Gdzieś trzeba znaleźć kompromis
Sobota, 1 kwietnia 2017 (22:17)Z Andrzejem Kuchtą, przewodniczącym NSZZ „Solidarność” w Polskich Zakładach Lotniczych w Świdniku, rozmawia Mariusz Kamieniecki.
Wprawdzie szczegóły przetargu śmigłowcowego są okryte tajemnicą, ale wiemy coraz więcej. Czy informacje, jakie docierają do stron tego postępowania, są satysfakcjonujące?
– Tak jak Pan wspomniał, nie znamy założeń tego przetargu, stąd nie wiemy, czy ta najbardziej aktualna wersja, jaka została teraz przedstawiona przez wiceministra Kownackiego, różni się tego, co było wcześniej. Trudno więc mówić o zadowoleniu bądź nie. Podczas spotkań strony społecznej z przedstawicielami resortu obrony – owszem – rozmawialiśmy na temat przetargu i zakupów, ale bez szczegółów, a mianowicie czy śmigłowce szkoleniowe będą czy ich nie będzie. Rozmawialiśmy raczej o zamierzeniach związanych z zakupem śmigłowców. Otrzymaliśmy także informację, że w pierwszym rzędzie będą to maszyny dla Wojsk Specjalnych oraz dla Marynarki Wojennej, a dopiero w następnej kolejności śmigłowce transportowe i ratowniczo-poszukiwawcze dla wojsk lądowych. Natomiast nie poruszaliśmy wątku śmigłowców szkoleniowych. Jest oczywiste, że szkolenia dla pilotów i obsługi tego typu sprzętu będą konieczne, ale w jakiej formie będzie się to odbywało, czy to będzie w kraju, czy za granicą, te kwestie były już poza obszarem naszych rozmów i kompetencji.
MON informuje, że zakupy będą oparte na więcej niż jednej platformie śmigłowcowej. To chyba dobra wiadomość także dla producentów?
– Ta koncepcja MON jest zgodna z naszymi postulatami, które od początku wnosiliśmy. Zawsze staliśmy na stanowisku, że jedna wspólna platforma śmigłowcowa dla wszystkich rodzajów wojsk jest niczym nieuzasadniona. Oczywiście poprzednie kierownictwo resortu obrony próbowało nas przekonywać, że ten wariant będzie tańszy, chociażby biorąc pod uwagę potrzeby szkoleniowe, logistyczne czy późniejszego serwisowania tego sprzętu. Jednak jak się później okazało, pieniądze, które były wstępnie przeznaczone na 70 śmigłowców, wystarczyłyby na zakup jedynie 50. Jest to zatem wskazówka, że niekoniecznie ta wspólna platforma śmigłowcowa jest tańsza, a wprost przeciwnie – że może być dużo droższa. Inną kwestią są rzeczywiste potrzeby Wojska Polskiego, ponieważ wojskowi również w swoich wypowiedziach podnoszą, że potrzebne są zarówno śmigłowce większe, jak i mniejsze w zależności od tego, do czego miałyby służyć i w jakim celu miałyby być używane. Sądzę zatem, że ta aktualna koncepcja MON jest zgodna z oczekiwaniami przyszłych użytkowników tego sprzętu.
Już oficjalnie wiadomo, że do przetargu staną trzy firmy. Jak postrzega Pan szanse PZL Świdnik w starciu z konkurentami?
– Z matematycznych wyliczeń nasze szanse oscylują w granicach 33 proc. Nie ukrywam jednak, że analiza śmigłowców oferowanych przez konkurencję oraz ich możliwości pozwalają mieć nadzieję, że w tym starciu nie jesteśmy bez szans. Szczególnie wielozadaniowy śmigłowiec AW101 przeznaczony do realizacji wymagających misji Wojsk Specjalnych i Marynarki Wojennej, w tym także do zadań poszukiwawczo-ratowniczych i zwalczania zagrożeń na morzu, który niedawno był prezentowany w Polsce, pozwala mieć nadzieję, że zostanie wybrany do obrony Polski. Jest to jeden z najlepszych śmigłowców obecnie produkowanych na świecie, co potwierdzają także zamówienia na ten sprzęt. Ten model broni się sam, nic zatem dziwnego, że armie takich państw jak Włochy, Wielka Brytania, Norwegia, Dania czy Japonia, a także Kanada, a więc kraje, które są położone w otoczeniu mórz, zamawiają ten sprzęt na wyposażenie swoich armii.
Ostatnia wersja MON mówi, że przynajmniej w pierwszym etapie zapotrzebowanie na śmigłowce będzie mniejsze niż wcześniej planowano. Jaka może być tego przyczyna?
– W mediach pojawiały się informacje, że będzie to osiem plus osiem śmigłowców. Natomiast podczas naszych spotkań NSZZ „Solidarność” z przedstawicielami resortu obrony właśnie w tej kwestii podawano, że najprawdopodobniej będzie to osiem maszyn dla Wojsk Specjalnych i do ośmiu śmigłowców w wersji morskiej. Stąd jeśli tych śmigłowców będzie mniej, to nie jest to dla nas większym zaskoczeniem. Podejrzewam, że przyczyną mogą być względy finansowe oraz efekt analizy eksperckiej, jakie rodzaje śmigłowców są nam rzeczywiście potrzebne. Tak czy inaczej nawet wersja osiem plus cztery, jaka się pojawiła, nie jest dla mnie osobiście zaskoczeniem, bo informacje, że będzie to do ośmiu maszyn w wersji morskiej, otrzymywaliśmy już podczas wcześniejszych spotkań w MON. Natomiast później w przekazach medialnych przyjęło się, że ma być to konkretna liczba ośmiu śmigłowców, co jest informacją nieścisłą.
Minister Bartosz Kownacki zapewnił też, że po zakończeniu trwających postępowań będą podejmowane kolejne przetargi. Czy i tu PZL Świdnik upatruje swoje szanse?
– Mogę się tu opierać na przekazach ministerstwa obrony, które nas uspokajało, że nawet jeśli ktoś z oferentów odpadnie w tym pierwszym postępowaniu, to będą kolejne czy to na śmigłowce transportowe, czy ratowniczo-poszukiwawcze w wersji dla wojsk lądowych, ale również w ramach programu śmigłowców uderzeniowych, a więc tych szans będzie więcej. Jeśli chodzi o PZL Świdnik, to upatruję nasze szanse we wszystkich przetargach.
Odważnie…
– To moje stwierdzenie opieram na faktach, a te są takie, że dysponujemy szeroką gamą śmigłowców, włączając w to oczywiście naszego właściciela – Grupę Leonardo, jednego z największych globalnych graczy w sektorze lotniczym, obronnym i bezpieczeństwa oraz najważniejszą włoską spółkę przemysłową tej branży. Nie zapominamy też o śmigłowcu AW149, ale również o naszym „Sokole” w wersji W-3PL Głuszec. Wszystko jednak będzie zależało od wymagań oraz od potrzeb, jakie określi wojsko w kolejnych zamówieniach.
Jak ocenia Pan tempo tego postępowania, bo opozycja tzw. totalna wszędzie wietrzy sensacje, posądzając ministra Antoniego Macierewicza, że podaje niespójne komunikaty czy terminy, które są wielokrotnie przekładane?
– Nie ukrywam, że również od naszych pracowników z PZL Świdnik słyszymy tego typu komentarze. Być może min. Macierewicz zbyt szczerze, otwarcie podawał komunikaty do mediów, co być może wynikało z nie do końca sprawdzonych, a podpowiadanych mu informacji, co teraz jest skrzętnie wykorzystywane. Natomiast żeby mieć odniesienie, wystarczy porównać, ile trwał przetarg na śmigłowiec wielozadaniowy za rządów koalicji PO – PSL. Jeśli chodzi o bieżący przetarg, to przypomnę, że w październiku ubiegłego roku ruszyła procedura, a dziś mamy szósty miesiąc, a są już oferty od trzech potencjalnych dostawców, ruszyła też analiza dokumentów w ramach pierwszego etapu zakupowego. To pokazuje, że tempo jest nieporównywalnie szybsze od tego, w jakim przetarg prowadziło MON za kierownictwa min. Siemoniaka, choć z całą pewnością mogłoby być jeszcze szybsze, zwłaszcza że po informacjach od kierownictwa resortu obrony można się było spodziewać, że pod koniec marca może być już rozstrzygnięcie. Tymczasem doszło do przesunięcia terminu również na wniosek oferentów o dwa tygodnie. Reasumując – myślę, że i tak nie jest źle.
Czy możemy założyć termin, kiedy pierwsze śmigłowce z obecnego przetargu znajdą się na wyposażeniu polskiej armii?
– Trudno to przewidzieć, bo to będzie już zależało od szczegółowych rozmów, które – jak wiemy – są utajnione. Oczywiście, gdyby w grę wchodziły śmigłowce szkoleniowe czy do testów, z czego – jak poinformował min. Kownacki – MON się wycofało, to w przypadku PZL Świdnik te maszyny mogłyby być dostarczone wojsku w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Jesteśmy w stanie to zrobić w krótkim czasie, natomiast jeśli chodzi o docelowe maszyny, to trudno określić jakiś konkretny termin. Nie chcę też podawać dat, bo byłoby to wprowadzaniem opinii publicznej w błąd.
Inaczej mówiąc – piłka jest po stronie zamawiającego?
– Teraz zdecydowanie tak. To zamawiający stawia warunki, a oferent musi się do tego dostosować. Gdzieś trzeba znaleźć kompromis pomiędzy zamawiającym a sprzedającym.
Chciałbym jeszcze spytać Pana o emocje, jakie towarzyszą temu przetargowi. Z jednej bowiem strony słyszymy od wiceministra Kownackiego, że śmigłowce nie są aż tak ważne, a z drugiej Platforma bije na alarm, że brak śmigłowców powoduje, że Polska jest bezbronna.
– Moim zdaniem, prawda jest pośrodku, bo z jednej strony śmigłowce są potrzebne – przynajmniej w niektórych wersjach – ze względu na to, że kończą się resursy maszynom obecnie używanym przez nasze wojsko. W tej sytuacji trzeba zdecydować, czy wykładamy pieniądze na przedłużanie resursów o kolejny rok, czy – dajmy na to – o dwa lata, czy przyspieszamy działania związane z zakupem nowych, bez porównania nowocześniejszych i skuteczniejszych maszyn. Z drugiej jednak strony, bo taki wątek również pojawiał się na naszych spotkaniach z przedstawicielami MON, dlatego to, co mówi wiceminister Kownacki też nie jest dla mnie zaskoczeniem, a mianowicie, że jeśli nie będziemy mieli tarczy antyrakietowej, to same śmigłowce też nie wystarczą dla zapewnienia bezpieczeństwa naszej Ojczyźnie. A zatem i opozycja ma częściowo rację – może nie aż tak, że jesteśmy zupełnie bezbronni, bo na razie sprzęt posiadamy, choć z roku na rok coraz starszy i coraz bardziej odbiegający od poziomu światowego czy nawet europejskiego, ale z całą pewnością jest to sprzęt do wymiany, i to możliwie jak najszybciej. Rację ma również obecny rząd, że dla wzmocnienia naszego bezpieczeństwa potrzebny jest sprzęt wojskowy w wielu obszarach, sprzęt powietrzny również.