• Środa, 18 marca 2026

    imieniny: Cyryla, Edwarda, Narcyza

Łosoś na koszt karpia

Wtorek, 25 kwietnia 2017 (21:45)

Ze Zbigniewem Szczepańskim, ichtiologiem, prezesem Towarzystwa Promocji Rybactwa i Produktów Rybnych „Pan Karp”, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Dziś w Warszawie przed Ministerstwem Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej odbył się kolejny protest hodowców karpi. Co zmusza hodowców do wychodzenia na ulice?

– Postawa ministra Marka Gróbarczyka. W lutym tego roku szef resortu Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej podpisał rozporządzenie, w którym określa sposób korzystania z funduszy unijnych przez hodowców karpi w ramach, nazwijmy to, dwóch szuflad finansowych. Jedna szuflada to inwestycje, czyli korzystanie z pieniędzy inwestycyjnych. Natomiast druga szuflada to podtrzymanie tradycyjnej, ekstensywnej i ekologicznej hodowli karpi z całym bagażem przyrodniczym i koniecznością utrzymania tego inwentarza oraz wykonywanie całego pakietu zobowiązań. Minister Gróbarczyk w tym samym czasie, kiedy podpisał to rozporządzenie, obwieścił, że chce te środki, całe 92 miliony euro unijnego wsparcia dla hodowców karpi, przeznaczyć na ochronę Bałtyku i wsparcie rybołówstwa bałtyckiego.

Hodowcy karpii próbowali rozmawiać z przedstawicielami resortu? Z jakim skutkiem?

– Resort przedstawia to w sposób dość pokrętny. To znaczy, dla nas jest niezrozumiałe, że program rekompensat wodno-środowiskowych, które były i wciąż są niezbędnym elementem pokrycia części kosztów utrzymania wodnej przyrody, został zatwierdzony zarówno przez środowisko rybackie, które uczestniczyło w konsultacjach, przez władze RP i przez Brukselę. Obecny rząd kieruje Polską już półtora roku i po roku działania, kiedy rybacy śródlądowi byli w tym czasie przygotowywani – nawet na szkoleniach do absorbcji i wykorzystania tych środków unijnych – dowiadują się, że tych rekompensat wodno-środowiskowych nie będzie, bo w całości zostaną zabrane i przesunięte do tzw. innego priorytetu. Chodzi o realokację środków finansowych z poddziałania „Akwakultura świadcząca usługi środowiskowe” do Priorytetu 2 PO „Rybactwo i Morze” na lata 2014-2020. W momencie, kiedy rybacy śródlądowi i hodowcy, oburzeni, zaczęli pytać i protestować, wówczas minister Gróbarczyk zaprosił wszystkich na spotkanie najpierw 8 marca tego roku, ale kiedy pojawili się w umówionym terminie, ministra nie było. Kiedy przyjechali 19 kwietnia na kolejne zaproszenie, sytuacja się powtórzyła. Jedyny raz, kiedy udało się z ministrem porozmawiać, to była konferencja w pod koniec marca w Ożarowie.

Co z tych rozmów wynika?

– Tylko tyle, że mamy się zastanowić, ile ze wspomnianych już 92 milionów euro unijnego wsparcia dla hodowców karpi jesteśmy w stanie oddać. Zdaniem MGMiŻS, bardziej potrzebujący są rybacy morscy. Chodzi o bardzo złą sytuację dorsza bałtyckiego, a co za tym idzie, niezbędne jest wsparcie rybołówstwa morskiego.

Po tym dzisiejszym proteście można wnioskować, że hodowcy karpi nie kwapią się do ustępstw…

– Jesteśmy solidarni z rybakami i dla nas nie ma znaczenia, czy ktoś pływa i łowi ryby w wodzie słonej czy w wodzie słodkiej. Natomiast stawianie nas pod ścianą i domaganie się oddania pieniędzy, które były nam przyznane, jest absurdalne i nie do przyjęcia.

Jakie mogą być konsekwencje odebrania hodowcom karpi unijnych dotacji?

– Cześć hodowców, którzy poczynili pewne inwestycje, np. hydrotechniczne dotyczące przebudowy kanałów, a więc utrzymania na należytym poziomie infrastruktury stawowej, już potrzebuje tych pieniędzy. Gospodarstwa rybackie liczyły na te środki, które – przypomnę – zostały zapisane w rozporządzeniu MGMiŻS z dnia 28 lutego 2017 roku i należały się wszystkim hodowcom, którzy złożyli odpowiednie dokumenty.

Czy brak tych rekompensat oznacza straty tylko dla hodowców?

– Brak tych pieniędzy to straty dla przyrody i całego środowiska naturalnego, ale również dla poszczególnych regionów Polski. Na przykład woj. podkarpackie straci 30 milionów złotych. Warto pamiętać, że rybacy, hodowcy ryb, którzy otrzymują tego typu rekompensaty, ich nie przejadają, ale przeznaczają te środki na różnego rodzaju inwestycje.

Rybacy śródlądowi skierowali dzisiaj petycję do premier Beaty Szydło, o co apelujecie?

– Premier Beaty Szydło dzisiaj nie było, stąd petycja została przyjęta przez biuro podawcze Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Przedstawiliśmy, jaki jest sens naszego protestu, czym są te rekompensaty, czemu służą, przedstawiliśmy też porządek prawny zawarty w rozporządzeniu MGMiŻS z 28 lutego 2017 r., o którym już wspomniałem, że określa sposób wydatkowania tych pieniędzy. Zaapelowaliśmy też do premier Szydło, aby w trosce o przyszłość polskiej akwakultury i środowiska naturalnego pomogła polskim rybakom i spowodowała możliwie jak najszybsze i w pełnym zakresie wdrożenie przez właściwe ministerstwo tego rozporządzenia w życie.

Jest szansa na porozumienie?

– Jeśli MGMiŻS będzie szukało rozwiązania problemu poprzez zabieranie pieniędzy rybakom śródlądowym, to ciężko będzie znaleźć nić porozumienia.

Czy w tej sytuacji jest realne zagrożenie, że na Wigilię Bożego Narodzenia na naszych stołach zabraknie polskiego karpia?

– Może nie w tym roku, bo to się nie stanie z dnia na dzień, ale jest to pewien proces. Ale już w przyszłym roku część powierzchni produkcyjnej – mam tu na myśli stawy hodowlane – zostanie zlikwidowana. Nie będzie się bowiem opłacało hodować zresztą nie tylko karpi, ale też innych ryb słodkowodnych. Importerzy z całą pewnością zareagują, bo ktoś będzie musiał wyjść naprzeciw zapotrzebowaniu polskiego rynku, które – jeśli chodzi o karpie – wynosi ok. 20 tysięcy ton rocznie. Krok po kroku okaże się, że z 90 proc. polskiego karpia na rynku zostanie połowa, a za jakiś czas może nawet jedna trzecia. Możemy się doczekać czasów, kiedy Polska, która dziś jest liderem w produkcji karpia w Unii Europejskiej, będzie importerem tych smacznych i zdrowych ryb.

Żeby się nie okazało, że będzie tak, jak to jakiś czas temu przedświąteczne reklamy mówiły o „tradycyjnym wigilijnym łososiu”…  

– Podnosiliśmy dzisiaj w naszych hasłach, że rybacy morscy narzekają na to, że jest kłopot z dorszem, który jest chudy, „anemiczny”, że nie rośnie itd... Ale problem polega na tym, że jego naturalny pokarm, czyli szproty, są wyławiane na paszę dla łososi. Masowych połowów w tym celu dokonują przede wszystkim duńskie kutry. Dania jest bowiem potentatem w produkcji pasz dla ryb. Parafrazując znane polskie przysłowie, można zatem powiedzieć, że „łosoś zawinił, a karpia chcą powiesić”. Efekt jest taki, że próbując wesprzeć dorsza i rybołówstwo morskie, MGMiŻS sięga do kieszeni hodowców karpi, którzy z tym problemem nic wspólnego nie mają, nie mieli i mieć nigdy nie będą.          

Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki