• Wtorek, 17 marca 2026

    imieniny: Patryka, Zbigniewa, Gertrudy

Żywność ekologiczna się opłaci

Poniedziałek, 20 listopada 2017 (21:06)

Z dr. Krzysztofem Kaszubą, prezesem Zarządu Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, Oddział Wojewódzki w Rzeszowie, rozmawia Mariusz Kamieniecki

W trzecim kwartale polska gospodarka zanotowała 4,5-procentowy wzrost. Co jest głównym czynnikiem napędzającym ten wzrost?

– Trzy podstawowe czynniki 4,5 proc. wzrostu produktu krajowego brutto Polski to konsumpcja (indywidualna i publiczna), inwestycje (państwowe, samorządowe, przedsiębiorstw) oraz eksport. Główny czynnik to rosnący popyt konsumpcyjny wywołany m.in. dobrymi dla Polski i Polaków następstwami programu „Rodzina 500+”. Kilkunastoprocentowa dodatnia dynamika prac budowlano-montażowych w pierwszych miesiącach drugiej połowy 2017 r. to sygnał, że zaczynają rosnąć także inwestycje.

Jakie mamy szanse nie tylko na najniższe w historii deficyty, czym chwali się wicepremier Mateusz Morawiecki, ale na roczną nadwyżkę budżetową?

– Już kolejny rok kilka krajów, członków Unii Europejskiej takich jak Niemcy, Holandia czy Szwecja, pokazuje, że nadwyżka budżetowa jest możliwa. Również nasi południowi sąsiedzi Czesi są bardzo blisko poziomu zero, tj. zbilansowania budżetowych dochodów i wydatków. Od 1991 r. kolejne rządy w Polsce nie potrafiły, pomimo totalnej wyprzedaży majątku narodowego, uzyskać nadwyżki budżetowej. W 2001 r. specjaliści z Unii Wolności Leszka Balcerowicza w marnym rządzie Jerzego Buzka ustanowili pierwszy rekordowy deficyt 32,4 miliarda złotych, to jest ponad 100 proc. większy niż rok wcześniej. W 2007 r. rząd premiera Jarosława Kaczyńskiego zbił ten deficyt do najniższego w okresie ostatnich 16 lat poziomu niespełna 16 miliardów złotych. W 2017 r. są szanse na najniższy deficyt budżetowy, nie w ostatnich 27, a w ostatnich 10 latach. Wyniki po pierwszych 10 miesiącach są znakomite. Ale tylko minister finansów wie, jakie będą wydatki budżetowe w listopadzie i grudniu, m.in. związane ze zwrotem VAT. Dobra koniunktura światowa tworzy w perspektywie najbliższych lat szansę na nadwyżkę budżetową. Jest już na to najwyższy czas.

Prezes Jarosław Kaczyński, podsumowując dwa lata dobrej zmiany, ocenił, że wszystkie przedsięwzięcia rządu premier Beaty Szydło były prowadzone z sukcesem...

– Beneficjentom programu „Rodzina 500+” oraz beneficjentom rosnących płac m.in. w przemyśle i budownictwie żyje się godniej i łatwiej. Kilka ważnych dla Polaków przedsięwzięć rządu premier Beata Szydło, m.in. dotyczących instytucji systemu bezprawia i niesprawiedliwości czy też podatku handlowego – oczywiście – można było przeprowadzić z większym wyrachowaniem i sprytem. Sukces programu „Rodzina 500+” nie może być jednak parawanem zasłaniającym proste fakty, mianowicie, że tylko dobrze zorganizowana praca, wysoki poziom kapitału ludzkiego i społecznego oraz zrównanie rygorów podatkowych dla polskich przedsiębiorców z warunkami, jakie są atrybutem firm z udziałem kapitału zagranicznego, będą czynnikiem nie tylko wzrostu gospodarczego, ale przede wszystkim źródłem rozwoju Polski.

O ile wsparcie z programu „Rodzina 500+” jest zauważalne, to większość Polaków, którzy nie są beneficjentami tej pomocy, odczuwa skutki inflacji, podwyżek cen np. masła czy jaj, a przed nami są jeszcze święta. Co powoduje ten wzrost cen żywności?

– Po okresie deflacji gospodarka światowa wkroczyła w etap rosnących cen dóbr konsumpcyjnych; Stany Zjednoczone plus 2,0 proc., Wielka Brytania 3,0 proc., Niemcy 1,6 proc., Czechy 2,9 proc. Wzrost cen w Polsce w okresie wrzesień 2016 r. do września 2017 r. wyniósł 2,1 proc., czyli za koszyk towarów o wartości (we wrześniu 2016 r.) tysiąca złotych, we wrześniu 2017 r. zapłaciliśmy 21 złotych więcej. Wzrost cen żywności, głównie masła i innych przetworów mlecznych, to efekt polityki rolnej Unii Europejskiej, rosnącego popytu chińskich konsumentów, polityki światowych koncernów z branży rolno-spożywczej oraz zmian gustów czy też preferencji konsumentów. W tym ostatnim przypadku moda na zdrową żywność, np. zdrowsze lody, powoduje zwiększenie zapotrzebowania np. na masło. Warto pamiętać, że właśnie rynek żywności jest znakomitym przykładem działania w praktyce gospodarczej prawa popytu i podaży oraz cenowej i dochodowej elastyczności popytu czy podaży. Warto przypomnieć, że w okresie marzec 2012 – grudzień 2014 cena masła wzrosła o ok. 50 proc., a w okresie styczeń 2015 – marzec 2016 spadła o ponad 30 proc., natomiast ostatnie kilkanaście miesięcy to (poza jesiennym spadkiem w 2016 r.) niestety stały wzrost cen.

Czy gwałtowne wzrosty cen jaj w Polsce da się wytłumaczyć tylko problemami hodowców niosek w zachodniej Europie?

– Problemy hodowców niosek w Europie plus błyskawiczny przekaz medialny donoszący o tym fakcie wywarły szybki wpływ na decyzje cenowe producentów i dostawców tego relatywnie taniego produktu w koszyku konsumenckim Niemca, Austriaka czy też Polaka. W przypadku jaj mamy także do czynienia z prawem popytu i podaży i faktem, że niestety jaja, w przeciwieństwie do np. malin, truskawek, czy w mniejszym stopniu masła, nie mają naturalnego substytutu. Chora polityka unijnych regulacji, wszechobecne w Unii Europejskiej i Stanach Zjednoczonych faszerowanie kurcząt, kur i niosek chemią doprowadziło do klęski producentów jaj w Europie Zachodniej. Polscy producenci, którzy narzekali od lat na niski poziom cen jaj, nagle otrzymali zagraniczne propozycje cenowe, które poprawiły opłacalność produkcji. I jak najbardziej racjonalnie korzystają z tej możliwości. Okres jesieni to także czas gromadzenia zapasów przez producentów smacznych wypieków a także producentów kosmetyków. W efekcie ceny rosną. Wzrost cen jaj to niestety także rezultat zmian m.in. na podkarpackich wsiach.

Co Pan ma na myśli?

– Przed laty w podkarpackich ogrodach nie tylko na wsi biegały dziesiątki kur, perliczek, kaczek i gęsi, a nawet króliki. Krowy kosiły równiutko trawę. Dzisiaj królują spalinowe kosiarki, a ceny jaj sprzedawane przez nieliczne już rodzinne gospodarstwa siłą rzeczy muszą rosnąć.

Zbliżają się święta Bożego Narodzenia, które dla przeciętnych Polaków będą najdroższe od lat, rosną też ceny ogrzewania i paliw. Z punktu widzenia konsumenta nie wygląda to dobrze…

– Dla większości pracujących Polaków będą to jednak kolejne radosne święta Bożego Narodzenia, zwłaszcza dla beneficjentów programu „Rodzina 500+”. Ruchy cen to naturalny efekt w globalnej gospodarce. Jego negatywne następstwa oczywiście w większym stopniu odczuwają konsumenci w krajach o niższym poziomie płac i o niższym udziale wynagrodzeń w PKB. Rosnące w Polsce zatrudnienie w przemyśle, gdzie poziom płac jest wyższy niż w wielu innych branżach, łagodzi w wielu rodzinach wzrost cen żywności i energii. Ceny tej ostatniej w dużym stopniu uzależnione są od cen światowych, kursu złotego do dolara i euro oraz polityki podatkowej państwa. Nie ulega jednak wątpliwości, że setki tysięcy Polaków zatrudnionych zwłaszcza w działach bezpośredniej produkcji zasługuje na wyższe wynagrodzenie. Udział wynagrodzeń w wartości produktu krajowego Polski musi rosnąć.

Jakie są prognozy co do cen żywności na przyszłość, czy ich wzrost może wyhamować?

– Dla ponad trzystu milionów Chińczyków, spośród ponad jednego miliarda i trzystu milionów mieszkańców tego kraju, Chiny muszą importować żywność. Ponadto miliony ludzi na całym świecie pragnie się coraz lepiej odżywiać. To oznacza, że produkty mleczne, mięsne, owoce i warzywa będą – niestety – w coraz wyższej cenie. Rozwiązanie dla Polski to większa troska o sektor rolno-spożywczy, który jest już źródłem ponad stu miliardów wpływów eksportowych Polski. Podróż po Szwajcarii czy Austrii pokazuje, że najwyższy poziom życia, światowy poziom produkcji przemysłowej wcale nie musi oznaczać monokultury. Austriackie i szwajcarskie połoniny są pełne stad krów, koni, owiec, pełne upraw zbóż i winorośli. Chwastów tam praktycznie nie widać. Natomiast przejazd z Podkarpacia do Łodzi czy Warszawy to zbyt często przejazd przez krainy rosnących chwastów widocznych zza okien samochodu. Już najwyższy czas to zmieniać. Własne, dobre, lokalne produkty to najlepszy pomysł na tańszą i zdrowszą żywność w przyszłości, a przy okazji więcej nektaru dla ginących pszczół. Nawiasem mówiąc, pszczoły to także ważny choć – niestety – dość rzadko poruszany problem, który zlekceważony, w przyszłości może prowadzić do wielomiliardowych strat w światowym rolnictwie, a co za tym idzie – do wzrostu cen żywności.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki