• Środa, 11 marca 2026

    imieniny: Konstantego, Ludosława

Polska Ameryka w tajdze

Piątek, 14 grudnia 2012 (02:12)

Wierszyna - wieś prawie 100 km od Irkucka to ewenement na skalę światową. Ponad wiek przetrwała tu żywa polska społeczność zachowująca język, wiarę i tradycje. Spacerując pomiędzy zagrodami, ma się wrażenie, że to zwykła polska wieś gdzieś na Podbeskidziu.

 

Kilkadziesiąt rodzin przyjechało tu w 1910 r. z okolic Sosnowca. Zachęciły je obietnice urzędników rosyjskich realizujących reformy premiera Stołypina, mające ożywić gospodarczo imperium rosyjskie. Do Guberni Irkuckiej zdecydowało się przenieść 60 rodzin, w kolejnych dwóch latach ich śladami podążyło jeszcze kilka.

Car kusił bogactwami Syberii, wielkimi możliwościami, przestrzenią i wolnością. O ubóstwie i zacofaniu całego otoczenia nie było mowy. Nie do końca zdawano też sobie sprawę z surowości klimatu. Można powiedzieć, że kolonizacja Syberii przyniosła sukces.

Polska społeczność rozrosła się, nie zubożała. Ziemia, mimo mrozów, jest tu wyjątkowo urodzajna. W czasach, gdy emigrowano przede wszystkim do Ameryki, ich los rzucił w drugą stronę. - To była ich Ameryka. Tak mówili - wspominają starsi mieszkańcy polskiej Wierszyny. Być może niektórzy Polacy planowali przyjazd na jakiś czas, chcieli się tylko dorobić i wrócić. Opinie ich potomków są podzielone. Nawet jeśli tak było, to rewolucja bolszewicka pokrzyżowała te plany.

Jechali trzy tygodnie z całym dorobkiem, w tym z maszynami rolniczymi. Władze chciały najpierw rozproszyć Polaków po całym regionie, ale nie zgodzili się. Zaproponowano trzy lokalizacje. Jedna była blisko Irkucka, inna na terenie równinnym. Wybrali trzecią. Odległą wieś wśród wzgórz. Tak jest do dzisiaj. Do Wierszyny dochodzi droga gruntowa, i to tylko z jednej strony. Gdy spadnie deszcz, jest praktycznie odcięta od świata.

Wierszyna to spora wieś łącząca się z przysiółkami Naszata i Honzoj, leży w dolinie Idy. Mieszkańcy mówią, że to jeszcze nie tajga, bo w lesie prowadzi się gospodarkę drzewną. Ale tak czy inaczej za Wierszyną są już tylko drzewa, a w nich wilki, podobno też niedźwiedzie, choć nikt ich nie widział.

Ludzie chwalą sobie spokojne życie na Syberii. Najbardziej zdaje się dokuczać zimno. Zimą jest średnio -30 st. C, bywa i -50. Miejscowi Polacy zapewniają, że można się do takich warunków przyzwyczaić. Jako dowód podają fakt, że nikt z przesiedleńców na początku XX wieku nie umarł z powodu zimna, a kilku mężczyzn zachorowało i zmarło na choroby związane z pracą w kopalniach przed wyjazdem na Syberię.

Domy, zagrody, obejścia wyglądają zupełnie inaczej niż w sąsiednich wioskach rosyjskich i buriackich. Jest porządek, wszystko wyraźnie bardziej zadbane, czyste. Mieszkają tu od stu lat prawie tylko Polacy. Koloniści pobierali się między sobą albo kobiety z Wierszyny wychodziły za Polaków już osiadłych - zesłańców i ich potomków. Teraz jest tu 160 domów, łącznie około 600 mieszkańców. Charakteru miejscowości nie zmienia kilka gospodarstw rosyjskich i jedno buriackie. Pracują głównie na roli, a także przy wyrębie drewna czy w tartaku. - Tu wszyscy są dużą rodziną - mówi Galina Janaszek, przewodnicząca Domu Polskiego.

Śmierć kułakom

Wschodnia Syberia leży daleko od Moskwy i Petersburga. Dlatego nowe porządki po 1917 r. przychodziły powoli. Stanisława Janaszek, jedna z najstarszych mieszkanek wsi, zna z relacji starszych od siebie historię przymusowej kolektywizacji. Był rok 1930. Utworzono kołchoz, a zamożniejszych chłopów pozbawiono majątków, jako kułaków. Niektórzy przesiedzieli po kilka lat w więzieniu właśnie za kułactwo. Kilka lat później przyszły nowe represje.

- W 1937 r. wyznaczono z Wierszyny 30 osób do zabrania. Była od początku lista, ale zabierali nie od razu, ale po kilku. Wszystkich aresztowano i niedługo zostali rozstrzelani jako wrogowie ludu - mówi pani Stanisława.

Wtedy też zakazano na ponad 20 lat wszelkich kontaktów z Polską. Nie było mowy ani o odwiedzinach, ani nawet o korespondencji.

Dramat przeżyli gospodarze, którzy zostali "rozkułaczeni", nawet odsiedzieli już wyroki więzienia.

- Myśleli, że teraz już ich zostawią, skoro odsiedzieli swoje - wspomina pani Janaszek. Ma na uwadze także swoją krewną, Marię Janaszek. Po śmierci męża sama wychowywała siedmioro dzieci. Kobieta była zawsze bardzo gospodarna, prowadziła gospodarstwo, wybudowała dom. W 1932 r. poszła do więzienia za "kułactwo". W 1937 r. wykonano na niej wyrok śmierci.

Limit kur

Aż takie represje już się nie powtórzyły, ale sytuacja ekonomiczna pogarszała się w ciągu lat 40. i 50. Na dodatek władza tłumiła wszelką przedsiębiorczość, inicjatywę. Rodziny próbowały jakoś gospodarować niezależnie, żeby przeżyć. Za czasów Chruszczowa wyznaczono limit świń, krów, kur, jaki można było posiadać.

- Jak wychodziłam za mąż, mama dała krowę i poduszkę. To wszystko. Ale już z mężem mieliśmy dwie. Jedną zabrali do kołchozu - opowiada pani Franciszka.

Po upadku ZSRS ziemię oddano, chociaż nie obyło się bez perturbacji. Były dyrektor kołchozu o mało nie oszukał chłopów i nie przejął całego majątku. Ostatecznie Polacy wygrali, każdy swoje siedem hektarów przed sądem. Teraz część mieszkańców gospodaruje na własnym, inni dzierżawią ziemię dużemu miejscowemu przedsiębiorcy rolnemu, jednocześnie u niego pracując.

Niestety, nie zawsze uczciwie się z nimi rozlicza. W Wierszynie można jeszcze dorobić pracą w lesie. Nie są to świetlane perspektywy, ale w porównaniu z czasami sowieckimi nie jest wcale źle.

Odrodziło się też życie duchowe, chociaż o. Karol Lipiński, oblat Maryi Niepokalanej i proboszcz miejscowej parafii, narzeka, że przez 60 lat ludzie nieco odzwyczaili się od chodzenia do kościoła. Rzeczywiście ostatni ksiądz był w Wierszynie w 1929 r., potem jeszcze przez rok jeżdżono do Irkucka, a po roku i tam nie było już katolickiego kapłana. Życie religijne naturalnie osłabło, chociaż wciąż chrzczono dzieci, jak mówiono, "z wody".

W nowych czasach jako pierwszy w drewnianym kościółku zamienionym na klub kołchoźnika odprawił Mszę św. w lipcu 1990 roku ks. Tadeusz Pikus, obecny biskup pomocniczy w Warszawie. Dwa lata później przywrócono parafię. Księża zmieniali się bardzo często i żaden nie pozostał dłużej niż trzy miesiące. Z wyjątkiem obecnego duszpasterza.

Ojciec Lipiński, chociaż należy do zakonu misyjnego, przez całe życie kapłańskie posługiwał w Polsce, zawsze w dużych klasztorach oblackich, jak na Świętym Krzyżu i w Kodniu. Do Rosji trafił w wieku ponad 70 lat, zupełnie przypadkowo. Przyjął propozycję biskupa z Irkucka niemal bez zastanowienia.

- Najtrudniejsza jest samotność. Z powodu odległości nie mogę nawet pomóc innym księżom w ich obowiązkach. To jest specyfika duszpasterstwa na Syberii - tłumaczy.

Ojciec Karol jest człowiekiem nieszablonowym. W wolnym czasie odbywa długie wycieczki rowerowe, ostatnio po Ziemi Świętej. To urodzony optymista, zawsze pełen energii, niesłychanie otwarty i pogodny.

Wierszyna jest sławna, przyjeżdżają wycieczki turystów z Polski. Wioski nie omijają politycy. Był tu już kiedyś premier i marszałek Senatu. Ale ludzie zostają ze swoimi problemami. Największy to brak we wsi bieżącej wody i kanalizacji. To minimum, którego brak powoduje, że młodzi ludzie myślą coraz częściej o wyjeździe.

Kiedyś za pracą jechano do Irkucka. Teraz migrację do miast powstrzymuje brak mieszkania. Ale otworzyła się nowa perspektywa: wyjazd do Polski. Prawie wszyscy w Wierszynie mają Karty Polaka.

- Z tych, którzy zaczęli studia w Polsce, wróciła tylko jedna osoba - mówi przewodnicząca Domu Polskiego. Chodzi o panią Ludmiłę Wiżentas. Teraz uczy języka polskiego w szkole.

Naprawdę żal stąd odjeżdżać. Może jednak wart był swojej ceny ten eksperyment sprzed wieku? Choćby po to, żeby dać dowód i przykład, ile może sprawić silna wola, moc ducha, polskość w najlepszym wydaniu.

Piotr Falkowski Wierszyna