• Sobota, 11 kwietnia 2026

    imieniny: Filipa, Leona

„Wrogi element” w Marynarce

Piątek, 21 grudnia 2012 (02:04)

Z dr. hab. Dariuszem Nawrotem, profesorem Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Jakie były losy korpusu oficerskiego Marynarki Wojennej II Rzeczypospolitej po II wojnie światowej?

– To niezwykle dramatyczny epilog w dziejach Marynarki Wojennej, która, używając słów gen. Władysława Sikorskiego, zapisała się złotymi zgłoskami w historii naszego państwa. Generał Sikorski miał na myśli to, że dzięki marynarzom zachowana została ciągłość działań operacyjnych całych polskich Sił Zbrojnych w II wojnie światowej. Przypomnę, że po kampanii wrześniowej wojska lądowe i lotnictwo należało odtwarzać we Francji czy Wielkiej Brytanii. Natomiast marynarze walczyli od pierwszej do ostatniej salwy. Dzięki nim zachowana została również cząstka polskiego terytorium, na którym nigdy nie stanęła noga okupanta.

To znaczy?

– Po tzw. czwartym rozbiorze Polski jedynie pokłady okrętów były terytorium państwa polskiego, które pozostawało w pełni suwerenne. Przypominam bowiem, że zgodnie z prawem międzynarodowym pokłady okrętów stanowią cząstkę terytorium państwa, którego banderę noszą.

Jak wielu oficerów Marynarki Wojennej dostało się do niewoli?

– Łącznie w oflagach niemieckich przebywało do końca wojny około 250 oficerów. Niestety, nie przeżyli wojny w sowieckiej niewoli oficerowie, którzy wpadli w ręce Armii Czerwonej. Zakończyli życie bestialsko zamordowani w Katyniu i Charkowie. Tam zginęło 59 oficerów Marynarki Wojennej II Rzeczypospolitej. Na marginesie dodam, że w toku działań na Wybrzeżu w całej kampanii wrześniowej zginęło 22 oficerów Marynarki Wojennej.

To prawda, że profesjonalizm i odwagę oficerów polskiej Marynarki Wojennej bardzo ceniono na świecie?

– Tak. Marynarze kontynuowali działania wojenne dzięki skierowaniu – jeszcze przed wojną – do Wielkiej Brytanii trzech naszych okrętów: „Burzy”, „Błyskawicy” i „Gromu”. Do nich dołączyły dwa okręty podwodne: „Orzeł” i „Wilk”. O wyczynie, jakim było przeprowadzenie „Orła” i „Wilka” przez cieśniny duńskie, informowała prasa na całym świecie. To był naprawdę wielki wyczyn, dowód wielkiego profesjonalizmu i odwagi oficerów polskiej Marynarki Wojennej. Tak więc dzięki decyzjom politycznym oraz działaniom naszego rządu możliwe było nie tylko kontynuowanie walki przez okręty pod biało-czerwoną banderą, ale także rozwój tejże polskiej floty w portach brytyjskich. W rezultacie polscy marynarze uczestniczyli we wszystkich decydujących o losach wojny z Niemcami operacjach na morzu. Mam tu na myśli zarówno akwen Atlantyku, jak i Morze Śródziemne. Uczestniczyli również w wielu spektakularnych operacjach, takich chociażby, jak zatopienie niemieckiego superpancernika „Bismarck”. Ten wyczyn to w dużej mierze zasługa załogi niszczyciela „Piorun”. Marynarze uczestniczyli także w największej operacji desantowej II wojny światowej „Overlord”, czyli otwarciu drugiego frontu. Wszystko to robili z myślą o powrocie do suwerennej Polski.

Ale okazało się, że Ojczyzna, o której wolność bili się z takim poświęceniem, popadła w kolejną niewolę.

– Niestety. Kiedy kończyła się wojna, na Zachodzie przebywało około 4 tysięcy polskich marynarzy, prawie 300 oficerów i 16 okrętów – więcej niż mieliśmy ich przed wojną. Niestety te okręty i ci marynarze nie mogli powrócić do kraju z powodu decyzji, które zapadły na konferencji w Jałcie. Polska, wyzwolona spod okupacji niemieckiej, zanurzyła się w strefie wpływów Moskwy. Oznaczało to, że moskiewscy mocodawcy decydowali o tym, co w Polsce będzie się działo po II wojnie światowej. To sprawiło, że oficerowie Marynarki Wojennej, którzy tak wysoko zdali swój egzamin bojowy, działając z portów brytyjskich, nie zdecydowali się na powrót do kraju. Wyrażali opinię, że nigdy nie będą służyć w sowieckiej Marynarce Wojennej – jak nazywali marynarkę tworzoną w kraju. Dodam, że pierwszym dowódcą Marynarki Wojennej tutaj, w Polsce, po wojnie był kontradmirał Nikołaj Abramow, a jego zastępcą komandor Józef Urbanowicz, także oficer sowiecki i obywatel Związku Sowieckiego do 1953 roku. W konsekwencji, po rozwiązaniu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, oficerowie, którzy pozostali w Wielkiej Brytanii, skazani byli na gorzki chleb emigranta.

Część z nich jednak zdecydowała się na powrót do Polski.

– Do Polski powrócili oficerowie, którzy spędzili czas wojny w oflagach niemieckich, a konkretnie w Woldenbergu, który został zajęty przez Armię Czerwoną. Zostali wcieleni do Marynarki Wojennej, właśnie tej tworzonej w kraju. Wspomniałem, że pierwszym dowódcą Marynarki Wojennej w powojennej Polsce był rosyjski oficer, co dla marynarzy z Zachodu było potwierdzeniem, że nie jest to polska Marynarka Wojenna. Aby wytrącić ten argument marynarzom na Zachodzie, na których powrocie do kraju zależało rządowi w Warszawie, jesienią 1945 r. kontradmirała Abramowa zastąpił na stanowisku dowódcy Marynarki Wojennej oficer Adam Mohuczy. Kiedy mimo to oficerowie nie wracali z Zachodu, wówczas wezwanie do służby wojskowej otrzymali wszyscy oficerowie, którzy znaleźli się na terenie Polski. Łącznie wcielono ponad 120 oficerów. Otrzymali różne, także bardzo odpowiedzialne stanowiska. Pierwszym komendantem Oficerskiej Szkoły Marynarki Wojennej, otworzonej tutaj, na Oksywiu, został na przykład komandor podporucznik Stanisław Mieszkowski (skazany w „procesie” siedmiu komandorów i zamordowany 16 grudnia 1952 roku). Oficerowie obejmowali również stanowiska na okrętach, które powróciły do kraju. Tyle że dzisiaj już wiemy, że byli oni traktowani wręcz przedmiotowo.

Co ma Pan na myśli?

– O ich prześladowaniach dowiadujemy się m.in. z meldunku komandora Józefa Urbanowicza do ministra obrony narodowej z 1946 r., w którym napisał m.in. że w Marynarce Wojennej istnieje „grupa reakcyjnych oficerów, wrogich oficerów”. Pisał, że tych oficerów należy jednak dalej zatrudniać, bo są potrzebni, gdyż nie ma innych specjalistów. Ale, jak się wyraził, „przyjdzie czas, gdy będzie można ich w sposób bezwzględny, ostry i nagły wyrzucić”. Oczywiście w pojedynczych przypadkach oficerowie byli już zwalniani i osadzani w więzieniu. Pierwszym, którego to dotknęło, był oficer wojennej promocji Szkoły Podchorążych Marynarki Wojennej z 15 września 1939 r. i uczestnik walk Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie” porucznik marynarki Adam Dedio. Dedio, który po ucieczce z niewoli niemieckiej wstąpił w szeregi Armii Krajowej, został aresztowany (17 maja 1946 r.) pod zarzutem przynależności do organizacji Semper Fidelis Victoria. 14 lutego 1947 r. wyrokiem Sądu Marynarki Wojennej został skazany na karę śmierci. Natomiast do pierwszego, zbiorowego zwolnienia oficerów Marynarki Wojennej doszło w 1948 r., kiedy pełnię władzy w kraju przejęła ekipa związana z osobą Bolesława Bieruta. Zgodnie ze stalinowską teorią o narastaniu walki klasowej w miarę rozwoju socjalizmu zaczęto szukać wrogów we wszystkich sferach życia społecznego. W 1948 r. zwolniono oficerów z komendy portu: komandora Konstantego Siemaszkę i komandora Władysława Sakowicza. Aresztowano także będącego wówczas już w rezerwie byłego dowódcę Marynarki Wojennej kontradmirała Adama Mohuczego.

Kiedy ruszył proces „oczyszczania” Marynarki Wojennej z „wrogiego elementu”?

– W 1949 r., kiedy do Wojska Polskiego przybyło całe grono oficerów sowieckich, którzy przejęli najwyższe funkcje w polskich Siłach Zbrojnych. Ministrem obrony narodowej został w tym czasie sowiecki marszałek Konstanty Rokossowski. Do Marynarki Wojennej został skierowany również wiceadmirał rosyjski Wiktor Czerokow. Nowe kierownictwo polskich Sił Zbrojnych zorganizowało naradę, na której padły brzemienne dla Marynarki Wojennej słowa. Wiceminister obrony narodowej, szef głównego zarządu politycznego, powiedział wtedy, że Marynarka Wojenna jest „najbardziej zachwaszczona elementem wrogim i obcym”. W ślad za tym uruchomiono potężną machinę: informację wojskową, sąd, prokuraturę i wszystkie służby. Już w 1949 r. zwolniono niemal 90 oficerów. Wielu z nich oczywiście trafiło do aresztów. Apogeum nagonki na przedwojennych oficerów miało miejsce w 1950 r., mowa o rzekomym spisku komandorów, który zakończył się wydaniem i wykonaniem wyroku śmierci na trzech zasłużonych oficerach, którzy służbę w Marynarce Wojennej traktowali jako swoją wielką misję. Przypominam nazwiska: komandor Stanisław Mieszkowski, komandor Jerzy Staniewicz i komandor porucznik Zbigniew Przybyszewski. Zwalnianymi zajmowały się w cywilu także odpowiednie służby.

Co to dla nich oznaczało?

– Że nawet ci, którzy nie trafili do więzienia, byli skazani na życie w upokorzeniu, na marginesie. Mogli podejmować pracę tylko zawodową i to przeważnie z dala od morza, tak jak chociażby były dowódca Marynarki Wojennej admirał Włodzimierz Sztajer, który został skierowany do Ostrołęki, z dala od Gdyni i Wybrzeża, gdzie pracował jako magazynier. Łącznie w latach 1945-1956 rozstrzelano 6 oficerów Marynarki Wojennej. Długoletnie wyroki więzienne odbywało 29 oficerów. Natomiast 4 z nich, a wśród nich kontradmirał Adam Mohuczy, kawaler orderu Virtuti Militari za udział w wojnie polsko-bolszewickiej, zmarło w wiezieniu. W ten sposób zamknięty został bardzo tragiczny rozdział w historii Marynarki Wojennej, która – powtarzam – w opinii generała Sikorskiego i nie tylko zapisała się złotymi zgłoskami w historii państwa polskiego. Tyle że zamiast uznania ze strony społeczeństwa spotkało ich życie na emigracji lub poniewierka w kraju albo śmierć w więzieniu i stalinowskich łagrach. To sprawiło, że szef zarządu informacji Marynarki Wojennej mógł w czerwcu 1954 r. zameldować z satysfakcją swoim przełożonym: „oczyściliśmy skład osobowy Marynarki Wojennej z elementów wrogich”.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Czartoryski-Sziler