• Niedziela, 22 marca 2026

    imieniny: Katarzyny, Bogusława

Niemcy nie zdołają rozbić jedności NATO

Poniedziałek, 29 maja 2017 (05:36)

Z dr. hab. Andrzejem Zapałowskim, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Zdaniem Donalda Trumpa, nawet nakłady w wysokości 2 proc. PKB nie są wystarczające do zapewnienia bezpieczeństwa. Co powoduje, że Stany Zjednoczone naciskają, aby każde z państw członkowskich na siebie brało odpowiedzialność za swoje wydatki obronne?

– Powód jest prosty, a mianowicie wiele państw NATO korzysta z osłony strategicznej Stanów Zjednoczonych, które wydają na cele obronne ponad 3 proc. swojego PKB, a np. Niemcy niewiele ponad 1 proc. Tak naprawdę poza Francją, Wielką Brytanią i Polską (nie licząc Turcji, gdzie sytuacja tego państwa w NATO jest obecnie dosyć specyficzna) pozostałe państwa nie wnoszą istotnego wkładu we wspólną obronę. Prezydent Donald Trump ma tego świadomość, co więcej, mówi o tym otwartym tekstem.

Jaki to ma cel strategiczny? Amerykanie, którzy koncentrują się na Pacyfiku, oczekują, że europejskie państwa NATO będą w większym stopniu partycypować w wydatkach?

– Amerykanie, realizując swoje cele globalne, oczekują, iż w Europie, gdzie jest bardzo duże nasycenie państw należących do Sojuszu Północnoatlantyckiego, to one przejmą odpowiedzialność za bezpieczeństwo Starego Kontynentu. I to wydaje się logiczne. Ponadto Waszyngton oczekuje, że sojusznicy z NATO będą – przynajmniej w sposób proporcjonalny – uczestniczyć w kosztach utrzymania własnego bezpieczeństwa, a także zaangażują się w kluczowe dla Stanów Zjednoczonych sprawy dotyczące flanki południowej, czyli Bliskiego Wschodu.

A zatem jest to próba zrzucenia większej odpowiedzialności na kraje europejskie?

– Nie, po prostu jest to oczekiwanie, że wszyscy zgodnie ze statusem członka Sojuszu będą się wywiązywać ze swoich naturalnych obowiązków. Artykuł piąty – najważniejszy zapis Traktatu Północnoatlantyckiego – mówi wyraźnie o kolektywnej obronie państw członkowskich. Dotyczy to także nakładów na obronność, w których każde z państw powinno partycypować w sposób proporcjonalny oraz ponosić koszty związane z samym funkcjonowaniem NATO. I nie ma tu znaczenia, że przykładowo PKB Niemiec i Polski są na różnym poziomie. Tu chodzi o zasady.

Prezydent Duda zapowiedział zwiększenie nakładów na obronność od 2020 r. do 2,2 proc. PKB, a do 2030 do 2,5 proc. Czy sytuacja budżetowa państwa uzasadnia ten wzrost, zważywszy, że Niemcom – jak Pan zauważył – trudno dojść nawet do pułapu 2 proc. PKB?

– Niemcy przez ostatnie lata uważały, iż zagrożenie konfliktem zbrojnym jest znikome, dlatego kilkanaście lat temu zmieniły cele dla swoich sił zbrojnych. Mianowicie w sposób radykalny ograniczono liczbę oddziałów posiadających ciężki sprzęt bojowy na rzecz międzykontynentalnej mobilności swojej armii. Celem miała być osłona interesów gospodarczych Niemiec, głównie w Afryce. Natomiast Polska z uwagi na położenie geopolityczne musi mieć odpowiednie siły odstraszania.

Jak ta presja Amerykanów, aby zwiększyć nakłady na obronność, ma się do Niemiec, które po reformie w 2011 r. nie dość, że zredukowały liczebnie swoją armię o połowę, to ich sprzęt i poziom wyposażenia także pozostawia wiele do życzenia?

– Wydaje się, iż presja prezydenta Donalda Trumpa na Niemcy nie będzie skuteczna. Nasz zachodni sąsiad jest w przededniu wyborów parlamentarnych, a społeczeństwo tego kraju bardziej niż kiedykolwiek odczuwa obawy co do swojego bezpieczeństwa głównie w wymiarze wewnętrznym. Myślę, iż w związku z tym w Niemczech nastąpi nieznaczne zwiększenie wydatków na obronę, ale nie w wymiarze oczekiwanym przez Stany Zjednoczone.

Nie jest trochę tak, że Niemcy zaczynają budować własny minisojusz obronny z brygadami z Czech i Rumuni obok NATO, a docelowo europejskie NATO bis pod swoim przywództwem?

– Bez istotnego zwiększenia nakładów na obronę ten minisojusz – jeśli w ogóle powstanie – będzie miał zasadniczo jedynie wymiar polityczny, a nie militarny.

Niemcy, którzy rozbijają jedność Unii Europejskiej, robią to samo w odniesieniu do NATO…?

– Myślę, iż Niemcy nie rozbijają jedności NATO, ale wykorzystują swoją pozycję w tym Sojuszu do własnych celów politycznych przy minimalnym wysiłku finansowym. Takie polityczne cwaniactwo.

Miniszczyt w Brukseli to zarazem pierwsze spotkanie po wzmocnieniu wschodniej flanki NATO i pierwsze po objęciu urzędu prezydenta Stanów Zjednoczonych przez Donalda Trumpa. Udane wejście Trumpa na polityczne salony?

– Wydaje się, iż Donald Trump pokazał, iż tak jak w biznesie będzie się liczył zasadniczo tylko z poważnymi graczami. Jego wizyta w Arabii Saudyjskiej poprzedzająca przyjazd do Europy pokazała, iż jako gość w tym państwie zachowywał się bardziej powściągliwie, mając na uwadze, iż ten kraj wydaje na bezpieczeństwo ok. 10 proc. swojego PKB. Na europejskich salonach prezydent Trump zasadniczo pokazał, iż jest wyraźnie niezadowolony z tego, że większość państw liczy tylko na Waszyngton pod względem utrzymania wzajemnego potencjału odstraszania. 

Jak odczytuje Pan słowa Donalda Tuska po spotkaniu z prezydentem Trumpem, że nie sądzi, aby obaj mieli to samo spojrzenie na Rosję. Czy Tusk podobnie jak europejskie elity nie stawia się w kontrze do prezydenta Trumpa?

– Donald Tusk jest tylko wyrazicielem celów elit brukselskich. To nie jest samodzielny gracz na politycznej szachownicy. Przypomnę, że nie posiada on nawet zaplecza w postaci rządu we własnym państwie. Z kolei prezydent Trump patrzy na Rosję przez prymat celów Stanów Zjednoczonych w Azji, natomiast Europa spogląda na Rosję głównie przez pryzmat polityki europejskiej.

Czy ten miniszczyt można uznać za sukces Polski? Mamy potwierdzenie, że do 2022 r. NATO będzie wzmacniać wschodnią flankę. Czy to może być data graniczna i co potem?

– Pamiętajmy, iż to tylko deklaracje, a nie decyzje, które także mogą być weryfikowalne w czasie przez różne bieżące wydarzenia. Wschodnią flankę NATO będą wzmacniać głównie Amerykanie, gdyż udział pozostałych państw jest tu raczej symboliczny pod względem ilości sprzętu i ludzi zaangażowanych w to przedsięwzięcie. Ale jak to będzie wyglądało w rzeczywistości, wpływ na to będzie miała sytuacja w zakresie bezpieczeństwa w świecie i Europie Wschodniej.

NATO ma dzisiaj inne priorytety niż jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu?

– Celem NATO jako sojuszu obronnego jest wzajemna pomoc w sytuacji zagrożenia ze strony państw trzecich. Kiedyś zagrożeniem był ZSRS, a presja dotyczyła dwóch bloków: wschodniego i zachodniego świata. Jednak po tym, jak czas zimnej wojny się skończył, to szukając nowej roli NATO w tej pozimnowojennej rzeczywistości, chyba zbytnio uwierzono, że zagrożenie ze strony Rosji minęło, że nie istnieje, co więcej, proklamowano nowe otwarcie w relacjach z Moskwą. Kolektywna obrona jako podstawa, na której opierał się Sojusz, została podtrzymana, ale bardziej skoncentrowano się na nowych zagrożeniach, takich jak terroryzm czy wojna cybernetyczna, oraz na wzmocnieniu zdolności ekspedycyjnych i na misjach w Afganistanie czy w Iraku. Czerwona lampka powinna się zapalić już w momencie wojny rosyjsko-gruzińskiej w 2008 r., ale nic takiego nie nastąpiło. Nic zatem dziwnego, że jeszcze dwa lata później NATO – zapominając o „demonach przeszłości” – jak to określił ówczesny sekretarz generalny Sojuszu Anders Fogh Rasmussen, uznawało Rosję już nie za wroga, ale za ważnego strategicznego partnera. Stąd na szczycie Sojuszu w Lizbonie w listopadzie 2010 r. z udziałem szefów państw i rządów stała Rada NATO – Rosja odbyła się na najwyższym szczeblu z udziałem ówczesnego prezydenta Dmitrija Miedwiediewa. Jednak czas i działania Rosji Putina zweryfikowały to otwarcie na Moskwę. Rosja potwierdziła bowiem, że na różne sposoby gra na destabilizację i rozbicie jedności NATO i państw zachodnich. Po aneksji Krymu i w wyniku działań zbrojnych Rosji na wschodzie Ukrainy w 2014 r. NATO zawiesiło cywilną i wojskową współpracę z Moskwą. Również Rada NATO – Rosja, powołana jako forum dialogu w 2002 r., została wówczas zawieszona. Jej spotkania na szczeblu ambasadorów wznowiono dopiero w 2016 r. Dzisiaj w NATO, a szczególnie w strukturach militarnych Sojuszu, trwa proces przywracania utraconych zdolności.

NATO zapowiada też nowe otwarcie w walce z tzw. Państwem Islamskim. Jak ocenia Pan zapowiedź zaangażowania się Sojuszu w walkę z terroryzmem, do czego jednak nie za bardzo były przekonane Niemcy i Francja?

– Powołanie specjalnej komórki ds. wywiadu antyterrorystycznego i wymiany informacji na temat siatek terrorystycznych oraz przystąpienie NATO jako osobnego podmiotu do koalicji antyterrorystycznej świadczy dobitnie, że Amerykanie jako państwo wiodące zdecydowanie chcą doprowadzić do ostatecznego rozbicia ISIS przy współudziale państw islamskich. Zresztą Stany Zjednoczone nalegały już od jakiegoś czasu na przyłączenie NATO do liczącej 68 krajów koalicji przeciwko ISIS. Sojusz Północnoatlantycki – owszem – przystąpi do międzynarodowej koalicji przeciwko tzw. Państwu Islamskiemu, co zresztą potwierdził w Brukseli sekretarz generalny Sojuszu Jens Stoltenberg, ale nie oznacza to, że NATO zaangażuje się zbrojnie w tę walkę. Tak czy inaczej jest to wyraźny sygnał, że zwalczanie terroryzmu wymaga skoordynowanej międzynarodowej odpowiedzi, a NATO w walce z terrorem chce mówić jednym głosem. Natomiast co do Francji i Niemiec, to z uwagi na duże nasycenie w tych państwach potencjalnymi terrorystami islamskimi przywódcy tych krajów obawiają się dalszej destabilizacji wewnętrznej swoich państw poprzez wzrost ilości ataków terrorystycznych. Z tego wynika ta ich „wstrzemięźliwość”.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki