Konserwacja złych procedur
Czwartek, 13 grudnia 2012 (02:13)Z gen. rez. dr. Romanem Polką, byłym szefem jednostki specjalnej GROM i wiceszefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Dzień przed katastrofą smoleńską na wojskowym Okęciu został wyłączony system bezpieczeństwa. Dowództwo Sił Powietrznych tłumaczy, że z powodu konserwacji. Nie dziwi to Pana?
- Takie prace robi się i powinno się robić wtedy, kiedy nie ma lotów z VIP-ami. I nie dni tygodnia czy weekendy decydują o tym, tylko konkretna sytuacja. Podczas tak ważnych lotów jak 10 kwietnia 2010 r. poziom bezpieczeństwa musi zostać zapewniony VIP-om. Bez dwóch zdań: system, który jest na Okęciu, powinien ciągle funkcjonować. Jeżeli coś można na chwilę wyłączyć, bo jakoś to będzie i nic się nie stanie, to znaczy, że ten system w ogóle nie jest potrzebny.
System Kontroli Dostępu (SKD) jest podobno wyjątkowo niezawodny i bezawaryjny. Tym bardziej trudno zrozumieć potrzebę rozpoczęcia konserwacji dzień przed wylotem samolotu z najważniejszymi osobami w państwie na pokładzie.
- Ja tego nie rozumiem i powiem szczerze, że nie tylko tego. Przypomnę, że gdy wydarzyła się katastrofa CASY, doszło później do oskarżeń ministra Bogdana Klicha pod adresem Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Poprosiłem, by zostały wyciągnięte wówczas nagrania moich rozmów z dyżurnym służby operacyjnej Sił Zbrojnych. Byłem przekonany, że wszystkie rozmowy są tam nagrywane, podobnie jak ma to miejsce w GROM, gdyż jest to pewien standard. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że te rozmowy nie były nagrywane.
Dlaczego?
- Nie wiem. Dla mnie to był szok. Zasadniczo chodzi o to, że na takim szczeblu, na którym znaczenie ma każde słowo (od niego często zależy ludzkie życie), nie nagrywano rozmów. Jeżeli takich podstawowych rzeczy się nie stosuje, by nie było później jakichś niedomówień czy przekłamań, jeżeli nie ma odpowiedniego systemu elektronicznej ochrony w tych obszarach, które naprawdę są kluczowe pod względem bezpieczeństwa - tak jak na Okęciu - to znaczy, że nie działa cały system. Rozumiałbym, gdyby powiedziano: popełniono błąd, więcej się to nie powtórzy. Tak się jednak nie stało. Zastanawia fakt, że nieszczęśliwie tak się jakoś złożyło, powstał jakiś zbieg okoliczności, że system SKD nie działał właśnie 9 i 10 kwietnia 2010 roku. Z udawaniem, że wszystko jest w porządku - bo jakoby tę konserwację trzeba było wtedy zrobić - spotykamy się jednak nie po raz pierwszy. To tak jak wystawianie na publiczny przetarg remontów w bazach GROM, gdzie się podaje różne ważne dane, parametry i mówi się: "Przecież nikt tam nie wejdzie, nic się nie stanie". To świadczy tak naprawdę o niepoważnym traktowaniu rzeczywistych zagrożeń.
Czas wejścia załóg na Okęcie był istotny, choćby dla komisji Millera. W raporcie są jednak dane nie z SKD, ale z zapisu kamer monitoringu, a monitoring nie obejmuje wszystkich sektorów w bazie.
- Jeżeli system musi być wyłączony, bo jest taka konieczność, to wprowadza się system zastępczy, stosując środki zamienne. Naprawdę nie trzeba wielkiej wyobraźni i super ekstra techniki, żeby je wprowadzić. Wystarczy zainstalować chociażby zwykłą kamerę, która nagrywałaby, kto, gdzie i o której godzinie wchodzi, zwiększyć nadzór kontrolny.
Jak Pan ocenia ryzyko wejścia osób nieuprawnionych do bazy w sytuacji nieaktywnego systemu bezpieczeństwa?
- Gdyby osoba nieuprawniona naprawdę chciała wejść na lotnisko 10 kwietnia 2010 r., to zapewne by się jej to udało. Skorzystałaby z tego zamieszania i faktu niewprowadzenia dodatkowych środków zabezpieczenia. Powtórzę, tu tak naprawdę rodzą się dwa pytania. Pierwsze: dlaczego akurat w tym czasie, tak newralgicznym, wyłączono system, który powinien wtedy funkcjonować, bo 10 kwietnia 2010 r. na płycie Okęcia znajdowały się najważniejsze osoby w państwie. To jest zasadnicze pytanie, bo to jest karygodne, że właśnie w tym dniu odbywała się wspomniana konserwacja sprzętu. Po drugie: dlaczego nie wprowadzono środków zastępczych. Tak jak już wspomniałem, kiedy element elektroniczny nie działa, trzeba wprowadzić dodatkowy nadzór czy inne zabezpieczenia, by eliminować zagrożenia, które mogą się pojawić. Na takie słabości systemu czekają bowiem potencjalni terroryści i zamachowcy.
Jak tłumaczy Pan fakt, że o wyłączeniu SKD na wojskowym Okęciu nie została poinformowana żadna ze specsłużb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo najważniejszych osób w państwie?
- Tak naprawdę trudno to wytłumaczyć, ja przynajmniej nie znajduję żadnego wytłumaczenia. Tak samo nie potrafię znaleźć go dla wielu spraw, które nawarstwiają się wokół katastrofy smoleńskiej i coraz częściej wychodzą na wierzch. Myślę tu chociażby o licznych karygodnych zaniedbaniach. Szkoda, że dopiero teraz, po prawie trzech latach od tej strasznej katastrofy, dowiadujemy się o niektórych faktach, m.in. licznych zamianach ciał ofiar tragedii smoleńskiej. Nie wspomnę o wraku tupolewa, pięknie wyszorowanym i wyczyszczonym, który nadal jest w Rosji. Można poważnie zastanawiać się nad tym, czy te wszystkie rzeczy, które wychodzą dziś na światło dzienne, powodowane były tylko lekkomyślnością czy może były celowe. Nikt jednak nie poniósł żadnych konsekwencji. Zamiast ich wyciągnięcia słyszymy natomiast, że minister Klich, który odpowiadał za cały aspekt działania wojska - postępował wzorowo, podobnie jak Biuro Ochrony Rządu, którego szef po katastrofie smoleńskiej został awansowany.
Informacje o dezaktywnym systemie na Okęciu ujrzały światło dzienne ponad 2,5 roku od katastrofy, a wymyślona historia rzekomej awantury gen. Błasika z mjr. Protasiukiem, która miała podobno zostać zarejestrowana, szybko zaczęła żyć własnym życiem.
- To rzeczywiście godne pożałowania. To awantura, do której nikt się teraz nie chce przyznać, a powinno się także w tym wypadku wyciągnąć konsekwencje za manipulowanie opinią publiczną. Ci, którzy o niej opowiadali, na czele z gen. Marianem Janickim, powinni przeprosić rodzinę śp. generała Błasika.