• Piątek, 14 grudnia 2018

    imieniny: Alfreda, Jana, Izydora

Marciniak na cenzurowanym

Czwartek, 8 marca 2018 (23:15)

Choć Szymon Marciniak miał szczęście i nie wypaczył ostatecznie wyniku meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów między Tottenhamem Hotspur a Juventusem Turyn, to i tak nie uniknął miażdżącej krytyki, na którą solidnie zapracował. Niestety.

Piłkarski arbiter powinien być „niewidzialny” – tzn. wykonywać swe obowiązki tak, by po zakończeniu meczu nikt o nim nie wspominał. Taka sytuacja oznacza bowiem zwykle, że prowadził spotkanie bardzo dobrze, że nikomu nie zapadł w pamięci, a jak wiadomo, w pamięci zostają rzeczy złe. Błędy. O Marciniaku głośno – ale tylko u nas – było od kilku dni, a dokładnie od czasu ligowego szlagieru, meczu Legii Warszawa z Lechem Poznań. To po nim podzielił piłkarską Polskę na tych, którzy w jego decyzjach widzieli mądrość i postępowanie według przepisów, oraz na tych, których zdaniem sędziował źle, wypaczając wynik spotkania. O ile wówczas mógł się bronić – choć nieprzekonanych przekonać nie był w stanie – o tyle po wtorkowym pojedynku spadły na niego gromy ze strony futbolowej Europy. I to zasłużenie.

To był czwarty mecz, jaki prowadził w tej edycji Ligi Mistrzów. Najgorszy, nie tylko w niej, ale bodaj w całej karierze, przynajmniej jeśli chodzi o Champions League. Polak wraz ze swymi asystentami popełnił w nim bowiem szereg potężnych błędów, po którym krytykowali go wszyscy, na czele z najbardziej zainteresowanymi, czyli Anglikami i Włochami. Wyspiarze zwracali uwagę, że nie podyktował dla Tottenhamu dwóch rzutów karnych, obu za zagrania piłki ręką graczy z Turynu. W obu tych sytuacjach sędzia mógł co prawda dyskutować z adwersarzami, ale przynajmniej jedna z nich bardzo przypominała historię z Łazienkowskiej, gdy w kluczowej fazie meczu nie zawahał się ani na moment i podyktował dla Legii rozstrzygającą jedenastkę. Dlaczego arbiter kilka dni później zachował się inaczej, czy na jego decyzję wpłynęła fala hejtu mediów krajowych, trudno powiedzieć.

Karny należał się również Juventusowi i to karny stuprocentowy. Ewidentny, bo faul Jana Vertonghena na Douglasie Coscie widzieli wszyscy, niestety prócz Marciniaka i jego asystentów. To była sytuacja, której arbitrowi nie darował już nikt, przez którą, być może, długo odpocznie od prowadzenia najważniejszych meczów. Sytuacja, po której wszyscy grzmieli i wylewali na Marciniaka morze krytyki, niestety zasłużonej.

Ale na tym lista poważnych błędów arbitra się nie zakończyła. Marciniak nie wyrzucił z boiska Andreę Barzagliego, który celowo stanął na nodze przeciwnika. Nie zauważył, że w jednej z ostatnich akcji meczu, tej, po której Harry Kane omal nie doprowadził do dogrywki (piłka po jego strzale trafiła w słupek) – był ewidentny spalony.

Mecz wygrał Juventus 2:1, dzięki czemu to on awansował do ćwierćfinału. Rzadko się jednak zdarza, by po tak pasjonującym meczu mniej mówiło się o jego głównych aktorach, czyli piłkarzach, a więcej o arbitrach. Niektórzy co prawda wspominali, że w Lidze Mistrzów nie ma wideoweryfikacji, co teoretycznie mogłoby w niektórych sytuacjach błędy lekko usprawiedliwiać, ale z drugiej strony są dodatkowi sędziowie, stojący za bramką, którzy powinni widzieć i wyłapywać więcej.

Piotr Skrobisz