• Poniedziałek, 23 marca 2026

    imieniny: Pelagii, Feliksa, Oktawiana

Będziemy patrzeć Unii na ręce

Poniedziałek, 13 marca 2017 (21:50)

Z Janem Marią Jackowskim, senatorem Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Rafał Stefaniuk.

 

Media obiegła informacja, jakoby Marie Le Pen proponowała sojusz Jarosławowi Kaczyńskiemu i Viktorowi Orbanowi w „demontażu Unii”. Widzi Pan pole do współpracy w tej materii?

– Jest to manipulacja mediów liberalno-lewicowych. Marie Le Pen nie proponowała Prawu i Sprawiedliwości wspólnego demontażu Unii, a Jarosław Kaczyński nie chce podejmować rozmów na ten temat. Pewnym środowiskom zależy na tym, aby przedstawić PiS jako partię antyunijną, nastawioną na realizację Polexitu. My tymczasem, po latach bezrefleksyjnj uległości rządów PO i PSL, zaczynamy domagać się godnego traktowania naszego kraju na arenie międzynarodowej. To jest bardzo trudny i długotrwały proces. Establishment europejski przyzwyczaił się do tego, że politycy polscy mają mentalność wasalną. Przykładem takiego polityka, który robi wszystko to, co sobie zażyczy Bruksela, jest Donald Tusk. Nie jego kompetencje, a kaprys Angeli Merkel sprawił, że po raz pierwszy został przewodniczącym Rady Europejskiej. Jego reelekcja jest efektem bezbłędnej realizacji polityki niemieckiej na forum Unii Europejskiej.

Co takiego wydarzyło się na szczycie UE, że mimo porażki kandydatury Jacka Saryusz-Wolskiego Prawo i Sprawiedliwość mówi o zwycięstwie?

– Ostatni szczyt był przełomowy, ponieważ po raz pierwszy złamano zasadę, która mówi, że kandydat ubiegający się o ważną funkcję unijną, jest wskazywany przez własny rząd. Tusk nie miał poparcia Warszawy, a także odrzucono nasz wniosek o przełożenie wyboru przewodniczącego Rady Europejskiej. To pokazało, że w UE nie są stosowane do tej pory obowiązujące zasady, a jedynie zakulisowe procedury, które udowadniają, że mamy do czynienia z potężnym deficytem kierowania się zasadami we Wspólnocie. Tak naprawdę te procesy decyzyjne, które zapadają w ramach UE, są pozbawione legitymizacji demokratycznej. Premier Beata Szydło, broniąc praw Polski, dopominała się uznania naszej podmiotowości, a przy tym obnażyła hipokryzję elit europejskich, które demokracje traktują fasadowo. W Europie nie obowiązują już jasne zasady demokratyczne, tylko dzielenie stanowisk, wpływów, służące realizacji interesów najsilniejszych graczy.

Polska akceptuje zaistniałą sytuację?

– Przed nami 60. rocznica podpisania traktatów rzymskich. Oficjalnym uroczystościom towarzyszyć będzie podpisanie deklaracji rzymskiej. W jasny sposób nakreśliliśmy swoje stanowisko. Domagamy się, aby uwzględniono w niej prawo do poszanowania suwerennych decyzji rządów narodowych i parlamentów krajowych i żeby były szanowane i przestrzegane obowiązujące w Unii traktaty. Co będzie się działo na tym szczycie? Teraz trudno przesądzać. Mamy jeszcze dwa tygodnie, więc liczę na szerszą refleksję po stronie krajów tzw. starej Unii. Nie jest to tylko moje życzenie, ale też mediów niemieckich. „Die Welt” w swoim redakcyjnym komentarzu nazwał Donalda Tuska „przeciętnym przewodniczącym Rady Europejskiej”, a sposób jego wyboru, oparty na konflikcie z Warszawą, zaszkodzi całej Unii poprzez pogłębienie podziałów. Mówiąc kolokwialnie: skórka za wyprawkę. To, co teraz jest potrzebne, to głęboka reforma Unii i sposobu jej zarządzania. I Polska domaga się tego z całych sił.

Ta sama gazeta pisze o niechybnej zemście Warszawy za poparcie kandydatury Donalda Tuska. Ponoć Polska ma teraz często korzystać z prawa weta.

– Nie mogę wypowiadać się za rząd. Poza tym trudno mi opisywać strategie, jakimi kierować się teraz będzie Warszawa. Niewątpliwie to, co się wydarzyło podczas ostatniego szczytu, poskutkuje tym, że Polska będzie się z niezwykłą uwagą przyglądała temu, co proponuje Bruksela.

A mamy z kim zmieniać Unię? Zachodnie gazety piszą o izolacji Polski.

– Polska jest zbyt ważnym krajem Unii, aby ją ignorować. W ostatnich latach UE dosięgło wiele problemów: kryzys wartości, migracyjny, instytucji unijnych, deficyt demokracji, gospodarczy i finansowy, a także utrata konkurencyjności towarów i produktów europejskich na globalnych rynkach. Także członkowie Grupy Wyszehradzkiej wysyłają sygnały, że ulegając presji Berlina, wystawili na próbę solidarność krajów Europy Środkowej. Oni mają świadomość, że to może zaszkodzić im samym. I teraz Polska jest jedynym krajem, który może z podniesioną głową powiedzieć, że domaga się reformy Unii. Jeżeli inne kraje nie wezmą z nas przykładu, czekają nas wyjątkowo chude lata w Europie. Bo dziś mamy do czynienia z zaklinaniem rzeczywistości. Elity europejskie twierdzą, że nic złego się nie dzieje, a jeżeli nawet pojawi się coś niepokojącego, to pojawia się to poza Unią Europejską. Najlepszym przykładem tego jest list Donalda Tuska sprzed sześciu tygodni do przywódców europejskich, w którym zrównał Amerykę Trumpa z Rosją Putina i nie dostrzegł ani jednego problemu wewnątrz Wspólnoty. Tym samym, po raz kolejny, udowodnił, że jest przewodniczącym od chowania głowy w piasek.

Widzi Pan sens dalszej współpracy w ramach Grupy Wyszehradzkiej?

– Rozmowy będą trudne, ale trzeba je kontynuować. Mimo wszystko trzeba szukać tego, co łączy, a wyjaśniać to, co dzieli. Jednak nie powinno to dotyczyć tylko V4, ale też innych grup w ramach UE. Teraz przechodzimy weryfikację polskiej polityki zagranicznej w stosunku do poszczególnych krajów Wspólnoty i do Brukseli jako całości.      

Dziękuję za rozmowę.