Zadyszka Legii
Środa, 28 lutego 2018 (21:02)Mecz z Jagiellonią miał pokazać, że remis w Krakowie z Cracovią był wypadkiem przy pracy, a drużyna Romeo Jozaka posiada jakość, która zdecydowanie przewyższa krajowych rywali. Tymczasem nic z tego nie wyszło. Już na wstępie, bo we wtorkowy mroźny wieczór, Legia została przez Jagiellonię zatrzymana.
Wynik 0:2 mógł wielu zszokować, ale równie dobrze goście mogli strzelić pięć bramek. Nie strzelili, bo w bramce Legii stał niezawodny Arkadiusz Malarz, człowiek, który już niejeden raz ratował swą drużynę – i uratował po raz kolejny.
Oczywiście warszawianie mieli prawo narzekać na warunki, w jakich mecz się toczył. Tyle że dla obu stron były one jednakowe. Mogli narzekać, że od 15. minuty musieli sobie radzić w osłabieniu, po czerwonej kartce dla Domagoja Antolicia. Na pewno ten fakt wpłynął na obraz meczu, ale nikt nie kazał warszawskiemu pomocnikowi atakować rywala w sposób wręcz bandycki, który mógł na wiele miesięcy przerwać jego karierę. Po takim faulu Chorwat powinien przez miesiąc odpocząć od futbolu, by ochłonąć i zastanowić się nad tym, co na boisku wypada, a czego nie wypada robić. Goście zdominowali wtorkowe spotkanie w całości. Mistrzowie Polski pokazali, jak nie powinno się grać w piłkę.
– Zrealizowaliśmy niemal wszystkie założenia. Od początku chcieliśmy grać wysokim pressingiem i nie dać się zdominować Legii, co wyszło naprawdę dobrze. W pierwszej połowie byliśmy nieskuteczni, co mnie martwiło, ale gol do szatni okazał się jednym z momentów zwrotnych – przyznał trener Ireneusz Mamrot. Mimo niewątpliwego sukcesu wypowiadający się bez hurraoptymizmu czy śladowych choćby znamion wyższości. – Skupiamy się na najbliższych meczach, najbliższym z Wisłą Kraków, który na pewno będzie bardzo trudny. Liga jest wyrównana, w ostatnich latach żadna drużyna nie dominowała wyraźnie, nie odskakiwała rywalom na wiele punktów i tym razem też tak z pewnością będzie – dodał szkoleniowiec „Jagi”.
W Białymstoku zdają sobie sprawę z szansy, jaka otworzyła się przed Jagiellonią, w chwili obecnej najlepiej grającą drużyną ligi, ale o mistrzostwie nikt głośno nie mówi. Pewne sprawy wolą ciszę – z takiego założenia wszyscy wychodzą i… chyba słusznie.
Oczywiście Legia się nie podda. Na Łazienkowskiej tytuł jest jedynym celem, wszystko inne zostanie uznane za porażkę. Ogromną. Na razie jednak Jozak musi się zastanowić, co się stało, bo mecz z Jagiellonią pokazał, że nie można mówić o zgraniu zespół, a na dominację w lidze piłkarzy z Warszawy kibice muszą jeszcze poczekać. – W zespole zabrakło energii. Nie wiem jeszcze, dlaczego tak się stało, to kwestia do przemyśleń. Być może wyglądałoby to lepiej, gdybyśmy mieli jeden dzień więcej na odpoczynek. Gratuluję Jagiellonii, bo była dziś lepsza. Wygrała bitwę, ale nie wojnę – powiedział trener, dodając, że „obiecuje mistrzostwo Polski na koniec sezonu”.
Czasu na refleksję za dużo jednak mieć nie będzie, bo już w niedzielę jego zespół zagra w kolejnym meczu o „sześć” punktów – tym razem z Lechem. – Dobrze zaczęliśmy tę rundę i nie składamy broni. W takich chwilach jak ta musimy pokazać, że jesteśmy drużyną – powiedział Michał Pazdan.
Piotr Skrobisz