• Sobota, 11 kwietnia 2026

    imieniny: Filipa, Leona

Gra pozorów

Sobota, 15 grudnia 2012 (02:15)

Z Władysławem Protasiukiem, ojcem mjr. Arkadiusza Protasiuka, dowódcy lotu PLF 101 do Smoleńska, rozmawia Marta Ziarnik

Słyszał Pan deklaracje ministra Sikorskiego w sprawie zwrotu wraku? Jak je Pan ocenia?

- Pani redaktor, ja już dawno przestałem wierzyć w te wszystkie gadki naszych polityków, a zwłaszcza w to, co mówi pan Sikorski. Nie muszę chyba przypominać, że to właśnie on był pierwszym, który ferował wyroki o rzekomej winie mojego śp. syna Arkadiusza. Do tej pory za to nie przeprosił, choć dzięki ciężkiej pracy wielu naukowców i znawców lotnictwa udało się zweryfikować te kłamstwa o winie pilotów. Pan Sikorski słynie z tego, że jest w stanie powiedzieć wszystko, co może zapewnić mu przychylność włodarzy czy też mediów. Jest politykiem bardziej dbającym o własny dobry PR aniżeli o dobro swojego kraju i swoich obywateli. Swoją postawą po katastrofie smoleńskiej i swoimi dotychczasowymi wypowiedziami jedynie to przypieczętował. Dlatego też nie mam żadnych wątpliwości, że ostatnie deklaracje, które oczywiście pan minister ogłosił nie tylko na Twitterze, ale z którymi poleciał również do wszystkich mediów, są jedynie kolejnym zagraniem pod publiczkę.

Sikorskiego skrytykowali koledzy z ław rządowych, choćby minister Jarosław Gowin.

- No więc właśnie. Pokazuje to, że nie tylko ja jestem sceptyczny wobec tego pana i wobec jego składanych przed kamerami deklaracji. Pan Sikorski, jako dyplomata, powinien przecież wiedzieć, że takie załatwianie spraw nic nie daje. Najpierw przez ponad dwa i pół roku wraz z całym rządem ganił rodziny smoleńskie i polityków Prawa i Sprawiedliwości za wszelkie inicjatywy mające na celu wyjaśnienie tej niezrozumiałej katastrofy oraz wszelkie formy wpłynięcia na Rosję w celu zwrotu należących do Polski dowodów. Teraz zaś sam zaczyna rzekomo lobbować za zwróceniem nam tych dowodów, niby utożsamiając się z naszymi prośbami. Tutaj musi chodzić o coś więcej.

Szef MSZ twierdzi, że - cytuję - "jeśli jakaś sprawa jest niezałatwiona, to podnosi się ją na kolejne, coraz wyższe szczeble". I stąd jego prośba do szefowej dyplomacji UE Catherine Ashton.

- Po pierwsze, to do tej pory nie było oficjalnego stanowiska pani Ashton, że sprawa ta zostanie poruszona na najbliższym szczycie UE - Rosja. Sam Sikorski pytany przez polskich dziennikarzy powiedział przecież, że szefowa unijnej dyplomacji jedynie "przyjęła do wiadomości" jego prośbę. Kolejna sprawa - nawet jeśli problem zwrotu wraku Tu-154M już się pojawi podczas szczytu, to nie sądzę, że będzie w jego agendzie tematycznej. Jeśli zaś zostanie poruszony pod koniec debaty, gdzieś na jej marginesie - jako wątek dodatkowy, to od razu też pokaże to Rosji, jaki dla Unii Europejskiej jest rzeczywisty status tej sprawy...

Sądzi Pan, że Ashton usłyszałaby to samo, co do tej pory Rzeczpospolita?

- Dokładnie. Rosja nie może odpowiedzieć UE inaczej niż Polsce. A skoro podczas zeszłotygodniowego spotkania ze swoim rosyjskim odpowiednikiem Siergiejem Ławrowem Sikorski usłyszał po raz kolejny tę samą formułkę, czyli że "wrak musi zostać w Rosji do zakończenia śledztwa", to identyczną odpowiedź usłyszy także pani Ashton.

Wracając zaś do poprzedniego pytania i wątku o wynoszeniu niezałatwionej sprawy na coraz wyższe szczeble - gdyby panu Sikorskiemu rzeczywiście na tym zależało, to zwróciłby się do wyższych, ważniejszych instytucji, które mogą faktycznie mieć jakikolwiek wpływ na postawę Rosji. Taką zaś, w mojej ocenie, nie jest Unia Europejska. Przynajmniej nie w sytuacji, gdy sprawa katastrofy smoleńskiej i sprawa wraku są jedynie wątkami pobocznymi. Co innego, gdyby temu zagadnieniu poświęcić choć część szczytu unijno-rosyjskiego. Tego typu zaś starania, które przedsięwziął pan Sikorski, mogły być podejmowane co najwyżej w pierwszych dniach po katastrofie. Teraz, gdy mijają już ponad 32 miesiące od tej tragedii, nie czas na zabawy w przeskakiwanie kolejnych drobnych szczebelków dyplomatycznych. Trzeba wreszcie zrobić zdecydowany krok.

Ma Pan na myśli NATO?

- Między innymi. Bez pomocy społeczności międzynarodowej, bez pomocy NATO i Stanów Zjednoczonych, nadal będziemy w tym samym punkcie.

Ale Waszyngton umył właśnie ręce w tej sprawie.

- To prawda, że Departament Stanu USA odciął się od tej sprawy. Ale zauważmy, że była to odpowiedź nie na oficjalny wniosek, ale na internetową petycję podpisaną przez ponad 30 tys. obywateli. Wierzę jednak, że gdyby podobną prośbę wysunęły oficjalne władze naszego kraju, podpierając się m.in. dotychczasowymi wynikami badań amerykańskich ekspertów, ta odpowiedź władz w Waszyngtonie musiałaby być już inna. Dlatego też przyłączam się do zamieszczonego na łamach "Naszego Dziennika" apelu pani Krystyny Kwiatkowskiej, żony generała Bronisława Kwiatkowskiego, do polskich władz o podjęcie rzeczywistych działań zmierzających do powołania międzynarodowej komisji ds. zbadania katastrofy smoleńskiej. Tylko w ten sposób jesteśmy w stanie ruszyć z tą sprawą do przodu. Jeśli połączymy się w tej inicjatywie - zarówno wszystkie rodziny smoleńskie, jak też obywatele i Polonia amerykańska - mamy szansę na postęp. Postawę ministra Sikorskiego odbieram jako próbę stworzenia jedynie wrażenia, że nasi politycy rządzący niby robią coś w sprawie smoleńskiej. To jest taki rzucony nam ochłap bez żadnego znaczenia, ale odpowiednio wykreowany przez media bardzo ładnie może się prezentować. I szef MSZ, zawodowy dyplomata, zdaje sobie z tego świetnie sprawę.

Dziękuję za rozmowę.

Marta Ziarnik