• Poniedziałek, 23 marca 2026

    imieniny: Pelagii, Feliksa, Oktawiana

Francja jest areną wielorakich kryzysów

Poniedziałek, 8 maja 2017 (21:29)

Z prof. Mieczysławem Rybą, kierownikiem Katedry Historii Systemów Politycznych XIX i XX wieku Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, członkiem Kapituły Orderu Odrodzenia Polski, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jednak Emmanuel Macron będzie nowym prezydentem Francji. Przewaga, jaką osiągnął, jest wprawdzie duża, ale z drugiej strony aż cztery miliony Francuzów oddało nieważne głosy. Czego to dowodzi?

– Jest kilka elementów, które składają się na taki efekt, czy też dowodzą tego samego faktu. Przede wszystkim tak duża liczba głosów nieważnych jest wyrazem braku aprobaty czy wręcz protestu przeciwko establishmentowi, tzn. de facto przeciwko kandydaturze Emmanuela Macrona, bo Marine Le Pen została tak obrzydzona elektoratowi, że wywołało to tego typu reakcję. Proszę jednak pamiętać, że Macrona postrzegamy jako pewien produkt polityczno-medialny wspomnianego establishmentu, został wykreowany jako swego rodzaju wentyl bezpieczeństwa wobec bankructwa i porażki François Hollande’a i w ogóle zużycia się elit nawet tych republikańsko-prawicowych, które mieściły się w perspektywie Unii Europejskiej i polityce migracyjnej odrzucanej przez Francuzów. Wobec powyższego wymyślono Macrona, który jako kandydat niezależny, bo niby niewywodzący się z establishmentu, ale realnie będący jego częścią składową, miał być alternatywą. I ten projekt się powiódł. Głosy oddane na Macrona po części nie były głosami zadowolonych wyborców, akceptujących pewien układ panujący we Francji, a zarazem układ, w którym Francja funkcjonuje, czyli Unię Europejską, tylko to poparcie było wyrazem pewnego protestu, który na razie wyraził się tylko 33,9-procentowym poparciem Marine Le Pen. Można zatem powiedzieć, że Macron wygrał, ale zasadniczo cały ten establishment otrzymał żółtą kartkę, jak nie czerwoną. 

Aż 10 proc. głosów Macron otrzymał od muzułmanów, których przywódcy religijni zachęcali do głosowania na tego kandydata. Gdyby nie głosy muzułmanów, to jego przewaga nad Marine Le Pen wcale nie byłaby aż tak duża…

– Dodajmy jeszcze do tego głosy oddane w pierwszej turze na Jean-Luc Mélenchon’a, a więc kandydata skrajnej lewicy, który również odrzucał UE, a w najlepszym układzie zakładał bardzo głęboką reformę Unii i sfery euro. To pokazuje, że mamy do czynienia z różnymi postawami radykalnie motywowanymi. Sytuacja jest taka, że społeczeństwo francuskie – jako takie – wyraża swoje niezadowolenie czy się radykalizuje. Podczas wyborów prezydenckich wyraziło się to w taki, a nie inny sposób, ale jak to się przełoży na wynik czerwcowych wyborów parlamentarnych, w tej chwili bardzo trudno powiedzieć. Tak czy inaczej jeśli się nic nie zmieni w polityce Francji, to za kilka lat możemy mieć do czynienia z o wiele bardziej rewolucyjną sytuacją, niż to ma miejsce obecnie.   

Tuż po wyborze prezydent elekt zapowiedział, że pierwszą wizytę zagraniczną po zaprzysiężeniu odbędzie do Niemiec. Czy w stwierdzeniu Marine Le Pen z ostatniej debaty telewizyjnej, że prezydentem Francji tak czy inaczej będzie kobieta, jest jednak coś na rzeczy?  

– Francja za prezydentury Emmanuela Macrona będzie się starała realizować dotychczasową politykę unijną – również w perspektywie ideologicznej, czyli multikulturalizmu, zmierzania do centralizacji instytucji unijnych. I w tym znaczeniu ten zabieg retoryczny, jakim się posłużyła Marine Le Pen, może się – już niedługo – okazać bardzo celny. Dlaczego…? W UE model strefy euro w ogromnej mierze został skrojony pod potrzeby i służy gospodarce niemieckiej, która rozwija się w najbardziej dynamiczny sposób, natomiast model ten nie służy gospodarce francuskiej. Gospodarka francuska już od wielu lat, jeśli chodzi o wzrost PKB, pozostaje na poziomie zbliżonym do „0”. Jednak to nie wszystko, bo do tego dochodzi stosunkowo wysokie bezrobocie, a ponadto jest to kraj, który się boryka z problemami społecznymi, jak chociażby zapisy biurokratyczne, które ciążą nad tą gospodarką, nie pozwalając jej rozwijać się na miarę oczekiwań Francuzów. Jeśli do tego wszystkiego dodamy politykę otwartych drzwi forsowaną przez kanclerz Angelę Merkel, która – owszem – dotknęła Niemcy, ale o wiele poważniej jest odczuwalna nad Sekwaną, to samo stwierdzenie, że Francja wpisuje się w kontekst polityki niemieckiej, co więcej traci na tym, to wówczas to stwierdzenie Marine Le Pen będzie się coraz mocniej przebijać do świadomości obywateli Republiki Francuskiej.   

Co w Pana ocenie będzie największym wyzwaniem prezydentury Emmanuela Macrona?

– Największym wyzwaniem będzie sytuacja wewnętrzna. Proszę pamiętać, że przez wszystkie minione lata tzw. polityki lewicowej czy multikulturalnej nie udało się zintegrować społeczeństwa francuskiego na kanwie różnych wyznań czy narodowości. I ta polityka poniosła klęskę. Świat islamski – jak wiemy – nie tylko się radykalizuje, co się objawia zamachami terrorystycznymi, ale również jest oporny na asymilację, stąd mamy do czynienia z separatyzmem w różnych dzielnicach miast itd. Próba przełamania tego niebezpiecznego trendu będzie niezwykle trudna, o ile w ogóle możliwa. Ponadto we Francji mamy do czynienia ze społeczeństwem o nachyleniu lewicowym – można powiedzieć – tradycyjnie rewolucyjnym i kryzys gospodarczy, który się pojawił, choć może to za duże słowo, ale jednak może sugerować rozwiązania zbliżone do Marksizmu czy Trockizmu tak jak to proponował Jean-Luc Mélenchon. Przebić tę niemoc i zlikwidować te opory i bariery będzie niezwykle trudno. Zwracam uwagę, że we Francji jest żywa potężna tradycja protestów, co w przypadku próby odciążenia biurokratycznego całego systemu może wywołać gigantyczną falę niezadowolenia. W tej sytuacji za kilka lat Macron może skończyć podobnie jak Hollande.              

A zatem Francja przeżywa kryzys tożsamościowy?

– Francja jest areną wielorakich kryzysów. Oczywiście jest to kryzys kulturowo-cywilizacyjny, kryzys gospodarczy i państwowy zarazem. We Francji wciąż żywe są sięgające wstecz tradycje imperialne, Francuzi przyzwyczaili się również do roli głównego rozgrywającego w Europie, natomiast siła, a co za tym idzie pozycja tego państwa w porównaniu np. z Niemcami jest coraz mniejsza, co przekłada się także na mniejsze możliwości. Francja jest doskonałym przykładem czy ilustracją tego, co obecnie przeżywa cała UE. Wydaje się też, że z tego kryzysu wielorako uwarunkowanego współczesne elity, cały ten establishment nie znajdują drogi wyjścia. Owszem elity znajdują tylko metodę, żeby się utrzymać przy władzy, ale to na dłuższą metę nie wystarczy. Trzeba byłoby wyjść z kryzysu.       

Skuteczne rządy prezydenta to także polityczne zaplecze w parlamencie, którego Macron nie ma. Czy już nie jako kandydat, ale prezydent Francji będzie on w stanie powtórzyć wynik z niedzieli w czerwcowych wyborach parlamentarnych?

– We Francji są tacy, którzy wierzą, że to się uda, że tak się stanie i będzie kolejny sukces w wyborach do Zgromadzenia Narodowego. Proszę jednak pamiętać, że za Macronem stoi ruch polityczny En Marche! – zupełnie nowe ugrupowanie praktycznie bez treści. Ponadto pamiętajmy, jaki był rozkład głosów podczas pierwszej tury wyborów. Szczególnie wynik Mélenchon’a – a więc skrajnej lewicy jest szokująco wysoki. Oczywiście ordynacja wyborcza we Francji promuje większe ugrupowania, a więc różnie się może zdarzyć, ale równie dobrze wynik tej czerwcowej rozgrywki może być na tyle niekorzystny, że prezydent Macron może być zablokowany w jakichkolwiek projektach reform.

Co wybór Macrona oznacza, jeśli chodzi o relacje polsko-francuskie?

– Macron, atakując Polskę i Węgry, wpisał się w pewną radykalną retorykę, która się pojawiła na gruncie francuskim, kiedy Francuzi czują się coraz bardziej zagrożeni przez radykalny islam. I Macron jako przedstawiciel establishmentu i bankster, w gruncie rzeczy jako też przedstawiciel lewicy, nie mógł sobie pozwolić ze względu na polityczną poprawność, również z uwagi na to, że multikulturalizm jest głównym hasłem tego establishmentu, nie mógł sobie pozwolić na jakiekolwiek słowa agresji wobec muzułmanów, więc zastąpił to atakiem na kraje, które wygodnie było mu zaatakować, a więc Polskę i Węgry. Tym bardziej,że w Europie jest na to przyzwolenie. Macron uderzył w pewną retorykę obowiązującą w UE, znalazł sobie kozła ofiarnego, podobnie jak to czyni wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans, który uczynił sobie z Polski chłopca do bicia. Problem jest w tym, że dla przeciętnego Francuza Polska nie jest żadnym zagrożeniem i Polacy zamieszkujący nad Sekwaną również. Stąd dzisiaj to granie na emocjach w jakiś tam sposób jeszcze zafunkcjonowało, ale za chwilę może w ogóle nie działać. Natomiast nowy prezydent Francji będzie z pewnością próbował się jakoś wpisać w plany unijne, a zarazem sam może się stać ich wyrazicielem, czego dowodem mogłoby być nałożenie sankcji na Polskę.

Polska uwiera Macronowi?           

– Nie można tego wykluczyć. I tu wymieniłbym dwa powody: po pierwsze polska gospodarka się rozwija i staje się coraz bardziej konkurencyjna na rynku europejskim. Tymczasem nie taki był plan wprowadzenia Polski do UE – żeby nasza gospodarka skutecznie konkurowała z innymi państwami, ale żeby była łatwą przestrzenią do penetracji ekonomicznej. A po drugie cała ta elita – lewicowa międzynarodówka socjalistyczna. realizując plan rewolucji kulturalnej wyrażającej się genderyzmem czy multikulturalizmem. absolutnie odrzuca kontrrewolucję konserwatywną wszędzie, gdziekolwiek by się ona nie pojawiła. Jeśli w Polsce, to źle, a jak na Węgrzech, to też niedobrze. Żeby łatwo zyskać poparcie do zwalczania niewygodnych dla siebie nurtów, sprowadzają Polskę czy Węgry do Putina i tym samym będą chcieli to zmienić, próbując wywrócić rząd w Polsce i zmarginalizować nasze państwo na arenie międzynarodowej.

Unijni decydenci dzisiaj świętują, ale po pierwszej turze wyborów we Francji chyba nie było im do śmiechu…?

– Elity europejskie mają świadomość, że otrzymali żółtą kartkę. Emmanuel Macron – jak wspomniałem wcześniej – to wentyl bezpieczeństwa w sytuacji skrajnego kryzysu, który mógł doprowadzić do ich definitywnego upadku. To, że jeszcze raz się udało, nie oznacza, że można będzie jeszcze raz tym samym zadziałać. Napięcie, znudzenie elitami jest wciąż duże, a zagrożenia nie maleją. Weźmy chociażby terroryzm, który wciąż spędza sen z powiek mieszkańcom zachodniej Europy. Owszem dzisiaj się udało, ale można to spuentować mniej więcej tak: zrobiliśmy czy zmieniliśmy dużo po to, żeby było tak samo, ale jutro radykalne zachowania wyborców czy w ogóle społeczeństwa francuskiego i innych państw, widząc, że nic się nie zmieniło, mogą powiedzieć stop! Szampan, owszem, smakuje, ale czy jest co świętować, tego nie byłbym taki pewien. Problemy pozostają wciąż nierozwiązane.

Marine Le Pen wcale nie czuje się przegrana…

– Wynik, jaki w tym starciu osiągnęła Marine Le Pen, co jest też poparciem dla skrajnie prawicowego Frontu Narodowego, który reprezentuje – podwajając liczbę zwolenników w porównaniu do czasu, kiedy tą formacją kierował i startował w wyborach prezydenckich jej ojciec – jest dużym osiągnięciem. I jeśli ktoś, choć raz na nią zagłosował nawet w drugiej turze, to oznacza, że została przełamana pewna bariera. Dziś oddanie głosu na Marine Le Pen nie jest już wstydem, jak próbowano to wmawiać Francuzom. Wielu ludzi uznało, że można i warto. Le Pen jest na fali wznoszącej, ale na tej fali wznoszącej już za kilka tygodni w wyborach parlamentarnych może być także skrajna lewica. W efekcie możemy mieć do czynienia ze starciem tych wszystkich formacji, a stary układ drugi raz może już nie zapanować nad tą sytuacją. Stary układ, i to nie tylko we Francji, trzęsie się w posadach.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki