• Sobota, 11 kwietnia 2026

    imieniny: Filipa, Leona

Rycerz prawdy

Piątek, 14 grudnia 2012 (02:05)

W ostatnim czasie, jeśli chciałam o coś zapytać ks. prof. Jerzego Bajdę, wystarczyło wysłać e-maila na dowcipny i poetycki adres "anegdota...". Żadnego listu nie zignorował, chociaż był już chory. Jeśli coś obiecał, dotrzymywał słowa. Zawsze tak było, odkąd Go poznałam, to jest 33 lata temu. Jeśli obiecał modlitwę, to nawet Jego odejście do Pana, do - dla nas niewyobrażalnie pięknego - Nieba, nie spowoduje, jestem tego pewna, zapomnienia o przyjaciołach, którzy jeszcze wędrują po ziemi.

Pisząc te słowa, widzę Jego uśmiechniętą, dobrą, pogodną twarz. Tak zawsze patrzył na innych - z wielką wyrozumiałością i życzliwością. Jego spojrzenie na miesiąc przed śmiercią, choć bardzo cierpiał, też było pogodne. Uczył nas, studentów, potem przyjaciół, przede wszystkim swoją postawą.

Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek powiedział coś złego o drugim człowieku, chociaż kiedy zagrożona była prawda, kiedy trzeba było odważnie zająć stanowisko po stronie dobra, był prawdziwym rycerzem. Człowiek o łagodnym i mężnym sercu. Jako studenci, po liceach, w których wpajano nam zakłamaną historię, nieprzygotowani do myślenia filozoficznego i teologicznego, słuchaliśmy ze zdumieniem Jego wykładów - prawdziwych arcydzieł myśli i słowa, początkowo niewiele z nich rozumiejąc. Rzucał nas na głęboką wodę. Wiele potem trzeba było rozmów, wędrówek górskimi szlakami, żeby zrozumieć to, o czym mówił, i próbować żyć według tych wskazań w swoich rodzinach.

Tak naprawdę głosił nam Ewangelię życia. Pokazywał też, jak ewangelizować. Jeździliśmy na obozy naukowe, by przemyśleć ważne tematy, a potem mówić o tym młodzieży. Dotarliśmy do grup oazowych, gdzie mieliśmy pierwsze doświadczenie głoszenia Ewangelii rodziny. Mówiliśmy o czystości jako cnocie niezbędnej, by budować miłość. Mówiliśmy też o złu antykoncepcji, aborcji.

W tym czasie dużo było modlitwy i codzienne Msze Święte odprawiane często w niezwykłej scenerii - w przepięknych górskich zakątkach, gdzie przyroda stanowiła oprawę Liturgii. W ten sposób kształtowały się też nasze postawy, zyskiwały głęboki fundament, dzięki czemu kłamstwa, których w naszym społeczeństwie nie szczędzono młodzieży, nie odwiodły nas od budowania w życiu małżeńskim prawdziwej, czystej i wiernej miłości.

Świętej pamięci ks. Jerzy Bajda chciał, byśmy szerzej patrzyli na rzeczywistość. Dzięki Niemu na wiele lat przed zatwierdzeniem Święta Miłosierdzia Bożego i wyniesieniem na ołtarze s. Faustyny Kowalskiej poznałam "Dzienniczek" i krakowskie Łagiewniki.

Subtelny umysł i gorące serce Księdza Profesora w pełni doceniło przesłanie prostej Siostry. Dużo później dowiedziałam się, że wraz z ks. kard. Karolem Wojtyłą brał udział w opracowaniu "Memoriału krakowskiego" wysłanego Papieżowi Pawłowi VI jako merytoryczne wsparcie przed wydaniem encykliki "Humanae vitae".

Zanim można było czytać teksty rozważań ze środowych katechez Jana Pawła II "Mężczyzną i niewiastą stworzył ich", ks. Jerzy Bajda prowadził niezwykle głębokie wykłady o powołaniu do małżeństwa i rodziny. Pokazywał nam perspektywę świętości, której się pragnie i która jest osiągalna. Był to zarazem Profesor, który przy napotkanej w lesie kapliczce Maryi zostawiał bukiet polnych kwiatów. Kapłan oddany Jej bez reszty. Dopiero niedawno dowiedziałam się, że jako dziecko został poświęcony Matce Jezusa przez swoją mamę. Jego wiara była ufną wiarą dziecka, w myśl słów Pana Jezusa: "Jeśli nie staniecie się jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa niebieskiego".

Pamiętam, jak kiedyś na uczelni była bardzo nieprzyjemna sytuacja. Ksiądz Jerzy, opowiadając o niej, powiedział: "Zastanowiłem się, czy się nie zdenerwować...". To był jedyny człowiek, spośród znanych mi osób, którego rozum w takim stopniu panował nad wolą i oczywiście nad emocjami, chociaż miał przecież niezwykle wrażliwe serce. A jaki to był rozum, wiedzą ci, którzy słuchali Jego wykładów. Niezwykła jasność myśli, precyzja pojęć, logika wywodu, a przy tym żadnego wsparcia kartką czy konspektem. Jeszcze rok temu miał plany naukowe. Chciał podjąć tematy zawarte w adhortacji "Familiaris consortio" z perspektywy trzydziestu lat od jej wydania. Jednocześnie Ksiądz Profesor był człowiekiem bardzo skromnym, nie angażował innych wokół swojej osoby. Dzielił się z innymi tym, co miał.

Bardzo kochał Polskę. Kiedy działy się w ostatnich latach złe rzeczy, był mocno poruszony i robił, co mógł, by zło nie zniewoliło Polaków. Pisał, modlił się, cierpiał i tłumaczył. Do przyjaciół, którzy go odwiedzali na krótki czas przed śmiercią, powiedział, że bardzo są Mu teraz bliskie słowa Siostry Faustyny, które wypowiedziała podczas choroby, że kiedy już nic nie może, to właśnie wtedy może najwięcej. Myślę, że w Jego sercu była wtedy troska o los Polski.

I jeszcze jedna charakterystyczna rzecz: kochał śpiew. Nie zapomnę prześpiewanych wieczorów - w lesie, w studenckiej świetlicy, w domach. Pieśni wykonywane na głosy, wśród których słychać było czysty tenor Księdza. Jestem pewna, że Ksiądz Profesor wielbi teraz Boga, a my również, wspierani Jego modlitwą, dołączymy kiedyś i wspólnie zaśpiewamy kanon na chwałę Panu.

Elżbieta Marek