• Środa, 12 grudnia 2018

    imieniny: Joanny, Aleksandra

Deszcz cukierków w stodole

Środa, 9 maja 2018 (15:33)

Rozmowa z Tadeuszem Brzozowskim, którego rodzina ukrywała Antoniego Dołęgę ps. „Znicz”, „Kulawy Antek”

Od kiedy ukrywał się u Państwa Antoni Dołęga, jeden z bohaterów książki Jacka Karczewskiego „Śladami Niezłomnych”?

– Z relacji rodzinnej wiem, że Antoni Dołęga bywał w naszym domu już w drugiej połowie lat 40. Mama wspominała, że gdy wyszła za ojca w 1951 roku, już wtedy „Kulawy Antek” w naszym domu był częstym gościem. A było to jeszcze w czasie, gdy prowadził aktywną działalność w strukturach podziemnych. O naszym gościu wtedy w domu nie rozmawialiśmy. Od mamy dowiedziałem się, że „Kulawy Antek” walczył z komunistami i teraz musi się ukrywać przed milicjantami i ormowcami. Przestrzegała też, że pod żadnym pozorem nie możemy o nim mówić, bo możemy mieć z tego powodu poważne problemy.

W czasach, gdy nas odwiedzał, nie wiedzieliśmy, jak się nazywa. Był dla nas „Kulawym Antkiem”. Dopiero w latach 90. poznałem jego prawdziwe nazwisko. Nie wiedzieliśmy też, skąd pochodzi. Jedni mówili, że jest z Łukowa, inni, że przyszedł z Kresów.

Jak często odwiedzał Państwa dom?

– Kilka, może kilkanaście razy w roku. Nigdy nie było wiadomo , kiedy przyjdzie. Pojawiał się nocą. Po tym, jak upewnił się, że nie zagraża mu żadne niebezpieczeństwo, pukał do okna. W 1972 roku było w naszej wsi nawiedzenie obrazu Matki Bożej, który wędrował od domu do domu, i w tym akurat dniu przyszedł do nas Dołęga. Długo czekał w ukryciu, aż sąsiedzi, którzy przyszli modlić się do nas, pójdą do domu. I dopiero wtedy zapukał do okna. Początkowo ukrywał się w stodole i nad oborą. Później na strychu naszego domu. Po tym, jak ja i moje rodzeństwo wyjechaliśmy z domu do szkolnych internatów, to mieszkał w jednym z pokoi na parterze. Czasami pomagał rodzicom w pracach gospodarskich. Gdy dziadek lub ojciec przywiózł z pola snopy zboża, to przymykało się wierzeje stodoły i wtedy Antoni pomagał rozładować wóz.

Ktoś z rodzeństwa lub ja nosiliśmy mu jedzenie. Zapadł mi w pamięci jego czujny wzrok. Nosiliśmy mu też wodę do mycia. Zawsze był czysty, schludnie ubrany i ogolony.

Moja siostra Aniela Szczygielska opowiadała, jak pewnego razu, gdy się bawiliśmy z kolegami na podwórku, jeden z chłopaków wszedł po drabinie nad oborę. A tam w tym czasie ukrywał się „Kulawy Antek”. Kolega się wystraszył. A Dołęga jeszcze bardziej i jeszcze tego samego dnia zmienił kwaterę.

Innym razem młodszy brat Henryk poszedł z mamą do stodoły, a tu z góry zaczęły na niego spadać cukierki. Spojrzał do góry i nikogo nie zobaczył. A tam – jak się później okazało – był Antoni. Żył na łasce ludzi i praktycznie niewiele posiadał, a jednak potrafił i lubił się dzielić tym, co miał.

Wszyscy którzy się z nim zetknęli, podkreślają, że był bardzo czujny.

– Poruszał się o kuli, bo nie miał lewej nogi, a proteza, której używał, była niewygodna, ponieważ nie była robiona dla niego, tylko dostał ją od innej osoby. Gdy ukrywał się na strychu, to jak się przemieszczał, było słychać stukanie protezy i kuli. Bywały takie chwile, kiedy słychać było ciche odgłosy pojękiwania z powodu bólu kikuta po amputowanej nodze. Antoni był zawsze czujny, dokładnie obserwował okolicę swojej kryjówki i w przypadku pojawienia się jakichkolwiek gości na podwórku czy też w domu wszelkie odgłosy pochodzące od niego milkły.

Posiadał niewielką, skórzaną, brązową teczkę spiętą w poprzek pasem z metalową klamrą, w której prawdopodobnie trzymał dwa granaty i dodatkową broń krótką, oprócz pistoletu noszonego za pasem lub w kieszeni płaszcza.

Pamięta Pan, kiedy ostatni raz widział Pan Dołęgę?

– Dokładnie pamiętam. Było to 23 sierpnia 1974 roku, bo tego dnia zmarła najstarsza siostra mojej mamy, która chorowała obłożnie już od kilku lat. Akurat wtedy przebywał u nas Dołęga. Mama więc poprosiła go, aby zmienił miejsce, bo przyjedzie do nas rodzina na pogrzeb. Tego dnia wieczorem pomogłem Antoniemu zejść ze schodów ganku naszego domu i wejść na wóz – usadziłem go obok mojego ojca. Noc była spokojna, ciepła i piękna, rozgwieżdżone niebo jakby chciało oświetlić nam drogę. Pojechaliśmy w kierunku Popław, może Celin. Jechaliśmy polną drogą. Po upływie pewnego czasu w oddali pojawiły się dwa światełka. Widząc zbliżający się pojazd, Antoni czuł się coraz bardziej nieswojo i zaczął się mocno denerwować. W tej sytuacji ojciec zatrzymał wóz, a ja podszedłem do niego, przerzuciłem jego rękę przez bark. Zaniosłem na prawą stronę wozu – położyliśmy się w trawę, przeczekaliśmy, aż przejedzie pojazd, którym okazał się ciągnik rolniczy. Antoni dziękował, że mu życie uratowałem. Ja jako siedemnastoletni chłopiec w ogóle nie odczuwałem grozy i powagi sytuacji (w przeciwieństwie do Antoniego i mojego ojca). Najprawdopodobniej podejrzewał, że to jedzie po niego SB lub MO.

 

Jego życie to ciągła poniewierka, stałe zagrożenie.

– Niejedna osoba na jego miejscu by się załamała. W swoim pamiętniku, który niestety gdzieś zaginął, napisał, że pierwszych kilkanaście zim spędził w stodołach. A trzeba pamiętać, że w tamtym czasie zimy były bardzo mroźne.

W późniejszym okresie zimy spędzał też w domach. Ojciec wspominał, że niektórzy robili składki i przekazywali je osobom, które dłużej w czasie zimy przechowywały „Kulawego Antka”.

W pewnym momencie przestał przychodzić.

– Jednego roku się nie pokazał, drugiego też nie. Zaczęliśmy się zastanawiać, co się stało. W ostatnich latach, gdy był już schorowany, bardzo często i długo przebywał w domu państwa Artowiczów w Popławach-Rogalach. Rodzice i koledzy ojca przypuszczali, że zmarł, przebywając właśnie u tej rodziny.

Paweł Artowicz fakt i okoliczność śmierci Dołęgi zabrał ze sobą do grobu. Dopiero jego syn, Marek Artowicz, w ubiegłym roku ujawnił, gdzie został pochowany „Kulawy Antek”.

Najdłużej ukrywający się Żołnierz Wyklęty do tego czasu pozostawał nieznany.

– Tuż po tym, jak powstał Instytut Pamięci Narodowej, udałem się do lubelskiego oddziału i przekazałem informacje o Antonim Dołędze. Wielka szkoda, że historycy IPN nie zainteresowali się wówczas tą niezwykłą osobą w skali nie tylko naszego regionu, ale i Polski. Wtedy żyło jeszcze dużo osób, które dobrze pamiętały czasy powojennej konspiracji i znały „Kulawego Antka”. Gdyby wtedy zaczęto zbierać materiały o Dołędze, wiedza nasza byłaby obecnie znacznie szersza i lepiej udokumentowana źródłowo.

Jak to możliwe, że Dołęga ukrywał się aż do śmierci w 1982 roku?

– Złożyło się na to kilka czynników. Po pierwsze, zerwał z rodziną i UB, a potem SB nie miała możliwości przez jego najbliższych dotrzeć do niego. Trafił na sprzyjające środowisko, na ludzi dumnych i pracowitych, których przodkowie żyli na tych terenach setki lat i zawsze walczyli o wolną Polskę czy to w Powstaniu Styczniowym, czy też w wojnie polsko-sowieckiej. Na terenie gminy Trzebieszów było bardzo dużo zaprzysiężonych żołnierzy Armii Krajowej, a następnie Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”, którzy walczyli z okupantem niemieckim, a następnie sowieckim.

Zachował niezwykłą czujność i pełną konspirację, zawsze zacierał za sobą ślady. Gdy siostra nosiła mu jedzenie na strych, to siedział przy kominie i miał w zasięgu wzroku wejście z dołu i dwa balkony z drzwiami. Obserwował, co się dzieje. Gdy był przewożony z jednej kryjówki do drugiej, nigdy nie pozwalał dowieźć się do miejsca docelowego. Zawsze wcześniej schodził z wozu i sam udawał się do nowej kryjówki.

Opowiadała mi jedna osoba, u której się ukrywał, że pewnego razu odwieźli go w stronę Mikrus. Nad ranem wrócił do nich zmęczony. Zauważył coś niepokojącego i wrócił na starą kwaterę. Zresztą konspiracja była tak daleko posunięta, że znam parę osób, u których rodzin się ukrywał, a one nic o tym nie wiedziały.

Ukrywało go bardzo wiele osób. Z nazwiska zidentyfikowanych jest ponad 130 rodzin, a na pewno było ich o wiele więcej. Mimo to nie znalazł się nikt, kto by go zdradził.

– Ci, co pomagali, ryzykowali bardzo dużo. Bez zaplecza życzliwych mieszkańców wielu miejscowości nie byłoby możliwe, żeby do połowy lat 50. funkcjonowało w naszym regionie podziemie antykomunistyczne. Trzeba też pamiętać, że w latach 50., 60. naprawdę żyliśmy w ogromnej biedzie. Rodziny były w tym czasie wielodzietne. Na porządku dziennym były problemy z wyżywieniem. Sam pamiętam, że czasami brakowało chleba. A tu jeszcze ktoś przychodzi i było naturalne, że trzeba się podzielić tym, co mamy – i każdy tak postępował. U nas bogaczy nie było.

Mieszkańcy tutejsi, w dużej mierze potomkowie drobnej szlachty zagrodowej, byli przywiązani do Kościoła, patriotycznych wartości. Mimo że byli biedni, nie dali się zwieść komunistycznej propagandzie. Dla nich było naturalne, że temu, kto walczy z komunistami, trzeba pomóc. Tym bardziej że Antoni Dołęga miał charyzmę, cieszył się dużym zaufaniem.

Służba Bezpieczeństwa wysyłała do Trzebieszowa agentów po cywilnemu, którzy chodzili i wypytywali o „Kulawego Antka”. Ich zabiegi pozostały bezowocne.

Dołęga zwykł mawiać, że nie da się wziąć żywcem.

– Od rodziców słyszałem, że często to powtarzał. Z relacji siostry mojego ojca, Zenobii Królikowskiej-Chorąży, wiemy, że mój dziadek zawiózł kilku żołnierzy, w tym Antoniego Dołęgę, do Trzebieszowa, aby zdali broń i ujawnili się (prawdopodobnie tzw. amnestia w 1947 roku). Wielce przygnębiający widok smutnych, przestraszonych i niepewnych dalszego losu żołnierzy, którzy wbrew złożonej przysiędze oddawali broń śmiertelnemu wrogowi, spowodował, że „Kulawy Antek” poszedł do kościoła w Trzebieszowie i tam – przed ołtarzem głównym – ponownie złożył przysięgę, że broni nigdy przed wrogiem nie złoży. I tej przysięgi dochował.

Dziękuję za rozmowę.


Książkę „ŚLADAMI NIEZŁOMNYCH” można nabyć w księgarniach „Naszego Dziennika”

Andrzej Kulesza