Przystawka łatwiej strawna
Wtorek, 18 grudnia 2012 (02:24)Nowy prezes PSL Janusz Piechociński budzi aplauz – w kręgach Platformy Obywatelskiej. Koalicjant jest przekonany, że z nowym wicepremierem będzie się nawet łatwiej współpracowało niż z Waldemarem Pawlakiem. Bo jest mniej wymagającym graczem.
Donald Tusk i inni liderzy PO stawiali na to, że Waldemar Pawlak pozostanie prezesem PSL i że dzięki temu nic nie zmieni się w koalicyjnych układankach. Zwycięstwo Janusza Piechocińskiego zdawało się krzyżować te plany.
– Były obawy, że sytuacja wewnętrzna w PSL utrudni funkcjonowanie rządu, że Piechociński może postawić nam trudne warunki współpracy. Ale te obawy po miesiącu od jego zwycięstwa na kongresie PSL już są nieaktualne – mówi jeden z polityków PO wysokiego szczebla.
– Tylko proszę nie potraktować tego jako lekceważenia wicepremiera Piechocińskiego. Po prostu okazało się, że musi się jeszcze wiele nauczyć w polityce – słyszymy.
Platforma najbardziej chciała uniknąć sytuacji, w której prezes Piechociński zażądałby zmiany umowy koalicyjnej, o czym przecież mówił podczas swojej partyjnej kampanii wyborczej i samego kongresu. Stwarzało to ryzyko długich, trudnych negocjacji.
Jeden z posłów PO tłumaczy, że gdyby ludowcy twardo postawili na swoim, to jego partia musiałaby przystać na takie rozmowy.
– Teraz nie moglibyśmy sobie pozwolić na rozbicie koalicji i szukanie nowego partnera do rządzenia. Na głowie mamy przecież negocjacje nad unijnym budżetem, a i prace nad budżetem państwa wkraczały akurat w listopadzie i grudniu w decydującą fazę. Tworzenie nowej koalicji też wymagałoby czasu i dogadania się z nowym partnerem – wyjaśnia parlamentarzysta.
I dodaje, że na szczęście w PSL zwyciężył „zdrowy rozsądek”. Z kolei inny z posłów, tym razem z koalicyjnego PSL, tłumaczy, że tak naprawdę w jego partii nie było zbyt wielu chętnych do renegocjowania umowy koalicyjnej.
– A tylko w ten sposób można było myśleć o tym, żeby Janusz Piechociński zamiast Ministerstwa Gospodarki objął resort transportu – nie ma wątpliwości poseł.
Tylko jedna koperta
Pozostawienie status quo w rządzie i koalicji to na pewno sukces premiera Donalda Tuska, który szybko wybił PSL z głowy chęć stawiania warunków. Janusz Piechociński bez oporów, można powiedzieć – posłusznie, przejął rządowy spadek po Waldemarze Pawlaku. Tak więc rząd nie zauważył nawet zmian w kierownictwie PSL.
– Rzeczywiście, najlepiej to nie wypadło – przyznaje osoba z kierownictwa PSL. – Janusz najpierw zapowiadał, że na spotkaniu z premierem przedstawi mu kilka scenariuszy. Miały być słynne trzy koperty, a potem usłyszeliśmy, jak Tusk powiedział, że otrzymał tylko jedną propozycję, aby Janusz Piechociński został wicepremierem i ministrem gospodarki – mówi działacz PSL.
Politolog Wojciech Jabłoński działania Janusza Piechocińskiego między zwycięskim kongresem a objęciem teki wicepremiera nazwał obrazowo „prężeniem muskułów”.
Ostatecznie porzucenie ambitnych planów jest dowodem na słabość prezesa PSL. To świadczy jego zdaniem także o tym, iż słabe w koalicyjnym tandemie jest i samo Stronnictwo.
Takim rozwojem sytuacji nie jest zaskoczony poseł PiS Zbigniew Kuźmiuk, w przeszłości działacz PSL, minister i eurodeputowany tej partii. Jego zdaniem, „hamletyzowanie Piechocińskiego” posłużyło tylko temu, że przez kilka tygodni sporo się o PSL mówiło w mediach.
– Piechociński co innego mówił delegatom na kongresie, a co innego realizował w rozmowach z premierem Donaldem Tuskiem – stwierdził Kuźmiuk.
Poseł uważa, że dla samego prezesa jego zwycięstwo na kongresie było zaskoczeniem, nie był na to przygotowany. Choć Piechociński jest obecny w polityce od ponad 20 lat, to jednak do tej pory nie sprawował wysokich funkcji ani w administracji, ani w biznesie, więc nie ma doświadczenia potrzebnego choćby w prowadzeniu politycznych gier i w tym względzie radzi sobie dużo gorzej niż Waldemar Pawlak.
Piechociński nie ma doświadczenia, którego za to nie brakuje Tuskowi. Zdaniem Zbigniewa Kuźmiuka, może to się odbić właśnie podczas negocjacji nad unijnym budżetem. Jeśli bowiem prezes PSL nie będzie potrafił wymóc na premierze obrony interesów polskiej wsi, to rolnictwo straci nawet 70 mld zł w latach 2014-2020 – o tyle bowiem będą mniejsze pieniądze na dopłaty bezpośrednie i finansowanie rozwoju obszarów wiejskich w porównaniu z pierwotną propozycją Komisji Europejskiej.
Ludowcy są zawiedzeni zwłaszcza tym, że prezes został ministrem gospodarki. Powszechne były przecież oczekiwania, że zostanie szefem resortu transportu – w tej dziedzinie także przez opozycję jest uważany za eksperta. Ale ponieważ nie było renegocjacji umowy koalicyjnej, to Sławomir Nowak nie musiał wyprowadzać się ze swojego gabinetu.
Za to Piechociński dostał jeden z najtrudniejszych resortów. Teraz minister gospodarki stara się być aktywny, próbuje rozwiązywać problemy zwalnianych pracowników Fiata, branży motoryzacyjnej, rzuca pakiet pomocny w walce z kryzysem i bezrobociem.
Ale nie wiadomo, jakie efekty przyniosą te działania. W samym PSL słychać opnie, że jak na naszą gospodarkę przyjdą naprawdę trudne chwile, to premier i minister finansów Jacek Rostowski będą chcieli jak najwięcej odpowiedzialności zrzucić na ministrów PSL, zwłaszcza na wicepremiera Piechocińskiego.
– A w czym jak w czym, ale w technikach manipulowania opinią publiczną premier jest biegły – taką opinię usłyszeliśmy od kilku ludowców.
Partia na uboczu
Ludowcy przyznają, że wejście ich prezesa do rządu to jednak porażka Piechocińskiego.
– Donald Tusk nie miał najmniejszego zamiaru tolerować pozostawania prezesa koalicyjnej partii poza rządem – wyjaśnia jeden ze współpracowników szefa rządu.
Po prostu Tusk nie chciał, aby Piechociński był recenzentem jego gabinetu, aby wytykał błędy, a za nic nie ponosił odpowiedzialności. Tym bardziej że w ostatnich latach nieraz zachowywał się jak „wewnętrzna opozycja” w koalicji. Dlatego być może Piechociński próbuje teraz udowodnić swoją lojalność, aby uspokoić Tuska.
Jednak część działaczy PSL, widząc w telewizji wicepremiera Piechocińskiego, ma poczucie, że jest to jego porażka. Nie tylko dlatego, że przegrała koncepcja zgłoszona przez prezesa budowania trzech drużyn w PSL: rządowej, parlamentarnej i partyjnej.
Przede wszystkim z tego powodu, że prezes będzie miał mało czasu na zajmowanie się sprawami PSL, a przecież ignorowanie partii było jednym z głównych powodów porażki w wyborach na prezesa Waldemara Pawlaka, którego też „za bardzo zajęły sprawy państwowe”, jak wyraził się w kuluarach kongresu delegat z Mazowsza.
Stronnicy Piechocińskiego mają prawo obawiać się, że za jakiś czas prezesowi też będzie wypominane marginalizowanie spraw partyjnych. A tym samym stronnicy Waldemara Pawlaka będą mogli mówić, że nic się w sumie w PSL nie zmieniło, a Piechocińskiemu chodziło tylko o przejęcie władzy.
– Jeszcze moi koledzy i koleżanki zatęsknią za Waldkiem – przekonuje poseł z „grupy Pawlaka”.
– Tym bardziej gdy po roku okaże się, że notowania PSL wcale nie idą w górę, jak to obiecywał Janusz Piechociński. A jeśli jeszcze w dodatku Tusk kilka razy go ogra podczas koalicyjnych sporów, autorytet naszego prezesa będzie kiepski i znowu będzie się mówiło o zmianach we władzach partii, gdzie już teraz widać dwie rywalizujące frakcje – wyjaśnia.
Jego zdaniem, kluczowy dla nowego kierownictwa PSL będzie rok 2014, ze względu na wybory do Parlamentu Europejskiego, a jeszcze bardziej z powodu wyborów samorządowych. Jeśli PSL nie osiągnie przynajmniej takiego wyniku jak w 2010 r. i w dodatku utraci władzę w części gmin, powiatów i województw, będzie to oznaczało kres kariery prezesa Janusza Piechocińskiego.
Krzysztof Losz