Kim Dzong Un testuje cierpliwość Zachodu
Wtorek, 16 maja 2017 (11:44)Z dr. hab. nauk wojskowych, profesorem Akademii Obrony Narodowej Romualdem Szeremietiewem, byłym wiceministrem i p.o. ministrem obrony narodowej, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Korea Płn., jak sama twierdzi, testuje głowicę zdolną przenieść duży ładunek nuklearny np. na terytorium Stanów Zjednoczonych. To jest tylko straszenie czy rzeczywiście coś jest na rzeczy?
– Ze strony Kim Dzong Una cały czas mamy groźby kierowane pod adresem państw zachodnich poparte póki co wystrzałami na wiwat. Z całą pewnością to, co do tej pory udało mu się osiągnąć, to zdenerwować wszystkich dookoła, w szczególności zaś Koreę Południową. Tylko czy o zdenerwowanie tu tylko chodzi czy może o coś więcej, a zatem po co to robi? Chcąc odpowiedzieć na tak postawione pytanie i racjonalnie zdefiniować te działania, mamy kłopot. Najprostszą odpowiedzią, jaka się sama narzuca, jest opanowanie Korei Południowej. Z historii pamiętamy, że w Azji jako wynik wojny między komunistami a światem zachodnim były dwa takie przypadki państw podzielonych na dwa bloki: Wietnam i Korea. Wietnam pozostał komunistyczny, ale Korea komunistyczna nie jest. Zatem należałoby się zastanowić, czy właśnie takiego celu do osiągnięcia nie postawił sobie Kim Dzong Un.
Jak widać, pytań jest więcej niż odpowiedzi?
– Dokładnie.
Kim Dzong Un straszy Koreę Południową, ostrzega też Stany Zjednoczone, ale także niepokoi Rosję.
– Stany Zjednoczone są także na celowniku Kim Dzong Una, wobec tego zastanawiające jest, czy i jak zareaguje prezydent Donald Trump. Obecny amerykański prezydent, kiedy objął swój urząd, w związku z pierwszymi próbami rakiet balistycznych dokonanymi przez reżim Kim Dzong Una, najpierw postanowił zerwać z dotychczasową polityką i nie wykluczał nawet użycia siły wobec Korei Północnej w celu poskromienia tych dyktatorskich zapędów. Jednak ostatnio złagodził swoje stanowisko. Natomiast północnokoreański dyktator specjalnie się nie przestraszył ostrzeżeniami prezydenta Trumpa i dalej realizuje próby z rakietami balistycznymi. Wobec tego należy się zastanowić, jak długo wobec tych zaczepek wytrzyma prezydent Trump, a jeśli już, to jakie środki zdecyduje się przedsięwziąć.
Prezydent Korei Południowej Mun Dze In po objęciu władzy opowiedział się nie tylko za naciskami, ale także za dialogiem z Pjongjangiem. Chęć spotkania z Kim Dzong Unem wyraził też prezydent Trump. Taki dialog jest realny i czy w ogóle ma sens?
– To jest sytuacja bardzo skomplikowana, z którą przywódcy państw demokratycznych zawsze mają duży kłopot, a mianowicie jak zareagować wobec państwa, które notorycznie gwałci rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ i za nic ma międzynarodowe traktaty czy protesty państw, chociażby takich jak Japonia, której premier Shinzo Abe po sobotniej próbie wyraził stanowczy protest, artykułując bardzo wyraźnie, że stanowiła ona pogwałcenie wspomnianej rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Tyle tylko że Kim Dzong Un nic sobie z tego nie robi. Co w tej sytuacji zrobić…? To jest prawdziwy dylemat, z którym dziś mierzy się cywilizowany świat. Biorąc pod uwagę liczne prowokacje reżimu Kim Dzong Una, aż się prosi o ostrą reakcję, nawet militarną. Tak czy inaczej Donald Trump ma kłopot, bo z jednej strony musi pokazać, że jest zdecydowanym przywódcą największego mocarstwa na świecie i nie będzie rzucał słów na wiatr, ale z drugiej strony ma dylemat, jak zareagować: czy uderzyć na cele militarne w Korei Północnej…?
A może winę za rozpasanie reżimu Kim Dzong Una ponosi poprzednia administracja amerykańska i prezydent Barack Obama, który pozwolił Korei Północnej na testowanie cierpliwości Zachodu?
– To jest zawsze problem w relacjach między światem demokratycznym a światem zarządzanym przez dyktatorów. Ci drudzy nie pytają o zdanie, tylko realizują swoje plany. Natomiast przewódca demokratycznego państwa swoje ruchy konsultuje, uzgadnia, nierzadko też podaje do wiadomości opinii publicznej, która nie jest zachwycona prowadzeniem jakiejkolwiek wojny. Istnieje zatem wiele elementów, które powstrzymują przywódcę demokratycznego państwa przed tego typu ostrzejszymi, militarnymi działaniami. Dyktatorzy na tym oczywiście wygrywają, a najlepszym przykładem jest prezydent Putin, który – choć może w nieco innym wymiarze, ale w podobny sposób – działa bezkarnie, śmiejąc się w twarz całemu blokowi zachodniemu. To pokazuje, że demokracja w konfrontacji z dyktaturą, także tą północnokoreańską, zawsze będzie spóźniona, a to tylko rozzuchwala takiego czy innego dyktatora, co w końcu może się skończyć katastrofą.
Czy fakt, że pocisk wystrzelony przez Pjongjang spadł do Morza Japońskiego bliżej Rosji niż Korei Południowej i Japonii, może spowodować zaniepokojenie Putina i przyłączenie się Rosji do koalicji przeciw reżimowi Kim Dzong Una?
– Nie sądzę. W mojej ocenie, to, na czym zależy dziś Rosji, to, aby Stany Zjednoczone uwikłały się w poważniejszy konflikt, który zaabsorbuje zainteresowanie i środki militarne, którymi dysponuje Waszyngton. Dzięki temu Rosja mogłaby zyskać swobodę działania na innych frontach, np. na Ukrainie czy w Europie. Uwikłanie się Waszyngtonu w jakikolwiek konflikt w Azji będzie – w mojej ocenie – wykorzystany przez Moskwę. I o to toczy się ta gra, kto kogo przechytrzy.
W historii bywało już, że dyktatorzy upadali nie na skutek działań innych państw, ale byli obalani przez własny naród. Co może zrobić, i czy w ogóle coś może zrobić, społeczeństwo Korei Północnej, żeby się pozbyć tyrana?
– Według mnie, nie ma na to szans. Korea Północna to państwo, gdzie panuje system totalitarny, i to w najbardziej skrajnej postaci. Zbudowano struktury, gdzie wszystko jest pod kontrolą, gdzie kontroluje się wszystko i wszystkich. Mamy tam do czynienia ze społeczeństwem zmilitaryzowanym. I ta struktura mogłaby się załamać, gdyby doszło do poważnego, zdecydowanego uderzenia militarnego z zewnątrz. I wtedy okazałoby się, że ten dyktator Kim Dzong Un jest bezsilny, co skończyłoby się dla niego i dla obowiązującego tam i siłą utrzymywanego systemu fatalnie. I dopiero wówczas byłby koniec reżimu, ale, jak wspomniałem, nie sądzę, żeby Stany Zjednoczone, bo tylko taki wariant wchodzi tu w grę, zdecydowały się na taki krok.
A czego można w tej kwestii oczekiwać od Chin…?
– Są oczywiście tacy, którzy uważają, że problemu reżimu Korei Północnej nie da się rozwiązać bez wsparcia i udziału Chin, ale, jak widać, Pekin zachowuje się w tej sprawie bardzo ostrożnie. Chińczycy, owszem, z uwagą się przyglądają tym wszystkim wydarzeniom, ale specjalnie się nie angażują.
Co powstrzymuje władze w Pekinie przed włączeniem się do gry?
– Chińskie władze zdają sobie sprawę, że uwikłanie się w konflikt nie służyłoby ich interesom. Pekin, jeśli chodzi o budowanie swojej pozycji w świecie, postawił raczej na kontakty gospodarcze, a nie w sferze militarnej, choć nie należy zapominać, że jest to ogromny kraj o wielkim potencjale militarnym. Państwo to cały czas rozwija swoją armię, ale nie robi tego tak jak Rosja, która, jak wiemy, używa swoich sił zbrojnych w polityce zagranicznej. Chiny używają innych argumentów ekonomicznych, gospodarczych i stawiają na rozwój technologii, produkcję i wymianę handlową. Nie trzeba daleko szukać, wystarczy tylko wspomnieć trwające tam właśnie Forum Pasa i Szlaku, gdzie 29 przywódców państw z całego świata debatuje przy okrągłym stole o tzw. Nowym Jedwabnym Szlaku, w który rząd chiński chce zainwestować ponad sto miliardów dolarów. To jest dowód na to, że Chiny chcą podążać inną drogą osiągania zysków niż militarna. W tej sytuacji zaangażowanie się Pekinu w konflikt, w dodatku z państwem nieobliczalnym, które posiada broń atomową – moim zdaniem – nie wchodzi w rachubę. Póki co jeśli chodzi o północnokoreański problem, trudno jest coś konkretnego przewidzieć, pozostaje więc na czekać na rozwój wydarzeń. Nie można też wykluczyć, że przypadek rozwiąże ten gordyjski węzeł i sytuacja się uporządkuje.