• Sobota, 17 listopada 2018

    imieniny: Elżbiety, Grzegorza, Zbysława

Żyję mimo ”wskazania” do aborcji

Wtorek, 27 lutego 2018 (13:33)

Z Maliną Świć, lekarzem rezydentem w trakcie specjalizacji z genetyki klinicznej, chorą na zespół Turnera, rozmawia Monika M. Zając

W lipcu ukończy Pani drugi rok specjalizacji z genetyki klinicznej, czyli połowę czasu przewidzianego programem. Zainteresowanie genetyką to także wynik Pani historii życia?

– Chorobom rzadkim i zespołom wad wrodzonych często towarzyszy poczucie samotności, napiętnowania, rodzicom – poczucie winy. Dlatego też chcę pomagać takim osobom rozwiązywać problemy zdrowotne i wspierać w ich konkretnej sytuacji. Zrealizowałam już dużą część stażów i kursów, jednak jeszcze wiele przede mną. W naszej poradni można poznać wielu pacjentów, ważna jest współpraca z kolegami i kierownikiem specjalizacji. Coraz częściej umiem udzielić odpowiedzi na pytania pacjentów. Widzę, jak bardzo ważna jest obecność i towarzyszenie, umiejętność słuchania. Cieszę się, że pacjenci chętnie rozmawiają ze mną i są wdzięczni za uwagę i życzliwość, jakie staram się im okazywać.

Co było trudnością w życiu z zespołem Turnera dla Pani i bliskich?

– Na pewno rozpoznanie wyjaśniło mój wzrost i pewne trudności, np. na zajęciach wychowania fizycznego, powolność i skłonność do zmęczenia w codziennych czynnościach. Także konieczność przyjmowania leków i bardzo niepewna płodność są pewnym obciążeniem, dyskomfortem. Kiedyś śmiali się ze mnie rówieśnicy, obecnie otrzymuję czasem złośliwe wiadomości od osób o poglądach lewicowo-feministycznych. Bardzo przykro mi słuchać wypowiedzi zwolenników aborcji, gdyż sama żyję z jednym ze „wskazań” do niej. Bardzo wątpliwym, ale wiadomo, że również takie dzieci zabija się w okresie prenatalnym, do czego przyznał się np. szpital bielański.

Zespół Turnera nie wyklucza możliwości uzyskania zawodu, ukończenia studiów, zdobycia pracy zawodowej, a także założenia rodziny.

– Myślę, że jest to jedna z jednostek źle rozumianych i owianych grozą. Liczne objawy wymieniane w opisach i statystyka poronień robią fatalne wrażenie, natomiast konkretna dziewczynka/kobieta z tym zespołem ma zwykle tylko część objawów. Większość prawidłowo rozwija się intelektualnie, często nawet nie wyróżnia się istotnie wyglądem. I może właśnie dlatego, że z zespołem Turnera żyje wiele względnie zdrowych kobiet, nawet z dorobkiem naukowym, jest to solą w oku dla propagatorów aborcji.

W jakich chwilach było Pani najciężej?

– Trudno było mi pogodzić się z rozpoznaniem, przyjąć, że jestem jakoś inna od mamy czy siostry i koleżanek. Potem, gdy usłyszałam, że to wskazanie do aborcji. Niedawno bardzo przykre było doświadczenie hejtu internetowego, setki obraźliwych komentarzy.

Ale z pewnością były też takie wyda-rzenia, dzięki którym mogła Pani powiedzieć, że choroba okazała się siłą?

– Po spotkaniu z genetykiem prof. Aliną Midro i poznaniu innych „turnerek” uzyskałam większe poczucie własnej wartości. Odniosłam się do wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie R.R. przeciwko Polsce. Uważam go za skandaliczny, ponieważ podważa kluczowe prawo człowieka – prawo do życia. Przyznanie odszkodowania, bardzo wysokiego, za odmowę inwazyjnych badań prenatalnych, dzięki czemu dziewczynka podobna do mnie i innych „turnerek” żyje, w jakiś sposób obraża nas wszystkie, bo sugeruje, że nie jesteśmy warte, by żyć. Wtedy zaczęłam działać w obronie życia. Doświadczenie choroby pomaga również w szczególny sposób wspierać innych – dorosłe „turnerki”, młodsze i starsze dziewczynki poddawane badaniom oraz ich rodziców.

 

Na czym polega obecnie Pani zaangażowanie w obronę życia?

– Przede wszystkim rozmawiam o tym z osobami w moim otoczeniu. Czasami biorę udział w pikietach, np. tej pod Sejmem w dniu poprzedzającym głosowanie nad projektem „Zatrzymaj aborcję” i drugim pod fałszywą nazwą „Ratujmy kobiety”. Oczywiście podpisałam się pod projektem „Zatrzymaj aborcję”. Od czasu fali hejtu, która spotkała mnie prawie rok temu, udzieliłam kilku wywiadów. Byłam też prelegentką na dwóch konferencjach: międzynarodowej MaterCare International i „Otoczmy troską życie”, organizowanej w Białymstoku, moim mieście akademickim.

Sprzeciwia się Pani nie tylko aborcji, ale także antykoncepcji i in vitro. To chyba niepopularna postawa wśród dzisiejszych lekarzy, zwłaszcza z młodego pokolenia?

– Niestety, nie jest to postawa powszechna. Za wypowiedzi i działania zgodne z ochroną życia grozi ostracyzm, np. w wąskim gronie genetyków klinicznych osoby o takich przekonaniach są traktowane trochę jak „oszołomy”. Nagonka internetowa i medialna, łącznie z zaniżaniem opinii na portalach umieszczających oceny pracy lekarzy, jest bardzo przykra i może zagrażać praktyce danego medyka. Rezydenci w trakcie pierwszej specjalizacji, do których się zaliczam, są straszeni wymogami programu specjalizacji, niedopuszczeniem do egzaminu specjalizacyjnego.

 

Z tego wynika, że ostracyzm panuje także w towarzystwach naukowych.

– Tak. Sama słyszałam, jak prezes towarzystwa mówił, że prosił znaną mi panią profesor, by wypowiadała się jako osoba prywatna, a nie jako genetyk. Tylko z powodu jej przekonań. Choć nie rozumiem, dlaczego oddziela się dorobek naukowy i doświadczenie kliniczne lekarza od jego przekonań i systemu wartości.

Zapewne nie bez znaczenia są też kwestie finansowe.

– NFZ stawia pod pręgierzem całe poradnie genetyczne i oddziały ginekologiczno-położnicze, nie zawierając kontraktu w sytuacji braku pełnego panelu świadczeń, czyli odmowy aborcji czy wypisywania antykoncepcji. A bez kontraktu poradnia bądź oddział muszą być po prostu zlikwidowane. Dużą nadzieję wiążę ze zmianami prawa, z projektem „Zatrzymaj aborcję”. Wtedy wiele z tych działań straciłoby definitywnie oparcie prawne.

Dziękuję za rozmowę.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Monika M. Zając