• Poniedziałek, 23 marca 2026

    imieniny: Pelagii, Feliksa, Oktawiana

Jak wybiorą prezydenta UE?

Poniedziałek, 6 marca 2017 (10:17)

W ostatnią sobotę minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski poinformował, że w imieniu polskiego rządu przesłał notę dyplomatyczną do premiera Malty (sprawuje przewodnictwo w Radzie w I półroczu tego roku), w której zgłosił Jacka Saryusz-Wolskiego na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej.

Od tego momentu Jacek Saryusz-Wolski, poseł do Parlamentu Europejskiego od 12 już lat, członek frakcji Europejskiej Partii Ludowej (choć w sobotę wieczorem wyrzucony przez Grzegorza Schetynę z Platformy, a w konsekwencji i z partii EPL), jest jedynym kandydatem rządu Beaty Szydło na to stanowisko.

Nie mają więc żadnego oparcia w rzeczywistości wypowiadane przez polityków Platformy, ale także przez wielu publicystów opinie, że Polska ma w tej sytuacji aż dwóch kandydatów na stanowisko przewodniczącego, gdyż Donald Tusk kandydatem polskiego rządu nie jest.

Być może w rozmowach, które będą w tej sprawie trwały w ciągu najbliższych kilku dni, zgłosi go na to stanowisko jakieś inne państwo, być może będzie to Malta jako kraj sprawujący przewodnictwo w Radzie, polski rząd na pewno tego nie zrobi.

Polski rząd nie zgłosi Donalda Tuska na to stanowisko z co najmniej dwóch powodów. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy nie jest on bowiem neutralny w stosunku do rządu Beaty Szydło (tak jak zgodnie z unijnymi zasadami powinien być wysoki urzędnik europejski) i niestety jest zagrożeniem dla przyszłości UE.

Wobec Polski nie tylko nie jest neutralny, ale wręcz szkodzi naszemu krajowi, o czym świadczy jego zaangażowanie, a w zasadzie wręcz skłanianie Komisji Europejskiej, aby rozpoczęła wobec nas procedurę badania praworządności.

W momencie, kiedy KE badała, czy może rozpocząć wobec Polski tę procedurę, służby prawne Rady kierowanej przez Tuska zgłosiły poważne zastrzeżenia, między innymi takie, że Komisja w ten sposób przekracza swoje kompetencje.

Po interwencji Tuska zastrzeżenia te zostały wycofane i od tamtej pory procedura ta jest wobec Polski prowadzona (w tej chwili trwa II jej etap), a sam przewodniczący Rady, mówiąc na ten temat w PE pod koniec grudnia 2015 roku, powiedział, że procedura, która formalnie może się skończyć odebraniem Polsce głosu na posiedzeniach Rady, jest – jak to zgrabnie ujął – „optymalna”.

Był on także zwolennikiem wprowadzenia relokacji imigrantów (wpłynął na ówczesną premier Kopacz, aby zagłosowała na Radzie za tym rozwiązaniem), choć wcześniej w ramach Grupy Wyszehradzkiej uzgodniliśmy, że będziemy głosowali przeciw niemu.

Konsekwencją wprowadzenia tego mechanizmu (ze 160 tysięcy imigrantów Polsce przypadło 12 tysięcy) i niechęci wielu krajów do jego realizacji było ogłoszenie przez KE w maju 2016 systemu kar za nieprzyjmowanie wyznaczonej liczby imigrantów (250 tys. euro za każdego nieprzyjętego), co mogło nas kosztować nawet 3 mld euro.

Dobrze, że w ostatnich miesiącach Grupa Wyszehradzka pod przewodnictwem naszego kraju zgłosiła w sprawie problemów imigracyjnych koncepcję tzw. elastycznej solidarności (zdecydowana ochrona granic zewnętrznych UE i pomoc dla uchodźców w pierwszym bezpiecznym kraju) i tamto rozwiązanie nie jest realizowane, ale niestety prawnie obowiązuje, ponieważ przegłosowała je kwalifikowana większość, w tym niestety rząd Ewy Kopacz.

Ale Donald Tusk na stanowisku przewodniczącego Rady do jesieni 2019 to także zagrożenie dla przyszłości UE, bo już pierwsza jego kadencja była nieudana pod względem pomysłów na reformy.

Jak żartują internauci – to, co wyszło Tuskowi w czasie jego przewodniczenia Radzie, to Wielka Brytania z UE. I jest to niestety prawda, ponieważ ostateczne porozumienie w sprawie pozostania Wielkiej Brytanii negocjował z premierem Cameronem właśnie on.

Poważnie obciąża Tuska także brak reakcji na zaproszenie imigrantów do Niemiec przez kanclerz Angelę Merkel latem 2015, co zrobiła, łamiąc wszystkie unijne procedury, mimo że już wtedy w większości krajów starej i nowej UE spotkało się ono ze zdecydowanym sprzeciwem (protestowały Włochy, Grecja, Austria, Hiszpania, ale także Węgry, Słowacja, Czechy).

Gdyby już wtedy Tusk zwołał posiedzenie Rady i przyjęłaby ona zalecenia dla Komisji o natychmiastowym wzmocnieniu granic zewnętrznych UE i pomocy na miejscu, to imigranci nie rozlaliby się po całej Europie, co z kolei spowodowało poważne osłabienie porozumienia z Schengen (powrót kontroli granicznej w wielu krajach).

Donald Tusk nie jest więc do przyjęcia nie tylko dla Polski, ale powinien budzić poważne wątpliwości także w innych krajach członkowskich, chcących głębokich reform, bez których UE zwyczajnie nie przetrwa.

Jeżeli jednak się okaże, że mimo iż Donald Tusk nie jest kandydatem polskiego rządu, a zostanie wybrany na stanowisko przewodniczącego Rady tzw. podwójną większością, będzie to oznaczało, że w UE nie ma już żadnych zasad, a w konsekwencji jej przyszłość stoi pod poważnym znakiem zapytania.

Dr Zbigniew Kuźmiuk