Najpierw zadbajmy o rozwój i bogactwo kraju
Piątek, 24 marca 2017 (05:15)Z dr Krzysztofem Kaszubą, prezesem Zarządu Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, Oddział Wojewódzki w Rzeszowie, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Polacy są przeciwni wejściu do strefy euro, liberalna opozycja naciska, a wicepremier Mateusz Morawiecki odpowiada, że Polska rozważy przyjęcie euro za 10-20 lat. Czemu ma służyć to nawoływanie do przyjęcia euro?
– Nawoływanie opozycji do przyjęcia przez Polskę euro to w czasach Brexitu i politycznych turbulencji kolejna PR-oska próba zwrócenia na siebie uwagi zachodnich polityków i mediów. To także niestety próba podrzucenia niechętnym Polsce politykom i mediom kolejnego tematu do dyskusji i pokazania, że rząd premier Beaty Szydło jest niechętny europejskim wartościom wyznawanym przez takie „gwiazdy” jak Martin Schulz, Daniel Cohn-Bendit czy Francois Hollande. W ten sposób Niemiec, Francuz czy Hiszpan uzyska kolejny prosty przekaz: spójrzcie – cóż to za antyeuropejski rząd; walczy z prawnikami i trybunałami, nie wpuszcza na parlamentarne korytarze dziennikarzy, nacjonalizuje banki, nie lubi niemieckich mediów i do tego jeszcze nie kocha wspólnej waluty. Skoro nie podoba się temu rządowi euro to, po co my im to euro dajemy? To woda na młyn dla pogrążonych w deficycie wartości i pieniądza grabarzy chrześcijańskiej Europy.
Co jest warunkiem koniecznym przyjęcia waluty euro?
– Teoretycznie, w czasach deflacji czy też wyjątkowo niskiego poziomu inflacji, Polska jak nigdy wcześniej spełnia podstawowe kryteria wejścia do strefy euro, czyli tzw. kryteria konwergencji określone w traktacie o funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Po pierwsze, kryteria fiskalne – deficyt budżetowy i dług sektora instytucji rządowych i samorządowych w stosunku do PKB, utrzymują się odpowiednio, poniżej 3 proc. i 60 proc. Po drugie, średnia stopa inflacji i średnia długoterminowa stopa procentowa w Polsce w stosunku do poziomu tych stóp, w trzech najlepszych pod tym względem krajach UE, są prawie zgodne z wymogami konwergencji. Po trzecie, wahania kursu złotego w stosunku do euro mieszczą się w żądanym przedziale, plus minus 15 proc. Utrzymanie tego poziomu wahań w perspektywie dwóch lat „pobytu” w Europejskim Mechanizmie Kursowym jest jak najbardziej możliwe. Aspekty prawne nie są dzisiaj także poważną barierą. Politycy, a opozycja w szczególności zapominają jednak, że tak naprawdę najważniejszym warunkiem koniecznym do przyjęcia w Polsce euro jest wola Narodu.
Komu dziś służy waluta euro, a komu szkodzi?
– Euro służyło i najbardziej służy państwom, dysponującym silnym potencjałem produkcyjnym, oferującym wysoko przetworzone finalne dobra przemysłowe. Nie sprzyja, a przy braku dyscypliny finansowej i przy braku elementarnego rozsądku, wręcz szkodzi państwom i narodom importującym wysoko przetworzone dobra przemysłowe. Szkodzi gospodarkom skłonnym do pożyczania i inwestowania w sektory nie generujące wysokiego poziomu wartości dodanej.
Zgodzi się Pan z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim, który uważa, że rezygnacja z własnej waluty oznaczałaby utratę instrumentów polityki gospodarczej?
– Własna waluta jest kluczowym instrumentem polityki gospodarczej. Potwierdziła to historia gospodarczego rozwoju Stanów Zjednoczonych, Japonii, Korei Południowej, a także Niemiec. Własna waluta jest szczególnie ważnym instrumentem polityki gospodarczej w krajach, które starają się dogonić wyżej rozwinięte gospodarki. I chyba właśnie o tym mówi prezes Kaczyński. Oczywiście, gdyby Europa funkcjonowała zgodnie z głoszonymi przez europolityków teoriami miłości, równości i braterstwa wejście do strefy euro byłoby korzystne dla słabszych gospodarek. Ale skoro Grecja i Niemcy są w strefie euro, a oprocentowanie 10-letnich obligacji rządowych Niemiec wynosi 0,46 proc., a greckich jest 17 razy większe, to coś tej miłości, równości i braterstwa za bardzo nie widać.
Nadwyżka budżetowa prawie 0,9 miliarda złotych po dwóch miesiącach br. dochody z VAT wzrosły o ponad 40 proc., z akcyzy i podatku od gier były wyższe o 6,9 proc. dochody z PIT wyższe o 5,5 proc., a z CIT były wyższe o 5,8 proc. Czy stajemy na nogi?
– Wzrost dochodów podatkowych jest rzeczywiście widoczny. Działania obecnego rządu ograniczają praktyki cmentarnych kombinacji i dojenia Rzeczypospolitej. Podobnie było w roku 2006. Przedsiębiorcy mniej narzekają na zatory płatnicze. Poprawa ściągalności podatków to ważny element tworzenia przejrzystego sytemu gospodarczego. Ale jeszcze ważniejszą sprawą jest tworzenie efektywnego i sprawiedliwego systemu prawno-podatkowego. Tutaj niestety stoimy na przystanku – Niemoc. Absurdalna propaganda mediów i polityków o konieczności zatrudniania milionów Ukraińców czy Azjatów – bo są tańsi, to przejaw działań o charakterze antyrozwojowym i antynarodowym. Studenci, nie tylko ekonomii, są uczeni, że źródłem bogactwa narodów są m.in. oszczędności. Źródłem oszczędności jest zysk i płaca. Jeśli w zbyt dużym stopniu beneficjentem zysku i płacy jest obywatel innego kraju, to oszczędności w kraju rosną powoli. Wybór jest prosty. Czy jesteśmy za rozwojem w tempie dobrotliwego żółwia czy elastycznej gazeli?
Czy walka z karuzelami VAT-owskimi, z mafiami VAT-owskimi zapowiadana przez wicepremiera Morawieckiego przynosi pierwsze efekty?
– Fakty potwierdzają, że tak. I tylko żal, że ta walka się toczy jako następstwo absurdalnego systemu podatkowego, który hamuje rozwój gospodarczy. Mówię i piszę od lat, że zamiast VAT-u i podatku dochodowego CIT, wprowadzenie prostego i zrozumiałego dla wszystkich podmiotów, podatku od przychodów ze sprzedaży (dawny podatek obrotowy) rozwiązałoby problem. Ale cóż, już klasyk pisał, że ludzie niezbyt chętni są do nowych idei i pomysłów. Jedni się boją rzeczy nowych, inni nie wierzą, że wprowadzenie nowych idei jest możliwe.
Polski minister finansów po raz pierwszy uczestniczył w szczycie G20 w niemieckim Baden Baden. Czy to sygnał, że Polska zaczyna się liczyć?
– Wymiar wizerunkowy polskiej obecności w szczycie G20 jest bezdyskusyjny. Słabych, proszących, padających na kolana silni zbyt chętnie nie zapraszają. Ale też musimy pamiętać, że Polska jest (według parytetu siły nabywczej) 23.-24. gospodarką świata pod względem wielkości PKB.
Jest szansa, żeby Polska jako stały członek znalazła się w gronie G20?
– Jest to jak najbardziej możliwe. Ale źródłem rozwoju gospodarczego i bogactwa narodów nie jest członkostwo w takim czy innym gronie. Najpierw zadbajmy o rozwój i bogactwo kraju, a później fundujmy ministrom spotkania w gronach największych graczy na arenie światowej gospodarki. Kiedy pokażemy, że Polak potrafi, to zaproszą nie tylko ministra, ale także ekspertów, by opowiedzieli, jak osiąga się gospodarczy sukces.
Polityka monetarna Stanów Zjednoczonych zmierza w kierunku zacieśnienia, podnoszenia stóp procentowych. Czy i jak polityka finansowa i fiskalna nowej amerykańskiej administracji może wpłynąć na gospodarki krajów UE w tym Polski?
– Prowadzona od wielu lat polityka drukowania zielonych banknotów z podobiznami amerykańskich prezydentów to piękne narzędzie pomnażania bogactwa przez rządzące światem grupy finansowe. Nieprawdopodobna koncentracja światowego bogactwa w rękach kilkudziesięciu rodzin to potwierdzenie, że dotychczasowa polityka monetarna Stanów Zjednoczonych służyła nielicznym. Jest szansa, że w dłuższej perspektywie na gospodarkę krajów UE i Polski będą wpływać zapowiadane przez prezydenta Donalda Trumpa zmiany w zakresie finansowania armii oraz wielkie inwestycje w infrastrukturze, głównie komunikacyjnej. Zapoczątkowana przez prezydenta Eisenhowera w latach 50. XX wieku budowa kilkudziesięciu tysięcy kilometrów autostrad była ważnym katalizatorem ożywienia gospodarczego w Stanach Zjednoczonych, a później w Zachodniej Europie i Japonii. Taki wariant powtórki z historii jest atrakcyjniejszy od agresji na Serbię, Libię, Irak czy Syrię i jej tragiczne, groźne następstwa.