Ciche bohaterki znad Angary
Środa, 12 grudnia 2012 (02:14)Czy warto dziś przyjeżdżać do miejsca, które znaczyło dla nas coś dawno temu? Okazuje się, że tak. W Usolu Syberyjskim widziałem dzieci tańczące krakowiaka i wymawiające bezbłędnie nawet najtrudniejsze polskie słowa.
Centrum wygląda jak opuszczony garnizon, obrzeża mają z kolei zupełnie wiejski charakter. Wielu mieszkańców żyło przez lata w barakach socjalnych. Teraz mają mieszkania w obskurnych blokach ze wspólnymi toaletami i bez łazienek albo domki bez bieżącej wody i kanalizacji. Uważają to za szczyt postępu i niczego już więcej nie chcą.
Czy warto przyjeżdżać dziś do miejsca, które - jak się wydaje - jedynie znaczyło dla nas coś kiedyś, w historii? Okazuje się, że tak. W Usolu rzeczy piękne powstają pomimo niesprzyjających warunków, dojrzewają niewidoczne dla oczu wypatrujących łatwych wytłumaczeń. To szare i brudne miasto ma jednak w sobie coś szczególnego.
Dla nas historia Usola zaczyna się w 1863 r., gdy masowo pojawili się tu zesłańcy. Miasto powstało niecałe 200 lat wcześniej wokół kopalni soli, skąd pochodzi jego nazwa. Właśnie do solanek trafili polscy powstańcy styczniowi. Wśród nich Józef Kalinowski.
Urodził się w 1835 r., był oficerem rosyjskich wojsk inżynieryjnym i wykładowcą Akademii Wojskowej. Po wybuchu powstania wystąpił z carskiej armii i objął dowództwo oddziałów powstańczych na Litwie. Po upadku narodowego zrywu został skazany na karę śmierci, zamienioną na dziesięcioletnie zesłanie.
Od początku znany z pobożności i prawości charakteru Kalinowski dał się poznać jako dobry duch polskiej społeczności w Usolu. Wspomnienia pokazują go jako tego, który w najbardziej niesprzyjających warunkach pocieszał innych, pomagał, wspierał, wierzył w lepszą przyszłość.
Zesłani do kopalni
Praca w solance nie jest łatwa. Niekiedy jest tak, że odbywa się pod ziemią w temperaturze +40 st. C, gdy na dworze jest -40 st. C. Ale rzeczywiście wkrótce warunki zaczęły się poprawiać.
Zesłańcy mogli zmienić pracę, potem przenieść się do innych części rosyjskiego państwa, byle poza granicami dawnej Polski. Józef trafia do Smoleńska. Tam oczekuje na koniec zesłania i możliwość wyjazdu na Zachód. Mieszka w domku przy kościele katolickim - teraz jest to klasztor Ojców Franciszkanów.
Po wypełnieniu 10 lat wygnania jedzie do Paryża, zatrudnia się jako wychowawca księcia Augusta Czartoryskiego. Musiał mieć niezwykły wpływ na młodzieńca, który niedługo porzuci życie zamożnej emigracyjnej arystokracji i zostanie zakonnikiem. W 2004 r. Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym.
Sam Kalinowski też wybrał klasztor, surową regułę karmelitów bosych. Już jako ojciec Rafał był budowniczym i wieloletnim przeorem klasztoru w Wadowicach, gdzie zmarł w 1907 roku. Od 1991 r. czcimy go jako świętego.
Teraz nie ma już solanek ani śladów zesłańców, nie zachował się dom, w którym mieszkali. Do Usola zawsze chcieli wrócić duchowi bracia św. ojca Rafała - karmelici bosi.
Przyjeżdżali od 1994 r., powstała parafia pw. św. Rafała Kalinowskiego, kaplica, od niedawna dom zakonny. Kilku ojców prowadzi życie zakonne i opiekuje się katolikami z Usola i okolic.
W mieście są też siostry karmelitanki bose. Ich reguła jest czysto kontemplacyjna i bardzo surowa. Modlą się za wszystkich, także zamiast tych, którzy sami się nie modlą. Przyjechały po raz pierwszy w 2002 roku.
Najpierw miały wynajęte mieszkanie, potem dom, wreszcie zdecydowano o budowie klasztoru od podstaw. Aby spełnić wymogi reguły zakonnej, potrzeba zawsze nieco przestrzeni, dom powinien mieć określony rozmiar, musi też być trochę ziemi na ogród, aby siostry mogły bez łamania klauzury jednak gdzieś wyjść i zaczerpnąć świeżego powietrza, a przy okazji uprawiać warzywa.
Prace budowlane rozpoczęto dokładnie w stulecie śmierci św. Rafała. Wraz z ich postępem życie pierwszych karmelitanek w Usolu coraz bardziej przypominało zakonne, zgodne z zasadami Karmelu. Nie było łatwo. Zdarzył się nawet pożar i trzęsienie ziemi. Teraz klasztor jest w pełni funkcjonalny, taki, jakie mają karmelitanki bose na całym świecie, jest kaplica, ogród.
Większość czasu w życiu sióstr zajmuje modlitwa - około siedmiu godzin dziennie. Wykonują też drobne prace ręczne, jak wypiek opłatków, wyrób figur gipsowych, pisanie ikon.
- Cisza, milczenie, całkowite oddzielenie to warunki konieczne, żeby było odpowiednie skupienie i aby można było zanosić modlitwy za świat. Nasza forma życia jest i tak trudna, gdyż rezygnuje się właściwie ze wszystkiego, a tu jest jeszcze trudniej. Mimo to są osoby stąd zainteresowane naszym zakonem, które się przyglądają, myślą o kandydowaniu. Jedna Rosjanka już przeszła całą formację, wytrwała i niedawno złożyła śluby wieczyste - mówi s. Angelika, przełożona wspólnoty.
Rzeczywiście obok pięciu Polek jest też s. Ida, Rosjanka pochodzenia koreańskiego, aż z Chabarowska. Siostry liczą na dalsze powołania, szczególnie miejscowe.
Jak chyba wszędzie także usolski Karmel to miejsce duchowego promieniowania. Nie tylko dla księży i zakonnic, którzy szukają tu umocnienia, ale i dla świeckich.
- Cieszymy się, że ludzie rozumieją, iż nie jest to tylko miejsce modlitwy za nich, ale także modlitwy dla nich. Mamy część gościnną. Kto tego potrzebuje i pragnie, może przyjechać na indywidualne rekolekcje, dni skupienia, wyciszenia. I rzeczywiście ludzie przyjeżdżają. Czasem grupki, czasem osoby indywidualne. Jest to miejsce nie tylko dla osób o bardzo głębokim życiu wewnętrznym. Pozwala też po prostu odpocząć, zdystansować się od swoich problemów - tłumaczy karmelitanka.
Karmelitanki w Usolu starają się wiedzieć o życiu "na zewnątrz", mają kontakt z prasą, internetem, ale unikają radia i telewizji, polityki czy kultury masowej. Najważniejsze jest dla nich spotkanie z Bogiem, któremu całkowicie oddały swoje życie.
Chociaż styl klauzurowego zakonu katolickiego z Polski mógł budzić u rosyjskich urzędników raczej podejrzenia i niechęć, to siostry nie miały dużych problemów z formalnościami urzędowymi. Zawsze znalazła się jakaś pomoc, rada, nawet ze strony niewierzących.
- Od początku czułam namacalną rękę Bożą. Wiedziałam, że Pan Bóg chce, żeby tu był dom modlitwy - dodaje s. Angelika.
Dzieci wyrwane nędzy
W Usolu są też siostry czynne, albertynki, prowadzące świetlicę dla dzieci. Są na pozór zupełnie inne niż te z Karmelu. A tak naprawdę czerpią z tego samego źródła: Bożej miłości, powołania, na które kiedyś odpowiedziały. Dzieci, którymi opiekują się s. Taida i s. Agnieszka, to przykład tego, do czego prowadzi utopia społeczeństwa materialistycznego.
Po latach komunizmu Syberia (i cała Rosja) jest dotknięta niesłychanymi patologiami społecznymi. Ogromny procent rodzin dysfunkcyjnych, niepełnych, dzieci przez nikogo niewychowywane, ludzie coraz bardziej staczający się - to prawdziwy obraz Rosji XXI wieku. Jest to społeczeństwo bez prawdziwych ojców i mężów.
Masowy alkoholizm i narkomania, wpojona i odziedziczona nieodpowiedzialność powodują, że mężczyźni rzadko wypełniają swoje obowiązki rodzinne. Kobiety z kolei są ofiarami rozwiązłości obyczajów od bardzo młodego wieku. Plagą jest powszechna aborcja. Dzieci żyją wychowywane przez samotne matki i babcie, powielają w kolejnych pokoleniach ten wzór.
Do albertynek trafiają dzieci najbardziej poranione. Siostry proponują im spędzenie w świetlicy czasu po zajęciach szkolnych. Mogą odrobić lekcje, uczyć się śpiewu i gry na instrumentach, przygotowują przedstawienia, uczestniczą w wycieczkach. W świetlicy dostają też posiłek.
Święty brat Albert zalecał, żeby "najpierw człowieka nakarmić, później dać mu dach nad głową, pracę, a dopiero potem mówić mu o Bogu". To udaje się robić dwóm, czasem trzem polskim albertynkom w Usolu z pomocą grupy woluntariuszy. Wyrywają dzieci z żebractwa, zachowań przestępczych, zachęcają do nauki w szkole, pracują nad rodzinami.
- Czasem trzeba uczyć ich najbardziej podstawowych czynności: mycia się, sprzątania, nawet spłukania wody w toalecie - mówi s. Agnieszka. Dzięki tej ciężkiej pracy udaje się wiele z tych dzieci ocalić. Kończą szkoły, znajdują pracę, zakładają normalne rodziny, nie odradza się patologia ich własnych domów. Najczęściej towarzyszy temu odnalezienie wiary, chrzest, rozpoczęcie życia sakramentalnego. Jedni zostają katolikami, inni wybierają jednak Cerkiew. Wszyscy są wdzięczni albertynkom.
Ich praca, niestety, nie znajduje zrozumienia u władz. Rzadko siostry mogą liczyć na pomoc z urzędów powołanych do rozwiązywania problemów społecznych miasta. Cieszą się, jeśli tylko urzędnicy nie przeszkadzają. Państwo w Rosji ma własne sprawy, zwykły człowiek ze swoją biedą i cierpieniem do nich nie należy. Ale też nie ma tu takiej tradycji. Na rosyjskiej prowincji ludzie zawsze raczej urzędników się bali i woleli trzymać się od rządzących z daleka, niż czegoś od nich oczekiwać.
Spotkaliśmy też w Usolu miejsce, gdzie polskość budzi wielkie uznanie, i to z poparciem oficjalnych czynników. To Gimnazjum nr 1. W Rosji obecnie termin "gimnazjum" oznacza jednolitą szkołę jedenastoletnią. To, które odwiedziliśmy, prowadzi najdłużej w Rosji nieprzerwaną naukę języka polskiego. Trwa to 17 lat i zainteresowanie Polską wzrasta.
Zapewne wielu uczniów ma jakieś odległe polskie korzenie, ale wybierają naukę naszego języka raczej z innych powodów. Poznają nie tylko mowę, ale i polską kulturę, jeżdżą w ramach wymiany młodzieży do Polski, 25 absolwentów wyjechało do Polski na studia.
Ogromna jest w tym wszystkim zasługa nauczycielki z powołania, pani Anety Ksel. Jest w Usolu od czterech lat. Kiedy zaczynała, polskiego uczyło się 50 dzieci w liczącej 900 uczniów szkole, teraz jest ich około 300. Boi się tylko, że polskie ministerstwo zakończy jej kontrakt.
Tak daleko od Ojczyzny spotykamy wielką grupę rosyjskich dzieci, które tańczą krakowiaka, śpiewają kolędy, prawidłowo wymawiają trudne słowa i widać, że ich to cieszy, bawi - trudno się nie wzruszyć. Razem z polskim konsulem z Irkucka przywozimy trochę prezentów. Wręcza je nie Dziadek Mróz tylko święty Mikołaj. Zyskujemy szczerych przyjaciół tysiące kilometrów od Warszawy.
Piotr Falkowski, Usole Syberyjskie