Ustępstwa nie muszą być duże
Sobota, 10 lutego 2018 (22:49)Z dr. hab. Norbertem Maliszewskim, profesorem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, specjalistą ds. marketingu politycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Jest nadzieja na poprawę relacji z Brukselą?
– Minister Jacek Czaputowicz przeszedł od wcześniejszych negocjacji pozycyjnych do negocjacji kompromisowych. Oznacza to, że jest szansa na obniżenie temperatury sporu i uzyskanie efektu w postaci zażegnania kryzysu. Trzeba też pamiętać, że chociażby portal Politico, który jakiś czas temu nazywał wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej Fransa Timmermansa „wschodzącą gwiazdą” polityki unijnej i „maszyną do podejmowania decyzji”, dziś wyraźnie zmienia ton, określając go mianem „gasnącej gwiazdy”, co m.in. wiąże się z tym, że doprowadził do sytuacji patowej w relacjach Komisja Europejska – Polska. Timmermans wie, że jego „gwiazda” gaśnie, w związku z tym jest żywo zainteresowany znalezieniem rozwiązania owego kryzysu. Odpowiadając wprost na pana pytanie, szanse na poprawę relacji z Brukselą, owszem, istnieją, tylko trzeba też przygotować polską opinię publiczną na pewne ustępstwa, bez których o kompromis będzie raczej trudno.
Czy to dobrze, że Timmermans, a więc człowiek, który jest „ojcem chrzestnym” konfliktu z Polską, teraz ten konflikt ma rozwiązywać?
– Można powiedzieć, że Frans Timmermans, który jest uważany za prawą rękę Jean-Claude’a Junckersa, został przez szefa Komisji Europejskiej niejako oddelegowany do takich spraw jak kwestia art. 7 traktatu o Unii Europejskiej i spór o praworządność z Polską. W tej sytuacji nie ma możliwości zmiany partnera do negocjacji z Polską. Natomiast dobrze, że polskie MSZ zmieniło styl, rozszerzając tym samym pole do znalezienia rozwiązania kompromisowego. Dzięki temu ustępstwa z naszej strony wcale nie muszą być duże, bo – jak wiemy – zarówno jednej, jak i drugiej stronie zależy na rozwiązaniu trwającego kryzysu i to trzeba wykorzystać.
Z czego wynika wzrost chęci do kompromisu ze strony Komisji Europejskiej: czy z woli porozumienia, czy może bardziej z przekonania, że w przypadku ewentualnego głosowania sankcji na Polskę KE może ponieść porażkę?
– Zawsze należy uwzględnić interesy obu stron. Co by nie powiedzieć, ten pat jest trudny zarówno dla Fransa Timmermansa, jak i dla KE. Z drugiej strony o sankcjach dla Polski raczej nikt teraz poważnie nie myśli, bo prawdopodobieństwo nałożenia kar na Polskę jest bardzo małe, żeby nie powiedzieć – żadne. Okazuje się bowiem, że nie tylko Węgry najprawdopodobniej zagłosowałyby przeciwko nałożeniu sankcji na Polskę, ale KE zrozumiała także, że niektóre z państw członkowskich zaczynają dostrzegać, że ten niebezpieczny precedens, jaki stworzyłby się w związku z ukaraniem Polski, mógłby uderzyć także w inne kraje. Stąd państwa te nie zgodzą się, aby komisja tak mocno ingerowała w ich wewnętrzne sprawy. Tak więc nie tylko Węgry, ale również inne kraje zaczynają, czy też już dostrzegają, że po Polsce mogą być kolejnymi na celowniku ataków KE, na co nie mogą się zgodzić. Natomiast mimo wszystko obecna sytuacja jest niekorzystna dla Polski, dlatego że w momencie trwającego pata powstają coraz to nowe pomysły, jak ten spór rozwiązać. Pojawia się chociażby pomysł powiązania środków finansowych przyszłej perspektywy finansowej z przestrzeganiem praworządności. Oznacza to, że pieniądze, jakie otrzymują poszczególne państwa, mają być uzależnione od przestrzegania procedury praworządności. To nic innego jak forma karania czy też próba podporządkowywania sobie krajów członkowskich przez KE.
Czy to realne…?
– Według mnie, jest to od początku do końca trudny do zrealizowania straszak, który trzyma w ręku Bruksela. Natomiast problemem jest osłabianie pozycji negocjacyjnej państwa, wobec którego wytacza się takie działa. Może być tak, że to, co będzie dyskutowane w budżecie unijnym na kolejne lata, to będzie jego struktura, a więc ile państwa przeznaczą na politykę spójności, a ile na walkę z kryzysem migracyjnym. Stąd ważne jest dla nas to, żeby zamknąć kryzys związany ze słynnym art. 7, bo to jest argument dla negocjatorów pomijania bądź też pomniejszania roli Polski jako partnera, wobec którego jest prowadzona ta procedura.
Co w tej sytuacji jest korzystne dla Polski?
– Ten straszak jest zatem cały czas obecny, jest pewnym obciążeniem, natomiast jest problem ze stosowaniem owego art. 7. W przypadku Polski uruchomienie tegoż artykułu to był pewien eksperyment. Zauważono też, że jego zastosowanie niekoniecznie musi przynieść takie efekty, które były spodziewane. Przywódcy państw narodowych zaczęli bowiem negatywnie postrzegać ten eksperyment. Trzeba też pamiętać, że w tej grze o interesy sytuacja jest niekorzystna dla Polski w różnego rodzaju negocjacjach i sporach. Więc lepiej pójść na drobne ustępstwa niż w nieskończoność trwać w pacie.
Czy próby tłumaczenia naszych racji mają szanse na zrozumienie i czy jest szansa na trwały kompromis z KE?
– W tej chwili, na obecnym etapie ważne jest tłumaczenie szczegółów wprowadzanych w Polsce zmian. Przypomnę tylko, że spośród 13 ustaw wskazanych przez KE tylko trzy zostały skierowane do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. To pokazuje, że część zarzutów stawianych Polsce jest tylko interpretacją unijnych komisarzy, a to, jak się wydaje, stwarza pole do rozmów, przekonywania czy nawet drobnych ustępstw, dajmy na to, w małych sprawach. Stara zasada negocjacyjna mówi, że dobrze jest czasem pójść na ustępstwo w małej sprawie, po to żeby wygrać w dużej. Nie ma więc sensu kierować się zasadą „nie cofnę się ani o krok” z tego względu, że inni tę zasadę mogą wykorzystać w negocjacjach, ale także w innych kwestiach, jak chociażby w przypadku uchwalania unijnego budżetu. Jest zatem pole do rozmów i tłumaczenia swoich racji, ale także powinno być pole do małych ustępstw.
I dotyczy to obu stron…
– Oczywiście, ale na tym polegają negocjacje. Nie można się blokować na swoich pozycjach, bo to zamyka pole do kompromisu i zażegnania sporu. Ustępstwa KE będą, czy też mogą być związane, z tym, że przyjęta zostanie polska interpretacja danej kwestii. Inna jest jeszcze sprawa, że te przepisy dotyczące reform wymiaru sprawiedliwości w Polsce wchodzą w życie, mechanizmy zaczynają działać, więc może to być także niejako nasze alibi wobec KE, która nie widząc negatywnych konsekwencji, których się spodziewano, może się wycofywać z atakowania Polski. Jest to zatem również pole dla polskiego rządu, żeby tak działać, aby pokazać, iż zmiany w sądownictwie zwiększają efektywność, zwiększają kontrolę i służą poprawie systemu sądownictwa w Polsce, a wszelkie wcześniejsze obawy są płonne.
Jeśli się to powiedzie i ten kryzys z KE zostanie zażegnany, to czy może to być furtka dla innych państw, że reformy na swoim krajowym podwórku można przeprowadzać, a w starciu z KE niekoniecznie musi się być na pozycji przegranej?
– W Unii Europejską wciąż są państwa, które też są traktowane po macoszemu przez Komisję Europejską za wprowadzanie reform, np. Rumunia, ale są również państwa, których ta krytyka nie spotyka, np. Francja. To pokazuje, że w Unii są kraje równe i równiejsze. Generalnie jest też niemoc w reformowaniu sądownictwa, o czym mogliśmy się przekonać w Polsce, gdzie przez długie lata nie było mowy o zmianach. Ci ministrowie, którzy nawet próbowali wprowadzić jakiekolwiek reformy, spotykali się z niemożnością czy wręcz buntem ze strony środowiska sędziowskiego. Widzimy dzisiaj, jak ciężko jest środowiskom prawniczym zaakceptować zachodzące zmiany w tym obszarze. Jest zatem problem z zachowaniem równowagi, balansu pomiędzy władzą wykonawczą a sądowniczą.