• Piątek, 3 kwietnia 2020

    imieniny: Pankracego, Ryszarda

Amnezja Bahra

Piątek, 22 czerwca 2012 (06:43)

Były dyplomata nie pamięta i nie mógł sobie przypomnieć, w jaki sposób rzeczy osobiste Tomasza Merty znalazły się w jego gabinecie w moskiewskiej ambasadzie

 

Bahr był przesłuchiwany w charakterze świadka w ramach obu postępowań, jakie prowadzi warszawska prokuratura okręgowa: zniszczenia dowodu Tomasza Merty oraz zaginięcia obrączki, portfela i zegarka. W przesłuchaniu wzięli udział, oprócz Bahra, także Magdalena Pietrzak-Merta, wdowa po wiceministrze kultury, oraz jej pełnomocnik mec. Bartosz Kownacki.  Wdowa jako osoba pokrzywdzona miała prawo uczestniczyć w przesłuchaniu i zadawać pytania byłemu dyplomacie, z czego skorzystała. - Pytaliśmy pana ambasadora, w jaki sposób worek z rzeczami mojego męża trafił do jego gabinetu. Pan Jerzy Bahr tego nie pamiętał. Jak również tego, w jaki sposób rzeczy te trafiły do Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Polsce. Tego również nie pamiętał. Nie wykluczył jednak, że to on mógł wydać takie polecenie. I że worek z rzeczami był w jego gabinecie przez kilka dni. Ale konkretów nie pamiętał - mówi "Naszemu Dziennikowi" Magdalena Pietrzak-Merta. Tłumaczenie Bahra sprowadzało się do tego, że po katastrofie urzędnicy ambasady mieli nadmiar obowiązków, pewne decyzje podejmowali natychmiast, ale o nich zapominali. - Mówił, że nie wyklucza, że istnieje nawet pismo z jego podpisem. Nie wiedział, że to jego sekretarka odebrała kopertę z obrączką od pewnego człowieka, który z kolei wziął ją od Rosjan - dodaje. - Pan ambasador wyraził ogromne zdumienie, że te rzeczy w ogóle się w jego gabinecie znalazły. Nic nie wiedział. Stwierdził tylko, że ten worek był, co określił jako rzecz nadzwyczajną. Ale jak tam trafił i jak zniknął, tego nie pamiętał - relacjonuje mecenas Kownacki. Bahr stwierdził, że nie wiedział w ogóle, co się dzieje z rzeczami ofiar. Zdziwiło go, że znalazły się one w jego gabinecie. - To były prawie trzy godziny słuchania o tym, że nic nie pamięta - mówi Kownacki. - Po raz kolejny potwierdzono natomiast niedopuszczalność całej sytuacji, w której ktoś te rzeczy spalił. Pan ambasador Bahr przyznał, że tego sobie nie wyobraża. Ale z drugiej strony nie potrafił wskazać osoby, która tymi rzeczami się zajmowała. A przecież to była jego placówka. To bardzo dziwne tłumaczenie - ocenia prawnik.  

Trawnik zamiast pieca  

Kownacki odnosi się przy tym do wczorajszej publikacji "Gazety Wyborczej" - "Szukanie w piecu MSZ", dotyczącej oględzin posesji archiwum MSZ w Warszawie. Zdaniem dziennikarza "GW", policja przeszukiwała palenisko pieca w budynkach MSZ w Mysiadle. To nieprawda. W rzeczywistości chodziło o oględziny posesji resortu, a konkretnie - pokrytego trawą terenu należącego do jego archiwum. Tezy artykułu są następujące: urzędnik MSZ średniego szczebla podejmuje niefrasobliwą decyzję o utylizacji rzeczy, potem przychodzi nakaz jej wstrzymania, a wszystko to wynika jedynie z tzw. błędu ludzkiego. Gazeta sugeruje też, że o próbie zniszczenia rzeczy Merty nie wiedział szef dyplomacji Radosław Sikorski. Oczywiście plus to, co sugeruje tytuł artykułu - próby zniszczenia dokonywano w piecu w budynkach MSZ.  - Wszystko zależy od tego, jak kto rozumie to słowo "piec". To ciekawa definicja pieca. Warto było przynajmniej pojechać tam i zobaczyć, że był to po prostu trawnik. Z tego artykułu wynika, że tego nie zrobiono, co świadczy o rzetelności dziennikarza "Gazety Wyborczej" - ironizuje mec. Bartosz Kownacki. Podkreśla też, iż materiał dowodowy wskazuje wyraźnie, że decyzję o utylizacji podjął urzędnik najwyższego szczebla resortu Sikorskiego. - A jeżeli rzeczywiście Sikorski nie wiedział, co robią jego urzędnicy tego szczebla, to sytuacja ta dowodzi, że fatalnie kieruje swoim resortem. Bo to byli urzędnicy najwyższego szczebla MSZ. A co do błędu ludzkiego. - Zgadzam się z tym. To był błąd ludzki. Pytanie tylko, dlaczego zamiast ten fakt zgłosić do prokuratury, do rodziny, wyjaśnić sprawę, jeszcze się ją tuszuje. To błąd konkretnych osób, które przyjęły taką, a nie inną formułę. I nie można tego trywializować, można było próbować sprawę wyjaśnić, odzyskać obrączkę i uniknąć wszczynania postępowań. Zamiast tego podjęto wszelkie działania zmierzające do zatuszowania sprawy - kwituje prawnik.  W środę policjanci z Komendy Stołecznej Policji przeszukali teren przy archiwum MSZ w Warszawie, poszukując śladów spalenia rzeczy po Tomaszu Mercie. Jednak z negatywnym skutkiem. W ocenie rodziny Merty oraz jej pełnomocnika użyto niewłaściwego sprzętu - wykrywacza metali, który nie rozróżniał typu metali ani nie potrafił ocenić, na jakiej głębokości pewne ślady rzeczy mogły się znajdować. Rodzina zapowiada złożenie kolejnego wniosku do prokuratury o przeprowadzenie kolejnych oględzin miejsca zdarzenia. Nie wyklucza też złożenia wniosku o przeszukanie gabinetu byłego ambasadora Jerzego Bahra.

 

Anna Ambroziak