Brexit groźny dla Unii, ale nie dla Brytyjczyków
Poniedziałek, 3 kwietnia 2017 (05:23)Ze Stanisławem Ożogiem, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Jean-Claude Juncker krytykuje prezydenta Donalda Trumpa, wysuwając tezę, że Brexit jest mu na rękę i że jest on negatywnie nastawiony do Komisji Europejskiej. Prawdę mówiąc, wobec tak „skutecznie” działającej instytucji trudno być nastawionym inaczej…?
– To jest przypadłość nieszczęśliwego człowieka, z tym że to nieszczęście nie ogranicza się do niego samego, ale należy to rozpatrywać szerzej. Jean-Claude Juncker jest osobą publiczną, pełni bardzo ważną funkcję na arenie międzynarodowej i jego zachowanie, sposób bycia rzutują na opinię o całej Komisji Europejskiej. Co więcej, Juncker poprzez nieodpowiedzialne działanie może doprowadzić do wielkiej szkody, co nawiasem mówiąc – w dużej mierze już mu się udało. Jean-Claude Juncker wspólnie z Donaldem Tuskiem doprowadzili do Brexitu, czyli do wyprowadzenia Zjednoczonego Królestwa z szeregów Unii Europejskiej. Jeśli zaś chodzi o odniesienie szefa KE do prezydenta Donalda Trumpa, to w swoich wynurzeniach poszedł on jeszcze dalej, a mianowicie zaczął straszyć prezydenta największego światowego mocarstwa mówiąc, że zajmie się on problemami Ameryki, co więcej zacznie promować niepodległość Ohio i Austin w Teksasie i odłączenia ich od Stanów Zjednoczonych Ameryki. Jeśli nawet rozpatrywać to w sferze żartu, to trzeba powiedzieć, że jest to głupi żart. Jean-Claude Juncker ze swoim poziomem, sposobem bycia i przypadłościami nie ma się, co porównywać do prezydenta Donalda Trumpa. To nie ta ta liga.
Czy problem Junckera coraz bardziej nie doskwiera unijnym elitom? Trudno się jednak spodziewać, żeby sam podał się do dymisji, ale może ktoś powinien zdecydować za niego?
– Watykan, Estonia, szczyty Unii Europejskiej, a także bieżące zachowania Junckera w Brukseli kompromitują jego samego, ale też KE jako instytucję. Praktycznie każde jego pojawienie się na forum Parlamentu Europejskiego w Brukseli czy Strasburgu jest jedną wielką kompromitacją. Już w godzinach porannych, kiedy rozpoczynają się obrady Europarlamentu, przewodniczący Juncker jest już wyraźnie „zmęczony” i bardzo często nie panuje nad sobą. Problem jest bardzo poważny, ale decydenci, od których zależy los Junckera, przymykają oko, obawiając się jakichkolwiek zmian.
Skąd te obawy…?
– Wbrew pozorom nie jest to tylko zmiana wymiany przewodniczącego KE, bo gdyby Juncker złożył sam rezygnację bądź gdyby go do tego zmuszono, to razem z nim rozpada się cała Komisja. W nowym rozdaniu biorąc pod uwagę coraz mocniejszy głos państw Grupy Wyszehradzkiej, ale nie tylko, to skład KE byłby inny i niekoniecznie na rękę tym, którzy konstruowali obecny jej kształt. Praktycznie decyzje o mianowaniu poszczególnych komisarzy należą do rządów krajów członkowskich i tak np. Elżbieta Bieńkowska z całą pewnością przestałaby pełnić z ramienia Polski funkcję komisarza UE ds. rynku wewnętrznego, przemysłu, przedsiębiorczości i MŚP. I to wstrzymuje radykalne posunięcia w sprawie Junckera. Być może również Angela Merkel nie chce dodatkowego fermentu, jeśli chodzi o KE, bo póki co koncentruje się na wyborach w swoim kraju, gdzie jej sytuacja wcale nie jest taka pewna. Dymisja Junckera i wymiana składu KE mogłaby wywołać dodatkowy niepokój, który mógłby się negatywnie odbić na sytuacji kanclerz Merkel. Pozostając w tym klimacie, również sytuacja we Francji czy we Włoszech też nie jest ciekawa, tym bardziej że od 29 marca mamy już praktycznie do czynienia z Brexitem.
Skoro nawiązał Pan do Brexitu, to skąd bierze się retoryka, że gdyby Brytyjczycy mogli cofnąć czas, to ponownie nie zdecydowaliby o opuszczeniu UE. Zgadza się Pan z tym twierdzeniem?
– Sytuacja nie wygląda tak, jak niektórzy próbują to przedstawiać. Sondaże mówią, że za powrotem w szeregi Unii opowiada się jedynie ok. 36 proc. mieszkańców Zjednoczonego Królestwa. Natomiast ponad 50 proc. uważa, że decyzja o wystąpieniu ze Wspólnoty to rozstrzygnięcie właściwe i korzystne dla Wielkiej Brytanii i gdyby była konieczność, to zagłosowaliby ponownie za Brexitem. Premier Theresa May po swoim wystąpieniu przed brytyjską Izbą Gmin 29 marca uzyskała pełną aprobatę dla swoich działań i będzie to twardy Brexit. Panika jest wśród wiodących krajów Unii, której Wielka Brytania była członkiem od 1973 r. Wielka Brytania to mocarstwo i potęga także gospodarcza na skalę światową i ważny gracz na międzynarodowej arenie. To państwo było ogromnym wsparciem dla UE, której od początku była płatnikiem netto. Wpłacała do wspólnej unijnej kasy potężne kwoty, nawet mimo wynegocjowanego przez Margaret Thatcher tzw. rabatu brytyjskiego. Wszyscy zdają sobie sprawę, no może oprócz Junckera i Tuska, jak trudna będzie sytuacja Unii po wyjściu Wielkiej Brytanii. Nie mają więc racji ci, którzy twierdzą, że Wielka Brytania żałuje swojej decyzji.
Z jakiej pozycji do negocjacji z Unią przystępuje Wielka Brytania?
– Z całą pewnością będą to bardzo trudne negocjacje. UE po rozwodzie z Wielką Brytania nie będzie już tą samą Unią. Ponad miarę rozbudowane brukselskie struktury biurokratyczne UE będą musiały ulec znaczącemu uszczupleniu. Wystarczy tylko wspomnieć, że KE to ponad 33 tysiące pracowników i po Brexicie trzeba będzie dokonać znaczącej redukcji, i to niekoniecznie Brytyjczyków. Podobna sytuacja jest, jeśli chodzi o PE, który zatrudnia ok. dziewięciu tysięcy pracowników. Odchudzanie jest zatem konieczne, bo po wyjściu Wielkiej Brytanii tak licznych kadr nie będzie już trzeba. Największe niebezpieczeństwo dla Unii wynika z tego, że po Brexicie nie będzie już kto miał tak stanowczo domagać się reformy zeskorupiałej, niewydolnej, marnotrawiącej ogromne pieniądze UE. Nikt bowiem nie będzie miał takiego przebicia, jakie miała Wielka Brytania.
Unia poradzi sobie bez Wielkiej Brytanii?
– Z całą pewnością takie wątpliwości w głowach decydentów, głównych krajów tkwią. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć nie tak dawne spotkanie w Wersalu prezydenta Francji, kanclerz Niemiec oraz premierów Hiszpanii i Włoch, którzy mówili o stworzeniu nowej struktury w ramach UE skupiającej właśnie te kraje. Forsowanie Unii wielu prędkości znalazło swój wyraz również w tzw. białej księdze Junckera, co pokazuje, że po opuszczeniu przez Wielką Brytanię Unia nie będzie już taka sama, w związku z tym trzeba będzie coś z tym projektem zrobić. To pokazuje, że obawa co do przyszłości UE jest u wszystkich poważnych polityków europejskich.
No chyba niekoniecznie u wszystkich, bo Brexit staje się faktem, ale winni mają się doskonale…
– Hipokryzji w wypowiedziach Donalda Tuska jest bardzo dużo. W duchu z pewnością się cieszy, że głównie dzięki przychylności kanclerz Angeli Merkel załatwił sobie ciepłą posadkę na drugą kadencję szefa Rady Europejskiej. Natomiast nie dociera do niego, że jest odpowiedzialnym, a przynajmniej współodpowiedzialnym wraz z Junckerem za rozwód Wielkiej Brytanii z UE. Politycy zajmujący istotne stanowiska w Unii ponoszą odpowiedzialność za Brexit i wszystkie jego konsekwencje. I jak sądzę, są oni tego świadomi. Natomiast próby tłumaczenia bądź odwracania uwagi od meritum sprawy są po prostu żałosne.
Oczekiwania Polaków pracujących na Wyspach Brytyjskich są bardzo konkretne, ale jakie są szanse, że zostaną spełnione?
– W tej kwestii, w sprawie statusu Polaków na Wyspach po Brexicie jestem optymistą. Przypomnę, że były prowadzone rozmowy z premier Theresą May przez prezydenta Andrzeja Dudę. Ale z premier May jako szefową brytyjskiego rządu, a jednocześnie liderką Partii Konserwatywnej spotkał się także prezes Jarosław Kaczyński. Ta wizyta lidera Prawa i Sprawiedliwości w Londynie była istotna dla obu stron. O tym, jak ważna była dla strony brytyjskiej, niech świadczy fakt, że dramatyczne wypadki związane z zamachem terrorystycznym w Londynie nie spowodowały odwołania tego spotkania, a jedynie przesunięcie o jeden dzień. Rozmowa obojga polityków dotyczyła Brexitu, a przede wszystkim spraw Polaków pracującym na Wyspach. Zresztą zarówno premier Theresa May, ale również brytyjski minister finansów Philip Hammond wypowiedzieli się bardzo ciepło o Polakach, pracownikach zatrudnionych w tym kraju często na wysokich stanowiskach w różnych instytucjach. Mogliśmy usłyszeć, że tak na dobrą sprawę to Brytyjczycy nie wyobrażają sobie dzisiaj funkcjonowania swojej gospodarki bez Polaków. Natomiast my, Polacy, rząd Polski oczekujemy jednoznacznej deklaracji ze strony brytyjskiego rządu, który zważając na rozpoczynające się negocjacje „rozwodowe” z Unią, proponuje zobowiązania obustronne. Chodzi mianowicie o gwarancje dla Brytyjczyków i traktowania ich na kontynencie, podobnie jak Wielka Brytania traktuje imigrantów u siebie na Wyspach.
Czy można tu liczyć także na gwarancje dla Polaków?
– Myślę, że będą również gwarancje dla Polaków, którzy pozostaną na Wyspach. O tym, że los Polaków w Wielkiej Brytanii będzie pewny, świadczy fakt podwyżek wynagrodzeń dla pracowników w tym kraju, podwyżek, które przede wszystkim otrzymali Polacy. Bezrobocie w Wielkiej Brytanii wynosi 4,7 proc., a więc praktycznie w tym kraju nie ma bezrobocia. To świadczy, że gospodarka brytyjska rozwija się znakomicie z perspektywą na przyszłość i stąd, jeśli chodzi o zapotrzebowanie na pracowników, w tym wypadku sprawdzonych Polaków, to wydaje się, że ich pozycja nie jest zagrożona. Jest jeszcze drugi – bardzo istotny – element, mianowicie chodzi o gwarancje socjalne dla Polaków, aby polskie rodziny, które żyją i pracują na Wyspach, były objęte dotychczasowym socjalem. Z informacji, jakie otrzymałem od szefowej resortu rodziny, pracy i polityki społecznej minister Elżbiety Rafalskiej, która kilka dni temu gościła w Brukseli, wynika, że również w tej kwestii rozmowy prowadzone przez polski rząd z Brytyjczykami są – jak się wydaje – na dobrej drodze i doprowadzą do korzystnego finału dla naszych rodaków.