• Sobota, 11 kwietnia 2026

    imieniny: Filipa, Leona

Braki we wraku

Poniedziałek, 31 grudnia 2012 (02:07)

Z mec. Bartoszem Kownackim, pełnomocnikiem części rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej, rozmawia Marcin Austyn

Potwierdzone po ekshumacjach pomyłki ciał ofiar katastrofy Tu-154M w śledztwie smoleńskim można włączyć na listę najważniejszych wydarzeń 2012 roku?

– Z pewnością były to znaczące wydarzenia, szczególnie w odbiorze społecznym. Po raz pierwszy w sposób tak jednoznaczny potwierdziły się zastrzeżenia podnoszone przez rodziny i ich pełnomocników. To były jasne i zrozumiałe dla odbiorców komunikaty, że śledztwo nie jest właściwie prowadzone. Ale nie tylko. Okazało się również, że zarzuty stawiane urzędnikom państwa polskiego pracującym na terenie Federacji Rosyjskiej były uzasadnione. Wcześniej mówiliśmy o niuansach śledztwa. Gdy doszło do stwierdzenia oczywistej omyłki – ważnej dla postępowania, ale również bardzo wyrazistej w odbiorze społecznym, bo nikt z nas nie chciałby znaleźć się w sytuacji braku pewności, gdzie został pochowany jego bliski – nastąpił pewien przełom. Były to doświadczenia bardzo bolesne dla rodzin, ale znacząca część opinii publicznej zrozumiała, że państwo polskie jednak nie zdało egzaminu, jak to mówiono niemal od czasu katastrofy, że więcej w tych działaniach było PR-u niż solidnej pracy.

Był taki element, który znacząco pchnął postępowanie do przodu?

– Jeśli jesteśmy przy ekshumacjach, to z pewnością takim znaczącym elementem była pierwsza ekshumacja. To właśnie ekshumacja zwłok śp. Zbigniewa Wassermanna dała dynamikę temu postępowaniu. Dla prawnika, prokuratora, adwokata to sygnał, że w śledztwie są zasadnicze braki dowodowe, że są oczywiste błędy, które nie powinny mieć miejsca. Wykazanie fałszowania dokumentacji medycznej pozwalało na podważanie wiarygodności innych tego rodzaju dokumentów przekazywanych przez Federację Rosyjską. Mieliśmy w tym zakresie jasne dowody, a nie tylko domysły. Jeśli jednak mówimy o mijającym roku, to zasadniczych przełomów w śledztwie nie było. Można powiedzieć, że wciąż na taki czekamy. Jednak dla mnie, z racji tego, że jestem pełnomocnikiem m.in. pani Ewy Błasik, bardzo ważnym wydarzeniem było dokonanie odczytu czarnych skrzynek Tu-154M przez Instytut Ekspertyz Sądowych w Krakowie. To z pewnością był przełom z punktu widzenia osób poszkodowanych. Opinia fonoskopijna nie potwierdziła wersji rosyjskiej czy wersji tzw. komisji ministra Jerzego Millera, mówiącej, że śp. gen. Andrzej Błasik był w kokpicie w chwili katastrofy. Znając akta postępowania, już wcześniej kwestionowaliśmy przesłanki, na podstawie których wysnuto taki wniosek. Jednak opinia Instytutu podważyła wiarygodność polskiej dokumentacji w tym zakresie. A o wszystkich okolicznościach sprawy wreszcie usłyszała opinia publiczna.

Biegli dokonali oględzin wraku. Jakie znaczenie dla śledztwa mają te badania?

– Tu znaczenie miała już sama decyzja o podjęciu badań pirotechnicznych i wyjeździe do Smoleńska. To pokazywało, że dokumentacja komisji Millera nie jest w tym zakresie kompletna i miarodajna. Sam wynik dotychczasowych badań co najmniej budzi wątpliwości co do jakości wykonywanych dotąd ekspertyz, zarówno rosyjskich, jak i polskich – bo przecież do jesieni 2012 r. nikt nie stwierdził obecności materiałów wybuchowych na wraku samolotu. Zatem można wysnuć wniosek, że cały proces analizy w tym zakresie nie był rzetelny. To kolejny element podważający sposób prowadzenia badania. I to nie tylko przez prokuraturę, która tak długo zwlekała z decyzją o zleceniu ekspertyzy pirotechnicznej, ale przez organa badające ten wypadek.

Tego rodzaju nieścisłości pojawiają się, jak tylko śledczy zaczynają badać dogłębniej jakiś problem.

– W tym zakresie trzeba docenić pracę prokuratorów, dobrze, że w wyniku ich działań takie błędy wychodzą. To pokazuje, że to, co kwestionowaliśmy w sposobie badania katastrofy, nie było wynikiem naszych fobii, tylko opierało się na faktach i przepisach. Niestety, dziś jest tak, jak pan zauważył: okazuje się, że jeśli tylko prokuratura zaczyna badać coś dogłębnie, to wyniki są inne niż ustalenia komisji. To podważa dotychczasowy sposób badania katastrofy i tego, jak do swych obowiązków podeszły instytucje państwowe. Problem w tym, że szereg działań podejmowanych jest zbyt późno, przez co część dowodów została bezpowrotnie utracona

Jest coś, co się jednak w tym śledztwie nie zmienia: długie oczekiwanie na dokumenty z Rosji, chociażby te dotyczące lotniska Siewiernyj i obowiązków służb naziemnych.

– Obawiam się, że części dokumentacji nigdy nie otrzymamy, i to z różnych powodów. Przekazanie tych materiałów mogłoby m.in. skutkować odpowiedzialnością karną po stronie rosyjskiej. Nie wykluczam, że taka dokumentacja pozwoliłaby precyzyjnie wskazać osoby winne konkretnych bezprawnych działań. Trzeba zatem się spodziewać, że będziemy mieli tu do czynienia zarówno z różnymi sposobami na opóźnienie sprawy, jak i ze znajdowaniem kruczków prawnych, które uniemożliwią przekazanie nam dokumentów.

Dotąd nie udało się przesądzić o powrocie wraku do Polski. W czym tkwi problem?

– To zarówno upór po stronie rosyjskiej, jak i tylko pozorowane działania strony polskiej, do tego nieprzemyślane i nieskoordynowane. Podejmowane przez rząd zabiegi niestety nie mają służyć celowi, jakim jest sprowadzenie do Polski wraku, tylko doraźnym korzyściom politycznym. Z kolei Rosjanie, ze sobie znanych powodów, wraku nie chcą nam przekazać. Sądzę, że już wyniki badań polskich ekspertów z zakresu pirotechniki były dość zaskakujące. A to tylko początek. Przecież zasadniczym powodem sprowadzenia wraku jest dokonanie rekonstrukcji samolotu. To nie jest tak, że ktoś chce postawić w Polsce pomnik ze szczątków Tu-154M. Jest to istotny materiał dowodowy w śledztwie, który może pomóc rozwiać wiele wątpliwości. W moim przekonaniu, gdyby wrak sprowadzono do Polski, to okazałoby się, że wielu jego części zwyczajnie brakuje – mimo „doskonale” zabezpieczonego miejsca zdarzenia i mimo „przekopania” miejsca katastrofy „na głębokość metra”.

Ten rok to także decyzja o umorzeniu wątku cywilnego śledztwa smoleńskiego.

– W mojej ocenie, zarówno prokuratura wojskowa, jak i cywilna w dzisiejszej sytuacji politycznej i instytucjonalnej nie są dobrym miejscem do wyjaśnienia tej sprawy. Po pierwsze, dla jej wyjaśnienia konieczna byłaby zmiana polityczna w Polsce i ponowne umocowanie prokuratury w ramach Ministerstwa Sprawiedliwości. Po drugie, w zaistniałej sytuacji, w świetle utraty zaufania do części instytucji państwa, zdecydowanie lepiej byłoby podjąć badanie sprawy na forum międzynarodowym, zaangażowanie do niej uznanych i bezstronnych ekspertów, którzy nie będą uwikłani w wewnętrzne zależności czy to w Polsce, czy też w Rosji.

Dzisiaj często przeciwstawia się sobie prokuraturę cywilną i wojskową. Nie chcę uchodzić za obrońcę wojskowych śledczych, bo sam wielokrotnie podaję w wątpliwość ich działania. Jednak widzimy również, co prokuratura cywilna zrobiła w sprawie oczywistej, czyli wspomnianego wątku cywilnego. Sprawa została umorzona. To rzecz niebywała. Biorąc pod uwagę moje skromne doświadczenie w tym zakresie, mogę zasadnie twierdzić, że gdyby postępowanie nie dotyczyło sprawy o tym charakterze, to prokurator zdecydowałby się na przeprowadzenie pełnego postępowania dowodowego i skierował do sądu akt oskarżenia. Wówczas to niezawisły sąd dokonałby oceny, czy wytknięte zaniedbania zasługują na skazanie. W tym postępowaniu prokuratura postąpiła inaczej i uważam, że podjęła decyzję wadliwą. Szczególnie że prokuratorzy skierowali szereg przytyków do instytucji państwowych.

Dlaczego dopiero pod koniec 2012 r. zaczęło się coś dziać w śledztwie dotykającym kwestii zwierzchnictwa nad BOR?

– Materiał dotyczący tego wątku najpierw był gromadzony w ramach śledztwa głównego prowadzonego przez Wojskową Prokuraturę Okręgową w Warszawie. Na temat tego postępowania mogę się wypowiadać tylko w ograniczonym wymiarze, na podstawie materiałów zgromadzonych w głównym śledztwie. Jednak i z nich widać, że BOR zachowało się w sposób niekompetentny. Biuro nie funkcjonowało jako instytucja, która miała ochraniać najważniejsze osoby w państwie. Zaskoczeniem było raczej to, że ostatecznie akt oskarżenia w tej sprawie skierowano tylko wobec jednej osoby. Ta ochrona była tylko pozorowana.

Natomiast jeśli chodzi o drugie z postępowań, to zawiadomienie w tej sprawie zostało złożone kilka miesięcy temu i dopiero od tego momentu prokuratura otrzymała odpowiedni impuls do działania. Oczywiście można zastanawiać się, czemu zawiadomienie nie zostało złożone wcześniej, ale znajdą się również tacy, którzy stwierdzą, że z jego skierowaniem powinniśmy poczekać do zakończenia postępowania, aby mieć możliwość oglądu całości sytuacji i podjętych przez śledczych działań.

Jak Pan ocenia pomysły Macieja Laska na „zwalczanie kłamstw smoleńskich”?

– Wydaje się, że celem nadrzędnym jest tu propaganda. Być może uznano, że wobec coraz częściej stwierdzanych uchybień w sposobie badania katastrofy Tu-154M potrzebna jest reakcja pozwalająca pomniejszyć znaczenie tych faktów. Nie wyobrażam sobie, by ktoś kwestionował dziś np. to, że doszło do zamiany ciał ofiar albo że nie było profesjonalnych badań pirotechnicznych. A to tylko wierzchołek góry lodowej, bo przypomnę, że wciąż czekamy na kompleksową opinię zespołu biegłych na temat katastrofy smoleńskiej czy rekonstrukcję wraku. Być może takim działaniem chce się ukryć już ujawnione błędy, ale być może też uprzedzić to, co może się za chwilę pojawić nie tylko ze strony zespołu kierowanego przez posła Antoniego Macierewicza, ale i ze strony prokuratury czy mediów. Wszelkie inne niż oficjalne ustalenia chce się zdewaluować, obśmiać. A jest oczywiste to, że jeśli do świadomości społecznej będą przebijały się kolejne sygnały, jak np. te o błędach w pochówku ofiar katastrofy, to obecny rząd przedwcześnie zakończy swoje urzędowanie. Jedno wydaje się pewne: skoro komisja Millera twierdzi, że ma wspaniałych, nieomylnych ekspertów, to powinni sobie oni poradzić z tymi, którzy kwestionują ich ustalenia, i powinni umieć odpowiedzieć na pojawiające się wątpliwości. Przecież merytoryczne rozwiązanie sprawy leży w interesie państwa polskiego.

Dziękuję za rozmowę.

Marcin Austyn