Gra o małą stabilizację
Wtorek, 1 maja 2018 (22:39)Z dr. hab. Norbertem Maliszewskim, profesorem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, specjalistą ds. marketingu politycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki.
Za nami pierwszy od lat koreański szczyt w strefie zdemilitaryzowanej, spotkanie obfitujące w szereg gestów pojednania. Czy rzeczywiście jest szansa na ocieplenie relacji między Koreą Północną a Południową i w efekcie denuklearyzację Półwyspu Koreańskiego?
– Na pewno jest to kamień milowy na bardzo długiej i wyboistej drodze obu tych państw. Pytanie, które przy tej okazji należałoby zadać, brzmi: Czy można mieć zaufanie do przywódcy Korei Północnej Kim Dzong Una, który wielokrotnie pokazywał, że jest nieprzewidywalny, i jego intencji? Przypomnę, że na VII Kongresie Partii Pracy Korei Kim Dzong Un ogłosił nowe cele. Wśród nich jest poprawa sytuacji gospodarczej w kraju i dokończenie programu nuklearnego. Tymczasem testy, które były prowadzone przez reżim północnokoreański, wprawdzie zostały wykonane, ale miejsce, gdzie ich dokonywano, uległo katastrofie geologicznej. I w tym miejscu dalszych prób nie da się prowadzić, ale czy to koniec, czas pokaże. W tej sytuacji, być może ze strony Kim Dzong Una mamy do czynienia z początkiem bardzo długich negocjacji z szeroko rozumianym światem Zachodu.
Jakie cele sobie w tych negocjacjach stawia przywódcza północnokoreański?
– To, o co pan pyta, to jest jak gdyby jedna kwestia, ale jest i druga: jakie cele chce zrealizować prezydent Donald Trump. Tak naprawdę pierwsze, niedawne spotkanie przywódców Korei Południowej Mun Dze Ina i Korei Północnej Kim Dzong Una w Panmudżomie – choć pełne przyjaznych gestów – miało w dużej mierze charakter symboliczny. Natomiast spotkanie rozstrzygające jest – jak można sądzić – wciąż jeszcze przed nami. Należy przypuszczać, że przywódca Korei Północnej nie będzie chciał się pozbyć broni atomowej, bo zdaje sobie sprawę, że możliwość jej posiadania jest poniekąd gwarantem jego bezpieczeństwa. Z kolei prezydent Trump potrzebuje jakiegoś spektakularnego sukcesu, przełomu, bo zmiana sytuacji na Półwyspie Koreańskim to był jeden z jego postulatów kampanijnych. Wygląda na to, że o kompromis będzie trudno. Zresztą nie bardzo wiadomo, na czym ten kompromis miałby polegać. Czy np. na tym, że reżim Kim Dzong Una będzie nadal posiadał broń atomową, ale tylko rakiety balistyczne o określonym zasięgu niezdolne dosięgnąć Stanów Zjednoczonych? Takie pytania się pojawiają w przestrzeni medialnej, ale tak naprawdę wciąż jest to wielka niewiadoma, bo wciąż nie został wypracowany końcowy cel negocjacji. Co by jednak nie powiedzieć, całkowite pozbycie się broni nuklearnej przez Kim Dzong Una nie jest obecnie celem możliwym do osiągnięcia w trwających negocjacjach.
Kim Dzong Un napisał, że zaczyna się nowa era, era pokoju. Czy jest to tylko przerywnik między jedną a drugą fazą prób nuklearnych?
– Przywódca Korei Północnej stara się znaleźć na arenie międzynarodowej legitymację, stara się zbudować pozycję Korei jako państwa, które posiada broń atomową, ale podobnie jak Iran wstrzyma się od rozwijania swojego arsenału, ale nie za darmo. Początkowo Kim mógłby się wstrzymać od rozwijania swojego arsenału i od rozwijania rakiet, które są zdolne przenosić ładunki jądrowe na dalsze odległości. W zamian Kim Dzong Un może chcieć redukcji sankcji wobec Korei i oczekiwać, że stanie się partnerem dla Stanów Zjednoczonych i dla partnerów w regionie. Wydaje się, że chodzi zatem o te kwestie, a więc za redukcję arsenału jądrowego Kim chce złagodzenia sankcji i poprawy materialnej sytuacji mieszkańców Korei Północnej. Z kolei Korea Południowa, Stany Zjednoczone i przywódcy innych państw zachodnich mają prawdopodobnie otrzymać gwarancję małej stabilizacji, ale z całą pewnością nie rozwiązania tego problemu.
Wspomniał Pan o Iranie, mówiąc o pewnych porównaniach. Ale – jak wiadomo – prezydentowi Donaldowi Trumpowi postawa Iranu się nie podoba. Co więcej, pozostaje niewzruszony w sprawie zerwania sojuszu nuklearnego z tym państwem…
– W styczniu prezydent Trump po raz kolejny i ostatni – jak stwierdzono w komunikacie Białego Domu – wstrzymał na 120 dni możliwość ponownego wprowadzenia sankcji wobec Iranu, które zostały zniesione w porozumieniu nuklearnym. Tym samym Trump dał niejako czas na naprawienie błędów zawartych w tym porozumieniu w 2015 roku. Przypomnę, że ogranicza ono program jądrowy Iranu w zamian za zniesienie sankcji nałożonych na Teheran. Warto zauważyć, że za prezydentury Baracka Obamy amerykańskie sankcje wobec Iranu zostały zawieszone – zdaniem Trumpa – błędnie. Dlatego jeszcze podczas kampanii prezydenckiej zobowiązał się, że jeśli zasiądzie w Białym Domu, naprawi błąd poprzedniej administracji. Zaznaczył, że należy „wzmocnić” umowę nuklearną z Teheranem, w przeciwnym wypadku ją wypowiedzieć i tak też robi. Trump w styczniu tego roku przedstawił Wielkiej Brytanii, Francji i Niemcom ultimatum, tym samym wzywając te państwa do zmodyfikowania do 12 maja – jego zdaniem – wadliwych zapisów porozumienia, grożąc, że w przeciwnym wypadku nie zgodzi się na ponowne zawieszenie amerykańskich sankcji na Iran. Do zmiany stanowiska wobec Iranu i niewycofywania się z umowy nuklearnej z tym państwem przekonywali go zarówno prezydent Francji Emmanuel Macron, jak i kanclerz Niemiec Angela Merkel, którzy ostatnio gościli w Waszyngtonie, ale wszystko wskazuje na to, że Trump pozostaje niewzruszony. Z reżimem Północnokoreańskim może być podobnie, bo Trump – jak można przypuszczać – nie da się zwieść pustym obietnicom Una.
Komentując szczyt koreański na Twitterze, Trump napisał, że dzieją się dobre rzeczy...
– Donald Trump negocjuje, a więc kotwicę negocjacyjną musi zawiesić dość wysoko. Przypomnę, że osiągnął już spektakularny sukces medialny, bo – jak widać – mamy do czynienia z huśtawką emocji. Mianowicie najpierw reżim północnokoreański eskalował zagrożenie poprzez próby jądrowe i testy rakiet balistycznych, a teraz wchodzi na drogę rzekomo pokojową. Moim zdaniem, mamy tu do czynienia z twardymi negocjacjami, podczas których Kim, mając już broń atomową, stara się ugrać redukcję sankcji i zdobyć legitymację na arenie międzynarodowej, stając się np. drugim Iranem, niekoniecznie pozbywając się arsenału.
A zatem wcale nie musi tu chodzić o rezygnację Una z broni atomowej. Czego opinia międzynarodowa mogłaby się spodziewać?
– Chodzi tu o redukcję, ale nie całkowite pozbycie się arsenału jądrowego przez reżim północnokoreański. Chodzi o deeskalację, jak już wspomniałem – małą stabilizację, ale bynajmniej nie o końcowe, raz na zawsze rozwiązanie problemu. Ale to i tak jest kamień milowy, to i tak jest dużo, zważywszy na to, co było wcześniej. Natomiast jeśli formułujemy oczekiwania, że oto Kim Dzong Un nagle pozbędzie się broni atomowej, to są to oczekiwania nadmiernie optymistyczne.
Jakie w tej sytuacji mogą być efekty spotkania Trump – Un, do którego – wszystko na to wskazuje – dojdzie niebawem?
– Przede wszystkim dobrze, że do takich rozmów dojdzie, bo jeszcze nie tak dawno mieliśmy zapowiedzi ognia i furii. Efektem takiego spotkania będzie prawdopodobnie jakiś kompromis, a więc pokazanie długiej drogi dochodzenia do równowagi i stabilizacji w postaci pokoju. Pamiętajmy, że tak naprawdę Korea Północna i Korea Południowa od 1953 roku są w stanie wojny, ponieważ wciąż nie podpisano tam traktatu pokojowego, a jedynie rozejm. A więc efektem rozmów Trump – Un mogłoby być podpisanie traktatu pokojowego po zakończeniu wojny koreańskiej. Drugim efektem może być deklaracja Kim Dzong Una dotycząca zakończenia prób z rakietami przenoszącymi ładunki jądrowe, a trzecia kwestia to ograniczenie arsenału jądrowego, a więc głowic atomowych przez Koreę Północną do określonej liczby. To konkretne zobowiązania, których realizacja byłaby wejściem na drogę prowadzącą do pokoju nie tylko na Półwyspie Koreańskim, ale w ogóle na świecie. W zamian reżim północnokoreański mógłby uzyskać złagodzenie sankcji, które są bardzo dotkliwe zwłaszcza dla mieszkańców tego kraju.