Szwagrzyk: Poszukiwania mają wymiar czysto ludzki
Środa, 26 grudnia 2012 (07:28)Z dr. hab. Krzysztofem Szwagrzykiem, kierującym pracami poszukiwawczymi szczątków ofiar terroru komunistycznego na terenie Polski, rozmawia Jacek Dytkowski
Po odkryciu szczątków kapitana Stanisława Łukasika „Rysia”, por. Edmunda Bukowskiego „Edmunda” i Eugeniusza Smolińskiego „Kazimierza Staniszewskiego”, czas na kolejne identyfikacje pochowanych w kwaterze na Łączce ofiar reżimu komunistycznego. Kiedy możemy się spodziewać nowych efektów badań?
- Jak będziemy mieli kolejne wyniki badań genetycznych. Dopóki nie będzie potwierdzonych identyfikacji materiału DNA, naturalnie, że żadnych na ten temat informacji nie możemy podać. Nie jesteśmy też w stanie określić żadnego terminu. Robimy to możliwie szybko, ale to wciąż kwestia tygodni, a może nawet miesięcy. Trudno jest w tym zakresie cokolwiek zaplanować, czy przesądzić. Jeśli pojawią się nowe wyniki, z pewnością zorganizujemy konferencję prasową, na której o nich poinformujemy.
Od ilu członków rodzin ofiar zbrodni komunistycznych potencjalnie pochowanych na Łączce zebrano materiał genetyczny?
- Już mamy 200 osób i ciągle ta liczba ulega zwiększeniu.
Czy pozyskany materiał genetyczny dotyczy także: gen. Augusta Fieldorfa “Nila”, rtm. Witolda Pileckiego oraz mjr Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”?
- Tak. Mamy materiał genetyczny od rodzin tych trzech wymienionych osób, potrzebny do ich identyfikacji. Został on zabezpieczony. Więc jeśli znajdziemy szczątki naszych bohaterów, na pewno będziemy wówczas mogli w sposób genetyczny ich określić.
Jest szansa na odnalezienie ofiar procesu komandorów z 1952 r.: kmdr Stanisława Mieszkowskiego, kmdr por. Zbigniewa Przybyszewskiego i kmdr Jerzego Staniewicza?
- Mamy również materiał genetyczny pochodzący od rodzin tych trzech ofiar zbrodni komunistycznych. Ale w moim podejrzeniu - nie jest to na razie pewność, ale tylko przypuszczenie – nie natrafiliśmy na ich mogiły w pierwszym etapie ekshumacji. Proszę pamiętać, że obszar naszych badań w lecie tego roku obejmował mniej więcej jedną trzecią dawnego pola więziennego. Była to w istocie skrajna część miejsca tych pochowków. Oczywiste, że szereg osób udaje nam się tam odnaleźć i zweryfikować ich tożsamość, ale też wielu szczątków dotychczas nie wydobyliśmy. To dopiero zadanie, które podejmiemy w marcu-kwietniu roku następnego, kiedy rozpoczniemy drugi etap naszych prac na Powązkach Wojskowych.
Jak Pan ocenia dotychczasowe efekty poszukiwania szczątków ofiar terroru komunistycznego?
- Uczucie, które nam towarzyszy – pełnionej misji – dotyczy każdego z uczestników zespołu, który bierze udział w procesie identyfikacji. Jest to bowiem proces złożony, do którego swoją wiedzę i umiejętności wkłada wiele osób. Połączenie tych wspólnych wysiłków przynosi konkretny efekt. Widać go na przykładzie tego, co się wydarzyło na konferencji prasowej – 6 grudnia, kiedy zaprezentowaliśmy pierwsze wyniki identyfikacji: kpt. Łukasika, por. Bukowskiego i Smolińskiego.
Dla nas wszystkich i dla każdego z osobna jest to ogromna satysfakcja, że działania, które podjęliśmy i zastosowane metody przynoszą konkretne wymierne skutki. Odczuwam je zarówno w skali ogólnohistorycznej - kiedy udaje się zidentyfikować poszczególne osoby, ale też w sferze czysto ludzkiej i indywidulanej - gdy mam wyjątkową możliwość powiadomić córkę lub syna, któregoś z bohaterów, że po 60 latach „udało się odnaleźć pani lub pana ojca”. Nie trzeba być specjalnie wrażliwym by zrozumieć, że coś takiego niesie ze sobą ogromną satysfakcję.
Dziękuję za rozmowę.
Jacek Dytkowski