• Piątek, 14 grudnia 2018

    imieniny: Alfreda, Jana, Izydora

Turecki podbój

Niedziela, 8 kwietnia 2018 (20:12)

Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan od kilku lat oficjalnie świętuje dzień 29 maja, rocznicę zdobycia Konstantynopola przez Mehmeda II w 1453 roku, oraz dzień 26 sierpnia, kiedy to w 1071 roku Turcy Seldżucy Alp Arslāna zadali klęskę armii bizantyńskiej pod Mantzinkertem i założyli pierwsze tureckie państwo w Anatolii.

Wyobraźmy sobie, że Unia Europejska proponuje uroczyste obchody rocznicy zwycięstwa pod Lepanto w 1571 roku czy odrzucenia Turków spod Wiednia w 1683 roku. Środki społecznego przekazu na całym świecie, kontrolowane przez „silne władze”, które kierują polityką światową, z całą mocą zaprotestowałyby przeciwko takiemu prowokacyjnemu i islamofobicznemu aktowi. Unia Europejska nigdy jednak nie podjęłaby podobnej inicjatywy, gdyż w swoim akcie konstytucyjnym, traktacie lizbońskim z 13 grudnia 2007 roku, ostatecznie zrezygnowała z wszelkich odniesień do własnych historycznych korzeni. I podczas gdy Erdoğan butnie walczy o tożsamość osmańską, która określiła się w opozycji do chrześcijańskiej Europy, Unia Europejska zastępuje odwołanie do chrześcijańskich korzeni ideologią multikulturalizmu i przyjmowania migrantów.

Rzecznicy tureckiego stulecia

W ciągu wieków ofensywa islamu przeciwko Europie rozwijała się w dwóch wiodących kierunkach i była prowadzona przez dwa różne ludy: Arabów od południowego zachodu i Turków od południowego wschodu. Podbiwszy północną Afrykę, Arabowie najechali Hiszpanię i przekroczyli Pireneje, po czym w 732 roku zatrzymał ich Karol Młot w bitwie pod Poitiers. Od tamtej pory stopniowo się wycofywali, aż ostatecznie zostali wyrzuceni z Półwyspu Iberyjskiego w 1492 roku. Turcy zawładnęli Cesarstwem Bizantyńskim i częścią Imperium Habsburskiego, po czym w 1683 roku zatrzymał ich Jan III Sobieski pod Wiedniem, a w 1717 roku Eugeniusz Sabaudzki pod Belgradem.

Dzisiaj islam naciera, podążając tymi samymi drogami. Na południowym zachodzie jego pochód jest wspierany przez takie kraje jak Arabia Saudyjska i Katar, które finansują Bractwo Muzułmańskie i budowę gęstej sieci meczetów w całej Europie. Na południowym wschodzie Turcja domaga się wejścia do Unii Europejskiej, grożąc, że w przeciwnym razie zaleje nasz kontynent milionami migrantów.

Bardziej niebezpieczny jest plan Erdoğana, który pragnie stać się „sułtanem” nowego Imperium Osmańskiego, rozwijającego całą swą potęgę od Bliskiego Wschodu po Azję Środkową. W latach 1299-1923 tureckie imperium objęło rozległe terytorium, które sięgało od wybrzeży północnej Afryki po Kaukaz oraz bramy Italii i Austrii. Celem Erdoğana jest uczynienie z Turcji kraju-przywódcy jeszcze rozleglejszego obszaru, rozciągającego się na wschód od Morza Kaspijskiego, gdzie pięć nowych republik powstałych po rozpadzie Związku Sowieckiego – Azerbejdżan, Turkmenistan, Uzbekistan, Kazachstan i Kirgizja – tworzy rdzeń wspólnoty, w której religia islamska łączy się z etniczno-językową tożsamością turkofońską. Od lat 90. zaś Turcy zaczęli przedstawiać „200 milionom swoich rodaków” z państw turkofońskich na wschodzie konieczność zbudowania „wspólnoty państw od Adriatyku po Wielki Mur Chiński”, jak to ujął ówczesny prezydent Halil Turgut Özal (1927-1993), który lubił mówić o nadejściu „tureckiego stulecia”. Erdoğan podjął te idee, które w ciągu ostatnich dziesięciu lat rozwinął jego minister spraw zagranicznych Ahmet Davutoğlu, aż do swojej dymisji w 2016 roku. Założyciel świeckiej i zsekularyzowanej Turcji współczesnej Mustafa Kemal Atatürk widział w islamie czynnik destabilizacji. Jego następcy, od Özala po Erdoğana, utrzymują przeciwnie, że islam może stanowić element skupiający i spajający społeczeństwo. Filarem projektu Erdoğana jest system edukacji mający zarówno szerzyć szariat także poza granicami Turcji, poprzez Urząd do spraw Religijnych (Diyanet), jak i narzucać poprzez Ministerstwo Oświaty tożsamość językową zniesioną przez rewolucję Kemala. Reislamizacja tych terenów poprzez budowę meczetów i ofiarowaną pomoc w utrzymaniu imamów towarzyszyła inwestycjom kulturalnym mającym wprowadzić na nowo do szkół i uniwersytetów nauczanie kultury osmańskiej. Odwołując się do czasów Imperium Osmańskiego, Erdoğan stwierdził: „Jeśli ktoś myśli, że zapomnieliśmy o ziemiach, które sto lat temu opuszczaliśmy we łzach, to jest w błędzie. Zawsze mówimy, że pojawia się okazja, by Syria, Irak i inne miejsca na mapie geograficznej naszych serc nie różniły się od naszej ojczyzny. Walczymy o to, by żaden obcy sztandar nie powiewał w żadnym miejscu, gdzie recytowany jest adhan [islamskie nawoływanie do modlitwy w meczetach]. To, co uczyniliśmy do tej pory, to nic w porównaniu z jeszcze większymi atakami, jakie planujemy na najbliższe dni, in sza’ Allah [jeśli Allah tak chce]”.

Samobójcza uległość

Pierwszym celem oznajmionym przez Erdoğana jest przyłączenie greckich wysp na Morzu Egejskim. Turecki przywódca powiedział, że w 1923 roku Turcja „wyprzedała” greckie wyspy, które „były nasze” i na których „nadal są nasze meczety, nasze miejsca święte”. Jako termin Erdoğan wskazał rok 2023, setną rocznicę powstania Republiki Turcji i zawarcia traktatu lozańskiego wytyczającego granice, których rewizji teraz się domaga. To nie są tylko słowa. W 1974 roku Turcja zajęła manu militari część Cypru, a dzisiaj, pod pretekstem „wojny wydanej terroryzmowi”, podbiła szeroki pas terytorium Syrii, wzdłuż granicy między obydwoma krajami.

Poważniejsze groźby dotyczą jednak przyszłości Europy, którą Erdoğan wyobraża sobie jako podporządkowaną jego imperium. „Europa będzie muzułmańska, jeśli tak chce Allah”, stwierdził deputowany jego partii (AKP) Alparslan Kavaklioglu, powtarzając to, co otwarcie oświadczył sam Erdoğan: „muzułmanie są przyszłością Europy”. „Majątek i bogactwo świata przenoszą się z Zachodu na Wschód. Europa przechodzi okres, który można uznać za nadzwyczajny. Jej ludność kurczy się i starzeje. Jest w bardzo podeszłym wieku. Toteż przyjeżdżają tam za pracą ludzie z zewnątrz. Ale Europa ma ten problem, że wszyscy nowi przybysze są muzułmanami. Przyjeżdżają z Maroka, Tunezji, Algierii, Afganistanu, Pakistanu, Iraku, Iranu, Syrii i Turcji. Ludzie pochodzący z tych krajów są muzułmanami. Doszliśmy do punktu, w którym najczęściej spotykanym imieniem w Brukseli, w Belgii, jest Mohammed. Drugie najpopularniejsze imię to Melih, a trzecie – Aisza”.

Erdoğan wie, że Bruksela, stolica Unii Europejskiej, to miasto, w którym już dzisiaj pierwszą religią jest islam, co trzeci obywatel jest muzułmaninem, a najczęstszym imieniem nowych mieszkańców, rejestrowanym w księgach stanu cywilnego, jest Mohammed. Jego bronią, tak jak bronią Bractwa Muzułmańskiego, jest demograficzny podbój Europy w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat. Już teraz jednak, gdyby Turcja weszła do Europy, byłaby pierwszym narodem w Unii ze względu na liczbę ludności, obejmując także swoich obywateli już zamieszkałych na kontynencie europejskim. Przypomina się bowiem, że pod względem liczebności Turcy stanowią drugą wspólnotę w Niemczech, Holandii, Austrii, Danii, i Bułgarii, a Erdoğan nakłania ich, by nie utracili swojej tożsamości. „Turcy za granicą powinni pozostać Turkami niezależnie od posiadanego obywatelstwa”, oświadczył sułtan, posuwając się do nazwania asymilacji „zbrodnią przeciwko ludzkości”.

Wobec arogancji Erdoğana Europa nie tylko nic nie robi, ale milczy. Milczy na temat gwałcenia praw człowieka w Turcji, milczy wobec inwazji na syryjski Kurdystan, milczy wobec blokowania przez turecką flotę wojenną poszukiwania podmorskich złóż gazu ziemnego przez włoski koncern ENI na Cyprze, milczy wobec gróźb pod adresem greckich wysp. A wobec zapowiedzi rychłej islamizacji naszego kontynentu milczy Unia Europejska. Siłą Erdoğana jest to karygodne milczenie.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Prof. Roberto de Matteitłum. Agnieszka Kuryś