Kaci mieli poczucie bezkarności
Poniedziałek, 10 grudnia 2012 (09:40)Z kpt. dr. Dariuszem Fudalim, funkcjonariuszem Służby Więziennej, pracownikiem Zakładu Karnego w Rzeszowie, rozmawia Mariusz Kamieniecki
W wyniku prac ekshumacyjnych na tzw. Łączce na warszawskich Powązkach zidentyfikowano już pierwsze ofiary. Jak wyglądały przygotowania i jak przebiegały same egzekucje w więzieniach Urzędu Bezpieczeństwa?
- Tak naprawdę nie obowiązywały tu żadne zasady. Skazani na ogół trafiali do tzw. cel śmierci. Wyroki wykonywano o różnych porach dnia - albo wcześnie rano, albo późnym wieczorem, ale, jak np. na Rzeszowszczyźnie, zabijano także w porze popołudniowej. Tylko w przypadku Wrocławia rodziny mogły odbierać zwłoki swoich krewnych. Zasadniczo tendencja była taka, aby ciała straconych chować potajemnie, wszystko po to, aby wszelki ślad po nich zaginął, żeby nawet po śmierci nie funkcjonowali w oczach opinii publicznej. W ten sposób próbowano zatrzeć ich pamięć i uniemożliwić tworzenie się czegoś w rodzaju legendy. Tak było w całym kraju. Ogólnie w Polsce w latach 1944-1956 wydano ponad osiem tysięcy wyroków śmierci, z czego przeszło sześć tysięcy wykonano. Mimo iż na protokołach wykonania wyroków śmierci widniała rubryka: dowódca plutonu egzekucyjnego, to tak naprawdę sporadycznie zdarzało się, żeby wyrok wykonywało więcej osób, najczęściej był to jeden człowiek. Na ogół wyrok wykonywano tzw. strzałem katyńskim w tył głowy, ale również wieszano.
O ofiarach mówi się wiele, mało jednak wspomina się o katach. Kim byli bezpośredni egzekutorzy wyroków śmierci, którzy wykonywali je na działaczach podziemia niepodległościowego?
- Byli to ludzie z tzw. awansu społecznego, ludzie przeważnie prości, którymi łatwo można było manipulować. Zdecydowana większość katów miała spore problemy alkoholowe, co zresztą w ówczesnych PRL-owskich służbach nie należało do rzadkości. Obok tego, że lubili wypić, to byli też bardzo słabo wykształceni. Na ogół pozostawali do dyspozycji szefa danego Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Trzeba też powiedzieć, że nie były to osoby do końca anonimowe, ale znane wśród funkcjonariuszy. Niektórzy z nich na pewno byli chciwi. W Warszawie w więzieniu na Mokotowie szczególnie znany był jeden z głównych egzekutorów stalinowskich w PRL Piotr Śmietański, który wykonał wyrok strzałem w tył głowy m.in. na majorze Hieronimie Dekutowskim ps. „Zapora” czy na rotmistrzu Witoldzie Pileckim. W okrucieństwie nie ustępował mu Aleksander Drej, który zabił m.in. ppłk. Łukasza Cieplińskiego, dowódcę IV Zarządu WiN.
Często o strażnikach więziennych mówiło się: hieny. Z czego to wynikało…?
- Jak już wspomniałem, byli to ludzie prości, którym często uderzała do głowy woda sodowa. Mieli poczucie władzy, bezkarności i chcieli się szybko wzbogacić. Niektórzy z nich rabowali zwłoki, kopniakami wybijali im złote zęby, zdzierali z nich marynarki i buty. Różnie się potem z tego tłumaczyli, np. że nikt nie powiedział im, że tak nie wolno. To były ludzkie hieny. Mimo tak trudnych czasów w szeregach służby więziennej zdarzali się tacy, którzy współpracowali z podziemiem antykomunistycznym, ryzykowali życiem i byli więzieni. To pokazuje, że ludzie zachowywali się różnie, także w sposób godny i odpowiedzialny, dlatego z pewnością nie można generalizować, bo byłoby to nieuzasadnione i niesprawiedliwe.
Co sprawiało, że ludzie przeobrażali się w katów?
- Głównym, pierwszoplanowym czynnikiem była chciwość i chęć zarobienia jak największej ilości pieniędzy. Za wykonanie wyroku otrzymywali ponad 3 tys. zł, kiedy np. nauczyciel zarabiał miesięcznie 500 może 600 złotych.
Wyroki śmierci były wykonywane także w więzieniach na terenie kraju, o czym wspomina Pan w swojej pracy doktorskiej pt. „Więziennictwo na terenie województwa rzeszowskiego w latach 1944-1956”. Jak to wyglądało np. w Rzeszowie?
- Najwięcej wyroków śmierci na Rzeszowszczyźnie wykonywano w więzieniu na zamku w Rzeszowie. Były to wyroki wykonywane zazwyczaj strzałem w tył głowy w więziennych piwnicach, ale także od 1946 r., w miarę potrzeb, wieszano skazanych na szubienicy ustawianej na wewnętrznym dziedzińcu zamku. Czyli strzelano i wieszano, a oprócz tego wywożono więźniów np. do lasu głogowskiego i tam wykonywano egzekucje, było to jednak znacznie rzadziej. Ponadto 17 czerwca 1946 r. miała miejsce egzekucja publiczna na Rynku Giełdowym w Rzeszowie, gdzie powieszono dwóch byłych żołnierzy AK: Józefa Koszelę ps. „Sowa” i Bronisława Stęgę ps. „Kolejarz”. Wyroki śmierci wykonywano też w więzieniu w Przemyślu, z tym że już w znacznie mniejszym wymiarze. Na terenie Rzeszowszczyzny wykonano około pięciuset egzekucji. Oczywiście ofiar terroru komunistycznego było znacznie więcej.
Ilu katów wykonywało wyroki śmierci na Rzeszowszczyźnie?
- W swoim poszukiwaniach dotarłem do dziewięciu nazwisk. Z tym że dwóch pod tym względem - używając przenośni - było bardzo „płodnych”. Trzeba też powiedzieć, że nie było czegoś takiego jak kat etatowy. Podczas kwerendy nie dotarłem bowiem do żadnego dokumentu, w którym zostałoby wymienione nazwisko i funkcja kat. Byli to zatem funkcjonariusze Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Rzeszowie, w większości żołnierze tzw. plutonu ochrony gmachu, gdzie mieściła się siedziba UB, albo personel aresztu wewnętrznego tegoż urzędu. Ci funkcjonariusze zabijali najwięcej i najczęściej. W egzekucjach brał także udział jeden pracownik straży więziennej. Urząd Bezpieczeństwa i straż więzienna były wprawdzie dwoma różnymi instytucjami, ale podlegały jednemu resortowi – Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego.
Gdzie ofiary zbrodni komunistycznych były chowane, kto to robił i jak traktowano zwłoki?
- Z tym bywało różnie, najczęściej ofiary egzekucji grzebano w sposób bezimienny, na obrzeżach cmentarzy, często pod płotem bez zaznaczania miejsca pochówku. Na przykład w Jarosławiu takie „pochówki” odbywały się na Nowym Cmentarzu, na tzw. Wesołej Górce albo na Starym Cmentarzu. Oczywiście robiono to pod osłoną nocy bądź wczesnym świtem, gdzie było najmniejsze ryzyko, że ktoś z osób postronnych się zorientuje. Dotarłem do materiałów, gdzie grabarz o nazwisku Kajzer wskazał jednej z rodzin miejsce pochówku trzech żołnierzy AK, którzy zostali pojmani podczas obławy i zamordowani jesienią 1944 roku. O tym, że mordów tych dokonywali ludzie bez sumienia, a podobni im grzebali ofiary, najlepiej świadczy fakt, że jak zeznał ów grabarz, ofiarom – wysokim mężczyznom - połamano nogi, bo nie chciały się zmieścić w zbyt małym grobie. W tym przypadku byli to funkcjonariusze Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Jarosławiu. To świadczy o okrucieństwie i braku szacunku dla zmarłych. Podobnie grzebano ofiary UB w Przemyślu czy Rzeszowie.
Jakie były losy katów – wykonawców egzekucji na polskich patriotach?
- W przypadku Piotra Śmietańskiego – „kata Mokotowa” mimo zabiegów IPN nie udało się znaleźć dokumentów, bo wszystkie dane dotyczące jego osoby zostały usunięte z oficjalnych archiwów rządowych. Aleksander Drej zmarł na początku lat 90. Był ostatnim polskim katem znanym z imienia i nazwiska. Z kolei kat, który wykonał najwięcej wyroków śmierci na Rzeszowszczyźnie, w 1950 r. napisał raport do szefa WUBP w Rzeszowie z prośbą o przeniesienie do Koszalina. Bał się o siebie, bo to, że był katem, było już powszechnie znane. W Koszalinie na początku też był do dyspozycji szefa WUBP, co pozwala domniemywać, choć nie mam na to dowodów, że swoją „karierę” w nowym miejscu rozpoczął również od roboty specjalnej. Jak wspomniałem, ludzie ci bardzo dużo pili, jeden, który wykonywał bardzo dużo wyroków, pił do tego stopnia, że utracił kontrolę nad sobą i nawet UB zwolnił go dyscyplinarnie. Inny kat, który był pracownikiem straży więziennej, popełnił samobójstwo.
Dziękuję za rozmowę.