Dokąd zmierza Lotto Ekstraklasa
Środa, 23 maja 2018 (20:37)Choć po ostatniej kolejce piłkarskiej ekstraklasy mówiono i pisano głównie o zamieszkach w Poznaniu, byłoby wielką niesprawiedliwością sprowadzać ligę jedynie do stadionowego chuligaństwa. Bo wbrew niektórym opiniom, dostarczyła i wielu pozytywnych emocji, a fakt, że najważniejsze rozstrzygnięcia zapadły dopiero na samym końcu, powodował, że oglądało się ją z przyjemnością.
Oczywiście można narzekać – że poziom taki sobie, że za dużo obcokrajowców klasy miernej, że jak się jakiś ciekawy chłopak wybije i strzeli kilka bramek, to już chce wyjeżdżać na Zachód, że mistrz słaby. Legia nim została, choć po drodze doznała aż 11 porażek. Liczba to szokująca, szokująca była (przez dłuższy czas) jej słabość, choć włożono w nią ogromne, jak na krajowe warunki, pieniądze. Szokująca też jest słabość pozostałych klubów polskiej ekstraklasy, gdyż na Łazienkowskiej długo podejmowano złe decyzje. I te tyczące piłkarzy i trenerów, bo zwolnienie Jacka Magiery i zatrudnienie Romeo Jozaka było działaniem, delikatnie mówiąc, aż za bardzo eksperymentalnym i nastawionym na szczęśliwy traf. Takowego w sporcie nie ma, po kilku miesiącach wszyscy przekonali się, że papierów na dobrego trenera Jozak nie ma absolutnie, ale… szczęśliwie dla Legii odkryto, że wraz z nim na Łazienkowską trafił ktoś, kto może zespół objąć i spróbować podnieść go z upadku. I podniósł. Dean Klafurić okazał się tym właściwym człowiekiem, po jego wodzą Legię się podniosła, otrząsnęła, odziała w nowe stroje i ani razu nie przegrała. Została mistrzem Polski.
W zasadzie można nawet postawić tezę, czy to Legia bardziej tytuł wygrała, czy Lech Poznań i Jagiellonia Białystok przegrały. Obie te ekipy, na pewnym etapie rozgrywek, zostały okrzyknięte głównym kandydatem do tytułu. Jagiellonia – po wygranej na Łazienkowskiej, efektownej, po świetnej grze, po której… się na długie tygodnie zacięła. Stracone wtedy punkty spowodowały, że na finiszu to nie ona świętowała tytuł. Lech natomiast zachwycił w końcówce sezonu zasadniczego, gdy seryjnie wygrywał, gromił rywali, gdy awansował na pierwsze miejsce w tabeli i… kompletnie spartaczył sprawę w grupie mistrzowskiej, kiedy to przegrał wszystkie cztery (!) mecze rozgrywane przed własną publicznością.
Słabość rywali słabością rywali, ale Legia miała w składzie człowieka, który konsekwentnie do tytułu ją prowadził. Arkadiusz Malarz, tak się nazywa, jest bramkarzem, ma prawie 38 lat i niemal w każdym meczu doprowadzał rywali do frustracji. Doprowadzał kapitalnymi interwencjami, a zanotował ich tyle, że nawet zliczyć się nie da. To prawdziwy bohater stołecznej drużyny.
Dla niektórych nawet piłkarz sezonu w całej lidze, choć to akurat miano przypadło Carlitosowi. Napastnik Wisły Kraków został królem strzelców, z 24 bramkami na koncie. Ale w jego przypadku nie tylko o gole chodziło, ale o coś więcej. O sposób bycia, zarówno na boisku, jak i poza nim, o umiejętności techniczne, wyjątkowy luz, swobodę, radość, jaką sprawia mu gra w piłkę i nieschodzący z jego twarzy uśmiech. Tak, ten sprowadzony z hiszpańskiej III ligi piłkarz okazał się gwiazdą polskiej ekstraklasy. Aż szkoda, że w niej nie pozostanie, bo latem z Krakowa i Polski wyjedzie niemal na sto procent.
Legia została mistrzem, ale paradoksalnie najwięcej słów pochwał w trakcie i po sezonie padło pod adresem Górnika Zabrze. Ślązacy wrócili do ekstraklasy po I-ligowym „zesłaniu”. Wrócili ze składem bardzo młodym, w którym przeważali wychowankowie albo piłkarze sprowadzani z niższych klas, bez głośnych nazwisk. W którym grali niemal wyłącznie Polacy, co w naszej lidze jest rzadkością, bo to liga nastawiona raczej na sprowadzanie, nierzadko hurtowo, zawodników z zagranicy. I Górnik wrócił i grał pięknie, szczególnie jesienią, gdy znajdował sposób niemal na wszystkich i długo prowadził w tabeli. Tomasz Loska, Mateusz Wieteska, Rafał Kurzawa, Szymon Żurkowski, Damian Kądzior stali się gwiazdami, stali błyskawicznie, trafili do notesu Adama Nawałki, niektórzy z nich otrzymali już powołania do reprezentacji. Wiosną Górnik złapał małą zadyszkę, ale finiszował na czwartym miejscu, dającym mu przepustkę do Europy.
Wiosną zadziwiła i zachwyciła Wisła Płock. Chyba nikt na nią nie stawiał, a to, pod okiem Jerzego Brzęczka, stała się ekipą z krwi i kości, świetnie zorganizowaną, grającą futbol skuteczny i ładny dla oka. Duża w tym zasługa… Kiko Ramireza, byłego szkoleniowca Wisły Kraków, który w pewnym momencie uznał, że nie potrzebuje w drużynie Semira Stilicia i Alana Urygi. Obaj trafili do Płocka i obaj w Płocku odżyli i urośli, stając się niezbędnymi ogniwami jednej w ciekawszych drużyn ligi.
A propos Wisły Kraków. Kiedyś była kuźnią talentów, z Reymonta wychodzili bardzo zdolni polscy piłkarze. Teraz zdarzały się mecze, w którym w jej barwach grało i biegało góra dwóch zawodników urodzonych w naszym kraju. Reszta to Hiszpanie (czasami są pięciu), Chorwaci, Serb, Albańczyk… W Krakowie, zresztą nie tylko w Krakowie, usprawiedliwiali się, że Polacy są za drodzy, że za przeciętnego nawet grajka z I ligi żąda się dużo więcej niż za Hiszpana czy piłkarza z Bałkanów. Teraz jednak Wisła zdaje się myśleć o podążeniu drogą Górnika, czyli wyławianiu „perełek” z niższych klas. Na Polaków chce też postawić Lech, który źle wyszedł na zagranicznym zaciągu.
Ligę opuściły Bruk-Bet Nieciecza i Sandecja Nowy Sącz. A w zasadzie opuściła Nieciecza, bo Sandecja, z racji problemów z własnym stadionem, mecze w roli gospodarza rozgrywała w tej małopolskiej wsi. Przy okazji zapisała się w historii naszej ligi jako ten klub, który do najwyższej klasy awansował po raz pierwszy i ligi swemu miastu nie zdążył nawet przedstawić. Taki mały absurd, których jednak w minionym sezonie nie brakowało.
Nie brakowało też pomyłek sędziowskich, na których piłkarze i trenerzy narzekali, mimo wprowadzonego po raz pierwszy systemu VAR. A może narzekali głównie przez VAR, bo niektórym się wydawało, że z asystą wideo arbitrzy przestaną się mylić. Nie przestali, a o kilku meczach można było wręcz powiedzieć, że zostały wypaczone przez panów „sprawiedliwych”. Doszło nawet to tego, że „słabsza” dyspozycja sędziego doprowadziła do nagłej i nieplanowanej zmiany prowadzącego finał Pucharu Polski. Wystąpił o nią sam prezes PZPN, Zbigniew Boniek.
Na koniec o jednym z najpiękniejszych momentów całego sezonu z perspektywy kibica Wisły Kraków. 13 maja, po raz ostatni w barwach „Białej Gwiazdy”, na jej stadionie, zagrał Paweł Brożek. To postać niebagatelna, jeśli chodzi o naszą ligę – siedmiokrotny mistrz Polski, dwukrotny król strzelców, zdobywca aż 139 goli w najwyższej klasie rozgrywkowej. W obecnym sezonie, głównie wiosną, grał mało albo w ogóle. Nowy trener na niego nie stawiał. 13 maja Brożek dostał szansę, bo Wisła rozgrywała ostatni mecz u siebie – a co za tym idzie, po raz ostatni mógł zaprezentować się kibicom i z nimi pożegnać. Wszedł na boisko w końcówce starcia z Lechem i w 98. minucie, w ostatniej akcji, zdobył wyrównującego gola…
Piotr Skrobisz