DR Konga: Ataki na misje i kościoły
Czwartek, 1 czerwca 2017 (21:20)Spalone misje, zniszczone kościoły, splądrowane szpitale i szkoły – tak od wielu tygodni wygląda sytuacja w Demokratycznej Republice Konga. Ten największy kraj Czarnej Afryki targany jest potężnym konfliktem wewnętrznym, wywołanym przez niekonstytucyjne przedłużanie mandatu przez prezydenta Josepha Kabilę oraz przez działania rebeliantów walczących o przejęcie kontroli nad terenami bogatymi w surowce mineralne. To wszystko odbija się na ludności cywilnej, która żyje w ciągłym niepokoju o swą przyszłość.
Poczynając od stołecznej Kinszasy, przez region Kasai, po Północne Kiwu – wszędzie tam działają bandy rebelianckie. Kongijski Episkopat alarmuje, że sytuacja coraz bardziej się zaostrza i wymyka spod kontroli. W mieście Beni trzej księża przez kilka godzin byli torturowani, a ich plebania została doszczętnie splądrowana. W Luebo rebelianci spalili biskupstwo i zaatakowali szkołę katolicką. Następnie przenieśli się do Lunkelu, gdzie okradli miejscowe seminarium. Klerycy i opiekujący się nimi księża schronili się w buszu. Rebelianci, którzy przejęli kontrolę w mieście, oświadczyli szefowi miejscowej Caritas, że jeśli ośmielą się wrócić, grozi im śmierć.
Zaatakowano także misję salwatorianek w Kolwezi. Siostry musiały ratować się ucieczką, mimo że miejscowa ludność wioski wstawiła się za nimi u rebeliantów.
– Ostrzeżono nas, że lepiej będzie, gdy wyjedziemy, w przeciwnym bowiem wypadku życie nie tylko nasze, ale też mieszkańców naszej wioski będzie zagrożone – powiedziała Radiu Watykańskiemu s. Damiana Żoczek. Misjonarka, od 35 lat pracująca w tym kraju, wskazała, że dawno już nie było tam tak niebezpiecznie, jak jest teraz.
– Obecnie jest tak niebezpiecznie, że trzeba było zabierać się jak najszybciej, w cztery godziny spakować i odjechać, bo inaczej byłoby trudno. Jest to sprawa bardzo delikatna, bo chodzi o kwestie polityczno-plemienne. To, co najbardziej boli, to fakt, że młodzi atakują nie tylko wioski, ale przede wszystkim kościoły, księży i siostry. Rebelianci przyszli do nas z prowincji Kasai. Jest ona całkowicie zniszczona. Kościoły są poniszczone, klasztory splądrowane, kapłani i siostry musieli uciekać, a niektórzy nawet przypłacili to życiem – powiedziała polska misjonarka.
Wyjaśniła, że rebelia dotarła także do ich wioski, gdyż leży ona na granicy prowincji. – Zarzucali nam, że współpracujemy z państwem, że przekazujemy informacje naszemu biskupowi, że mamy broń, a nawet „czyścimy” złoto oraz ukrywamy uciekinierów z Rwandy – opowiadała siostra Żoczek. Dodała, że przez półtorej godziny napastnicy przesłuchiwali je na placu przed szpitalem.
– Ostatecznie kazali ściągnąć habity i przebrać się w stroje pielęgniarek. Przebrała się też jedna z naszych sióstr, która jest dyrektorką szkoły, bo inaczej nie wiadomo, jaki byłby jej los. Z samochodu kazali nam zmyć napis „siostry salwatorianki z Kabamby”, to było po francusku. Teraz jest naprawdę ciężko – powiedziała siostra. Jednocześnie zapowiedziała, że gdy się sytuacja uspokoi, siostry wrócą, „żeby pomóc ludziom”.
Już w kwietniu br. Franciszek zaapelował o pilne rozwiązanie kryzysu politycznego, który boleśnie doświadcza ten afrykański kraj. Miejscowy Episkopat włączył się w negocjacje między prezydentem a opozycją, które jednak, jak na razie, nie przyniosły większych rezultatów.
Warto przypomnieć, że w 2003 r. w Kongu zakończył się najbardziej krwawy konflikt od czasów II wojny światowej. Zginęło w nim ok. 3,5 mln ludzi. Kongijczycy z nadzieją przyjęli podpisany wówczas rozejm. Niestety bardzo szybko został on zerwany. Od tamtego czasu dalszych 2 mln ludzi straciło życie, a niewinni cywile znów muszą uciekać ze swoich domów.