Ile waży raport Millera
Czwartek, 20 grudnia 2012 (02:08)Członkowie komisji Millera twierdzą, że badanie katastrofy na Siewiernym nie było dla nich skomplikowane. Pewnie dlatego, że nie zrobili ani modelu matematycznego zdarzenia, ani nie wyjaśnili, co działo się z samolotem w newralgicznej fazie lotu, poniżej stu metrów.
O miałkości dokumentu wytworzonego przez podwładnych Jerzego Millera najlepiej świadczy fakt, że prokuratura wojskowa nie traktuje go jako dowodu w śledztwie. Co więcej, prokuratorzy powtarzają czynności, które mieli już przeprowadzić członkowie komisji, lub inicjują ekspertyzy, które zespół Millera pominął.
– To nie jest wypadek, którego przyczyny są tajemnicze. To nie była skomplikowana katastrofa – powiedział we wtorek Maciej Lasek, szef Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych.
Wiceszef komisji Jerzego Millera dodał, że w środowisku lotniczych ekspertów panuje opinia, jakoby raport z prac komisji Millera był bardzo dokładny, a nawet za dokładny w stosunku do innych raportów katastrof lotniczych.
– W pierwszej chwili każda katastrofa jest tajemnicza. Ale to się zaczęło szybko wyjaśniać i szybko układać w jakąś całość. Myślę, że rok z okładem to jest szybko. Jak zaczynaliśmy pracę, spodziewałem się, że będziemy pracowali co najmniej dwa lata – zauważył w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” dr inż. Stanisław Żurkowski, szef podkomisji technicznej. Nie wiadomo, skąd płynie ta ich pewność. Optymistycznym zapewnieniom przeczą jednak fakty.
Insynuacje rosyjskiego MAK o obecności gen. Andrzeja Błasika w kokpicie, sugestie, że wywierał naciski na załogę tupolewa, zostały w pewnym sensie, z drobnym retuszem przekopiowane do raportu końcowego KBWLLP.
Polski dokument z jednej strony zaprzecza oddziaływaniu psychologicznemu obecności generała na załogę, ale z drugiej strony to potwierdza. Według raportu presja była pośrednia, związana z rangą lotu, obecnością najważniejszych osób w państwie na pokładzie samolotu oraz wagą uroczystości w Lesie Katyńskim. Komisja Millera przypisała także gen. Błasikowi odczytanie radiowysokościomierza.
Pilotom zarzucano użycie niewłaściwych przyrządów, dezorientację w przestrzeni, odgrzebano przy tym całą historię szkoleń oficerów tylko po to, by znaleźć przyczyny ich rzekomych niedostatecznych kwalifikacji.
W styczniu br. ujawnione wyniki badania taśmy z rekordera głosowego, przeprowadzone przez krakowski Instytut Ekspertyz Sądowych, podważyły ten przekaz. Analizy przeprowadzone na zlecenie prokuratury nie potwierdziły głosu gen. Andrzeja Błasika w nagraniu. Domniemanie komisji Millera o obecności dowódcy Sił Powietrznych w kokpicie miało jednak swoje skutki: wyłaniał się z niego obraz nieprawidłowej współpracy załogi.
Jaką wartość ma raport?
Dla prokuratury nie stanowi dowodu w sprawie w ścisłym tego słowa znaczeniu. Eksperci komisji nie byli biegłymi prokuratury, nie pracowali pod rygorem sankcji prawnej.
Zdaniem mec. Rafała Rogalskiego, raport jest dokumentem, który może być jedynie potraktowany jako informacja o dowodzie. Raport komisji Millera nie tylko nie wyjaśnia przyczyn katastrofy smoleńskiej, ale jeszcze je gmatwa.
Pomińmy nawet to, że eksperci komisji nie dysponowali kluczowymi dokumentami, jakie powinna im była dostarczyć strona rosyjska, jak m.in. dokumentacją określającą minimalne warunki do lądowania na lotnisku Smoleńsk Północny, a także wszystkimi zdjęciami i filmami z miejsca katastrofy, schematami miejsca zdarzenia, oryginalnymi zapisami rejestratorów rozmów załogi samolotu Tu-154M nr 101, wynikami wszystkich ekspertyz technicznych faktycznie przeprowadzonymi, wykonanymi przez stronę rosyjską. Może dlatego sam raport zawiera dane, które się wzajemnie wykluczają.
Chodzi m.in. o to, jak zostało określone położenie samolotu w chwili zderzenia z brzozą, które miało spowodować utratę części panelu lewego skrzydła. Tabela nr 1 załącznika 4 do polskiego raportu „Geometria zderzenia samolotu” wskazuje, że maszyna była przy drzewie na wysokości 6,2 metra. Tabela nr 2 określa z kolei tę samą wartość na 5,1 metra. Wciąż nie wiadomo na pewno, czy to brzoza mogła uciąć fragment skrzydła tupolewa – badania prokuratury w tym zakresie wciąż trwają.
Raport wykluczył też obecność środków wybuchowych – fakt pobrania próbek z wraku przez biegłych prokuratury wskazuje, że śledczy nie wykluczają tej hipotezy.
– Trudno poważnie traktować ten raport, kiedy już nawet nie rodziny i nie politycy, ale prokuratura ustaliła pewne fakty przeczące tezom komisji Millera. Dodajmy do tego fakt, że prokuratura musiała ponownie zabezpieczyć próbki z wraku pod kątem obecności materiałów wybuchowych, co suponuje, że eksperci komisji Millera wykonali to niewłaściwe. Tego raportu mogło równie dobrze nie być. Słowa pana Laska nie bronią się w ogóle w świetle tych faktów, które przedstawiają urzędy państwowe – komentuje w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” mec. Bartosz Kownacki, pełnomocnik Ewy Błasik.
– Od dłuższego czasu na temat katastrofy wypowiadają się różni eksperci, organizowane są konferencje naukowe. Dlaczego nikt z ekspertów komisji Millera nie podjął merytorycznej dyskusji na gruncie naukowym? Czyżby mieli świadomość, że ich tez nie da się obronić? – dopytuje adwokat.
Reaktywacja zespołu?
Lasek tłumaczy, że stara się prostować i dementować nieprawdziwe informacje na temat katastrofy. I to nie tylko on, ale także jego koledzy z komisji Millera. Jego zdaniem, powinien powstać zespół, który mógłby prostować kłamstwa na temat tragedii z 10 kwietnia 2010 roku. Taką instytucją mogłaby być nowo powołana Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Cywilnego.
Mógłby to być ten sam zespół, który pracował z Millerem. Przypomnijmy, że reaktywację zespołu zupełnie wykluczył premier Donald Tusk po spotkaniu z członkami Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego w styczniu. Spotkanie dotyczyło nowych ustaleń prokuratury w zakresie badań krakowskiego Instytutu Sehna.
„Ustalono”, że nowe odczyty czarnych skrzynek Tu-154M nie podważają głównych tez raportu końcowego komisji Millera, więc reaktywacja prac komisji jest zbędna. Zastępca Laska w komisji płk Mirosław Grochowski, dopytywany wczoraj przez „Nasz Dziennik”, czy widzi konieczność reaktywowania prac komisji, stwierdził, że najpierw należy poczekać na zakończenie śledztwa prokuratorskiego. Ale jeżeli zajdzie taka potrzeba (a teraz jej nie ma), to z punktu widzenia formalnego badanie takie może wznowić nowa komisja, której powołanie umożliwiają zapisy znowelizowanej we wrześniu ubiegłego roku ustawy Prawo lotnicze.
Wedle jej zapisów prawnym spadkobiercą komisji Millera jest Inspektorat MON ds. Bezpieczeństwa Lotów. Ustawa przewiduje utworzenie w nim stałej komisji, która będzie badała wypadki lotnicze. Skład zespołu nie musi być jednak tożsamy z komisją Millera – ustala go szef Inspektoratu lub minister obrony narodowej.
– Gdyby pojawiły się jakieś sensownie motywowane teorie, warto byłoby rozważyć reaktywowanie prac komisji. Ustaleń ostatecznych prokuratury nie ma – mówił inny członek komisji Millera Stanisław Żurkowski, stwierdzając, że w analizach krakowskiego Instytutu nie widzi niczego, co podważyłoby wcześniejsze ustalenia komisji Millera.
Żurkowski podkreślił ponadto, że nie można porównywać wiarygodności analiz przeprowadzanych przez Instytut Sehna z tymi, które na potrzeby komisji Millera przeprowadziło Centralne Laboratorium Kryminalistyczne. Zdaje się jednak nie pamiętać, że to właśnie CLK nie zidentyfikowało żadnego głosu jako głosu gen. Błasika. Określiło jedynie treść wypowiedzi.
– Przyczyny katastrofy są jasne: niewyszkoleni piloci, samolot, który nie miał prawa wystartować, załoga, która zeszła poniżej 100 metrów wbrew sugestiom kontrolerów lotniska – powtórzył Żurkowski. – To były członek komisji Millera, nie ma wyjścia, musi powtarzać to, co było w raporcie – skwitował Ignacy Goliński, były członek Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych.
Anna Ambroziak