że w przyszłości do takiego spotkania dojdzie.

Czy nie jest trochę tak, że Donald Trump przesadził, domagając się na początku rozmów całkowitej rezygnacji Korei z broni nuklearnej? Jego żądania nie były zbyt wygórowane?

– Donald Trump – jak można przypuszczać – chciał nakłonić Kim Dzong Una do rezygnacji z północnokoreańskiego programu budowy broni nuklearnej i balistycznej. Proszę zwrócić uwagę, że prezydent Trump, mówiąc o oświadczeniach, które miały być przyczyną zerwania szczytu, jeszcze zanim do niego doszło, tak naprawdę nie podał, o jaki konkretnie komunikat Pjongjangu mu chodzi. Zresztą Trump i tak zyskał, czego dowodem jest uwolnienie na początku maja trzech amerykańskich obywateli przetrzymywanych przez reżim Una. Jednak nie ma też co liczyć, że północnokoreański reżim zgodzi się na całkowitą rezygnację ze swojego arsenału nuklearnego, a więc na denuklearyzację przed zniesieniem dotkliwych sankcji nałożonych na ten kraj. Tak czy inaczej – myślę, że szanse na trwały pokój wciąż są. Pozostaje tylko czekać na dalszy bieg wydarzeń i wyznaczenie kolejnego terminu spotkania, które – miejmy nadzieję – tym razem zostanie już dobrze przygotowane przez dyplomacje obu stron.

Były szef polskiej dyplomacji Witold Waszczykowski uważa, że spotkanie jest odwołane, bo obie strony nie domówiły się co do agendy spotkania…

– Trudno powiedzieć, czy takie są faktyczne przyczyny zaostrzenia relacji między Pjongjangiem a Waszyngtonem. Natomiast równie dobrze cały czas mieliśmy tylko grę pozorów, a szanse na to spotkanie, mimo zapowiedzi i deklaracji obu stron – od samego początku były pod dużym znakiem zapytania. Nie można wykluczyć, że Korea Północna – mimo wszystko – przestraszyła się gróźb i ostrego stanowiska prezydenta Donalda Trumpa i starała się robić wszystko, żeby wzajemne relacje ze Stanami Zjednoczonymi ocieplić. Natomiast jakie są faktyczne kulisy: czy był to problem z porozumieniem się co do szczegółów spotkania, czy też niedotrzymanie przez reżim północnokoreański tego, co wcześniej postanowiono – to wszystko są sprawy wtórne. Fakt faktem, wracamy do stanu napięcia sprzed decyzji o spotkaniu przywódców Stanów Zjednoczonych i Korei Północnej.

Korea Północna oświadcza, że po tej decyzji nie zniechęca się do prezydenta Trumpa. Zatem może Kim Dzong Un rzeczywiście miał dobrą wolę, którą Trump uraził?

– Kim Dzong Un z całą pewnością chce utrzymać się przy władzy, a przede wszystkim utrzymać państwo północnokoreańskie pod całkowitą kontrolą. Wszystko, co dzieje się obok, to tylko środki do osiągnięcia tych celów. Posiadanie broni masowej zagłady i rozszerzanie arsenału nuklearnego jest tym środkiem, który Kim Dzong Un uznaje za priorytetowy. Sądzę, że Un ma świadomość, jest przekonany co do tego, że schodzenie z kursu, który jest utrzymywany od lat, mogłoby doprowadzić do sytuacji podobnej do tej, jaką mieliśmy już w wielu innych krajach pokomunistycznych, gdzie wewnętrzne wpływy przeważyły i cały system władzy zwyczajnie się rozsypał. Do tego musimy jeszcze dodać pewną grę innych mocarstw stojących z boku, takich jak Chiny czy Rosja, które też mają swoje jasno określone interesy i potrafią każdą sytuację wykorzystać dla siebie. Tak to dzisiaj wygląda.      

Czy Kim Dzong Un rzeczywiście pozbywa się arsenału nuklearnego?

– Ostatnio – owszem – słyszeliśmy, mogliśmy też zobaczyć, że Kim Dzong Un zamknął w obecności zagranicznych dziennikarzy poligon nuklearny Punggye-ri. Jak podały agencje, w powietrze wysadzono kilka tuneli używanych podczas prób jądrowych oraz wieże obserwacyjne. Pytanie tylko, czy wszystko zostało zniszczone i czy nie była to mistyfikacja? Osobiście w to nie wierzę. Coś zatem na pewno reżimowi Una pozostanie w zanadrzu, ale czy w skali, o której myślimy, to trudno dzisiaj powiedzieć.

Co zatem w geopolitycznym wymiarze chce osiągnąć Donald Trump?

– Spójrzmy na stosunek prezydenta Trumpa np. do Iranu, na zerwanie umowy nuklearnej z tym państwem, co tylko pokazuje, że zwycięża tam zaostrzenie różnych relacji. W związku z tym musimy sobie zadać pytanie, na które póki co nie znamy odpowiedzi: jaka jest gra Waszyngtonu?

Czy prezydent Trump nie otwiera zbyt wielu frontów, pól konfliktów?

– Donald Trump gra va banque i widać, że stara się – jak pan redaktor zauważył – pewne pola otwierać, a nie zamykać. Jednak musimy przy tym pamiętać, że na Bliskim Wschodzie polityka amerykańska jest – jakby nie spojrzeć – pochodną interesów Izraela. Można zatem powiedzieć, że nie tyle jest to zdefiniowany cel Stanów Zjednoczonych, co – o czym się też mówi coraz częściej – że Donaldowi Trumpowi zależałoby na reelekcji obecnego premiera Izraela Benjamina Netanjahu i zwycięstwie jego partii w zbliżających się wyborach w tym kraju. To wszystko są kwestie, które trzeba brać pod uwagę, próbując odpowiedzieć, jakie są intencje działań obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Tak czy inaczej Trump – mimo iż jest przywódcą największego światowego mocarstwa – nie może sobie pozwolić na zbyt daleko idący radykalizm i otwieranie zbyt wielu frontów czy pól konfliktów, bo wokół też są inne mocarstwa. Podejmując zatem decyzje korzystne dla polityki amerykańskiej, Trump musi brać pod uwagę zdanie innych krajów.

Trump wobec Europy Zachodniej, która zaczyna układać się z Putinem, może być tak samo zadecydowany jak wobec reżimu Una?

– Państwa Europy Zachodniej mogły się już przekonać o tym, że Donald Trump jest „nieobliczalny”. To znaczy, że jeśli coś mówi, to może to zrealizować, że to nie jest tylko gra pozorów. W związku z tym nie można wykluczyć, że rzeczywiście nałoży kolejne sankcje. Dlatego państwa Europy Zachodniej muszą z uwagą obserwować politykę międzynarodową w wykonaniu obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych. I w tym względzie z całą pewnością jest to jakiś sygnał ostrzegawczy dla takich krajów jak Niemcy – w kontekście Nord Stream 2.

Swoją drogą, jak to jest, że Komisja Europejska dogaduje się z Moskwą, chociażby w kwestii Nord Stream 2 czy złagodzenia sankcji wobec Moskwy, a to Trumpowi zarzuca się prorosyjskość?

– To, komu się coś zarzuca, a co jest naprawdę, to są często dwie różne rzeczy. Natomiast nie ma co ukrywać, że Komisja Europejska robi to, co jest w interesie Niemiec i państw Europy Zachodniej. Te cele są realizowane, co tylko się potwierdza na naszych oczach.

Prezydent Trump jest w stanie zablokować rosyjsko-niemiecki projekt Nord Stream 2?  

– Jeśli to będzie w interesie polityki amerykańskiej, to z całą pewnością prezydent Trump zablokuje projekt Nord Stream 2. Zresztą Donald Trump wielokrotnie wypowiadał się negatywnie o tym rosyjsko-niemieckim projekcie, dając do zrozumienia, że wbrew twierdzeniom Moskwy i Berlina nie jest to projekt biznesowy, ale polityczny. Nie ma zatem wątpliwości, że nie jest to – jak obie strony przekonują – projekt ekonomiczny europejskich i rosyjskich firm. W tej sytuacji ciężko zrozumieć, jaki sens ma nakładanie przez państwa Europy Zachodniej sankcji na Moskwę przy jednoczesnym zezwalaniu rosyjskiemu Gazpromowi na robienie tak dużych interesów z zachodnimi państwami Unii Europejskiej. I Trump, który z pewnością nie jest zwolennikiem projektu Nord Stream 2, obnaża całą tę perfidię. Podczas ubiegłorocznej wizyty w Warszawie amerykański prezydent jasno wyraził swoje poparcie dla projektu Trójmorza, który ma uniezależnić państwa takie jak Polska, kraje bałtyckie czy Ukrainę od dostaw gazu z Rosji. Oczywiście Trump jako wytrawny biznesmen nie robi tego bezinteresownie, bo zależy mu na zwiększeniu własnego eksportu gazu ze złóż łupkowych do Europy Środkowej. W grę wchodzą tu oczywiście dostawy LNG ze Stanów Zjednoczonych, gdzie ogromną rolę ma odegrać Gazoport w Świnoujściu. Tak czy inaczej należy się liczyć ze sprzeciwem wobec polityki amerykańskiej europejskich zachodnich firm, które mają tu sprzymierzeńca w postaci Komisji Europejskiej czy w ogóle Unii Europejskiej. A zatem Donald Trump może zablokować niekorzystną i niebezpieczną z punktu naszego bezpieczeństwa budowę gazociągu Nord Stream 2. Gazprom nie jest w stanie sam sfinansować budowy rurociągu, w tej sytuacji wystarczą ostrzejsze sankcje przeciwko Moskwie, co uniemożliwi dostęp do kredytów z zachodnich banków.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki