Obława zaczęła się rok wcześniej
Czwartek, 20 grudnia 2012 (02:10)Ze Stanisławem Pietrewiczem ps. „Gałązka”, żołnierzem AK aresztowanym podczas obławy augustowskiej, rozmawia Adam Białous
Kiedy, Pana zdaniem, Sowieci rozpoczęli przygotowania do obławy augustowskiej?
– Przygotowania do obławy Armia Czerwona rozpoczęła zaraz po tym, jak zajęła tereny Suwalszczyzny i Augustowszczyzny, tj. latem 1944 roku. Miałem wówczas 18 lat. Mieszkaliśmy z rodzicami i rodzeństwem na kolonii miasteczka Lipsk. Nasz dom stał blisko szosy wiodącej z Augustowa do Grodna. Pamiętam taką ciekawostkę, że jak Niemcy zaatakowali Rosjan w 1941 r., tą szosą do Grodna szła dywizja hiszpańska, chyba SS. W czasie wojny dowódcy oddziałów, które maszerowały tą drogą – a to w jedną, a to w drugą stronę –przeważnie stacjonowali w naszym domu. Kiedy więc latem 1944 r. Sowieci zajęli ziemię lipską, w naszym domu i zabudowaniach zakwaterowało się NKWD, w liczbie około 40 funkcjonariuszy. Niedaleko Augustowa w 1944 r. front utrzymywał się kilka ładnych miesięcy. NKWD, które było u nas, oficjalnie zajmowało się w tym czasie zatrzymaniami dezerterów lub pojedynczych żołnierzy niemieckich. W piwnicy naszego domu urządzili areszt i tam ich trzymali. Na naszym polu sowieccy żołnierze wykopali ziemiankę, w której usadowili obserwację lotniczą. U sąsiadów stacjonowali radiotelegrafiści sowieccy.
Kto dowodził oddziałem NKWD, który stacjonował w Pańskim gospodarstwie?
– Najważniejszym dowódcą NKWD–zistów, którzy stacjonowali w naszym domu, był „Wasilenko” (pseudonim). To on później, już w stopniu majora, organizował UB m.in. w domu Turka w Augustowie i UB w Suwałkach. Relacjonował też przebieg obławy swoim zwierzchnikom. Kiedy mieszkał u nas, nie zajmował się łapaniem dezerterów. Miał rower i jeździł prawie każdego dnia po okolicznych wsiach. Co dziwne, nie widziałem, aby „Wasilenko” choć raz pił alkohol, wszyscy inni NKWD–ziści pili, czasem na umór. On zawsze był trzeźwy, przyjemny w kontakcie z ludźmi. Dość dobrze znał język niemiecki. Jak się później zorientowałem, major „Wasilenko” jeździł po wsiach do konfidentów, którzy przekazywali mu nazwiska miejscowych członków Armii Krajowej. Ci miejscowi agenci pracowali dla NKWD już co najmniej od 1940 roku. Jednym z nich był znany kat Augustowszczyzny Jan Szostak, później szef UB Augustów. Major NKWD umieszczał nazwiska członków AK na liście. Pierwsze aresztowania na ziemi augustowskiej NKWD przeprowadziło jesienią 1944 roku. Wówczas zatrzymano wielu członków podziemia i większość z nich wywieziono na Sybir. Dużo zła wyrządzili ci konfidenci, zdrajcy, oni sami w większości byli podczas wojny w AK i dlatego wiedzieli, kogo wydawać. Powiem panu, że jak w 1944 r. konfidenci ze wsi Skieblewo wydali naszych, to tamtejsi akowcy zaraz tych judaszów zdemaskowali i zlikwidowali. W efekcie podczas obławy ze Skieblewa nikt z naszych akowców nie został wywieziony i zamordowany. Wprawdzie kilku aresztowali, ale zaraz puścili, bo konfidenci przed swoją śmiercią nie zdążyli ich wpisać na listę.
Czy jeszcze przed zajęciem terenów północno–wschodniej Polski przez Armię Czerwoną Sowieci podejmowali próby rozpracowania siatki AK?
– Nasza organizacja podziemna AK była rozpracowywana już przez partyzantkę sowiecką, której pierwszy oddział, liczący około 120 osób, dowodzony przez majora Orłowa wylądował na spadochronach w Puszczy Augustowskiej gdzieś w kwietniu 1944 r., kiedy byli tu jeszcze Niemcy. Według obowiązującej wówczas umowy z Rosjanami z związku z akcją Burza na początku ci sowieccy partyzanci udawali, że z nami współpracują. Były wspólne akcje przeciwko Niemcom. Ale po cichu robili już listy naszych dla NKWD. Kiedy jednak po zdobyciu Wilna okazało się, że NKWD aresztuje naszych, dostaliśmy rozkaz nie współpracować z sowiecką partyzantką. Zerwaliśmy kontakty z Orłowem, który okazał się funkcjonariuszem NKWD, byli bardzo źli, że nie zdążyli nas rozpracować.
Do którego oddziału AK Pan należał?
– Należałem do oddziału AK Antoniego Dąbrowskiego ps. „Zając”, który operował w rejonie Lipska nad Biebrzą. Na naszych ziemiach prawie w każdej wiosce była zakonspirowana placówka Armii Krajowej. Kiedy zaczęła się tu obława, było to gdzieś w połowie lipca 1945 r., przebywałem u wujka, kilkadziesiąt kilometrów od rodzinnego domu. To być może mnie uratowało, bo nie było mnie na liście miejscowych członków AK, którą przygotowali konfidenci. Żołnierze Armii Czerwonej szli od Krasnego obławą, jeden od drugiego w odległości 3 metrów. Przez pola, łąki, a nawet przez bagna po pas w wodzie. Złapali nas, kiedy staliśmy i rozmawialiśmy ze szwagrem na podwórku gospodarstwa znajomych. Sowieccy żołnierze przeszukiwali wszystkie budynki gospodarstwa, robili rewizję. Z Nowego Lipska nie aresztowano tylko tych mężczyzn, którzy, gdy przyszła obława, byli w innej miejscowości na Mszy św. – bo to była niedziela. Kościół stał poza wyznaczonym przez sowieckie dowództwo terenem obławy i tam czerwonoarmiści nie doszli.
Gdzie przetrzymywano Pana po aresztowaniu podczas obławy?
– Na pierwszą noc zamknęli nas z innymi pojmanymi, razem około 40 osób, w stodole na kolonii wsi Nowy Lipsk. Następnego dnia przeprowadzili nas do miejscowości Krasny Bór. Tam w stodole było zamkniętych o wiele więcej osób, prawie sami mężczyźni. Między sobą o sprawach podziemia nie rozmawialiśmy, bo wiedzieliśmy, że są wśród nas konfidenci, wpuszczeni tu przez Sowietów. Do jedzenia nic nam nie dawali. Na szczęście dopuszczali rodziny osób aresztowanych, które przynosiły jedzenie. Tam trzymali nas ze dwa tygodnie i nawet bez przesłuchiwania. Po tym czasie przyszli w nocy i z listy wywołali 4 czy 5 osób, w następne noce było to samo. Nikt z nich już nie wrócił. Podczas aresztowania wszystkim zabrano dokumenty, jakie kto miał. Oni musieli sprawdzać, kogo aresztowali i kogo przeznaczyć na śmierć, również w tych dokumentach, gdyż mój znajomy z AK, który miał podrobione dokumenty, na inne nazwisko, nie został rozpoznany i go wypuszczono. Natomiast inny kolega z AK, który miał papiery na swoje nazwisko, już żywy do domu nie wrócił. Po jakimś czasie wyprowadzili nas z tej stodoły i rozdzielili na dwie grupy. Grupę, w której się znalazłem, i grupę drugą zaprowadzono do pobliskiej miejscowości, w której zaczęły się przesłuchania. Zauważyłem, że osoby, które wyprowadzają z pomieszczenia po przesłuchaniu, mają ślady pobicia, ledwo trzymały się na nogach. Następnego dnia musieli dostać jakieś nowe rozkazy, bo naszej grupy już nie poddawano przesłuchaniom, wszystkich zwolniono do domów.