Reglamentowana swoboda
Poniedziałek, 10 grudnia 2012 (02:12)Mamy dzisiaj bardzo ostry spór polityczny w Polsce - przyznaje Andrzej Zwara, prezes Naczelnej Rady Adwokackiej, która wraz z Komisją Praw Człowieka przy NRA zorganizowała debatę "Granice wolności słowa w mediach"
Zwara ocenił, że debata publiczna ma dzisiaj charakter konfrontacyjny. - Wolność mówienia jest podstawowa, ale musimy przypominać, że słowa mogą budować i pomagać drugiemu człowiekowi, ale również kaleczyć, niszczyć, szkodzić - podkreślał.
To było jednak dość dziwne spotkanie. Najpierw w temat wprowadził adwokatów... Jacek Żakowski, publicysta "Gazety Wyborczej", który mówił o egalitaryzacji mediów, odejściu od debaty nad problemami, od dochodzenia prawdy, i przekierowaniu ich uwagi na tanią rozrywkę.
Choć debata dotyczyła jednego z najbardziej palących problemów polskiego życia publicznego, to nie objęła spraw, które stanowią przykłady rzeczywistego ograniczenia wolności wypowiedzi. Chodzi o powództwa, procesy i pisma, jakie wysyła pełnomocnik Adama Michnika wielu dziennikarzom, publicystom, naukowcom wypowiadającym się na jego temat w mediach. Najbardziej skrajnym przypadkiem jest proces wytoczony poecie Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi. Co więcej, o wolności słowa z perspektywy dziennikarza mówiła... Ewa Siedlecka właśnie z "GW".
W ocenie Dominiki Bychawskiej-Siniarskiej, dyrektor Obserwatorium Wolności Mediów w Polsce, wiele strasburskich standardów, mających chronić wolność słowa w Polsce, jest w postępowaniach przez krajowymi sądami nieuwzględnianych. - Standardem, z którymi polskie sądy mają problem, jest nierozróżnienie faktów od opinii.
Czasem sądy kwalifikują fakty jako opinie, a innym razem opinie każą udowadniać - wyjaśniała Dominika Bychawska-Siniarska. Najpoważniejszym problemem jest jednak kwestia nieproporcjonalności sankcji. Wymieniała przy tym przykłady blogerów i lokalnych dziennikarzy, którzy najczęściej padają ofiarami nadużywania przez wymiar sprawiedliwości kar w postaci wysokich grzywien, odszkodowań, zakazu wykonywania zawodu.
Jednak w ostatnich miesiącach chyba najbardziej skandalicznym przypadkiem była podjęta przez Lecha Wałęsę próba skłonienia Krzysztofa Wyszkowskiego do przeprosin. Chodzi o publiczną wypowiedź byłego działacza Wolnych Związków Zawodowych w sprawie działalności Wałęsy jako tajnego współpracownika SB o pseudonimie "Bolek". Wałęsa oficjalnie zapowiedział, że doprowadzi Wyszkowskiego do bankructwa.
Problem jednak nie dotyczy jawnego naruszenia dóbr osobistych byłego lidera "Solidarności", ale - delikatnie mówiąc - poważnego sporu historycznego i politycznego ostatniego 20-lecia. Podobnie jest z Robertem Fryczem, który został we wrześniu tego roku skazany za obrazę prezydenta. Sąd wymierzył mu karę: rok i trzy miesiące w wymiarze 40 godzin prac społecznych w miesiącu. Tymczasem Trybunał w Strasburgu od dawna twierdzi, że nie ma powodu, by w prawie krajowym utrzymywać sankcje specjalnie chroniące głowę państwa.
Ireneusz Kondak z Kancelarii Europejskiego Trybunału Praw Człowieka wyjaśniał, że orzecznictwo Trybunału broni wolności podlegającej reglamentacji. - Ona podlega ograniczeniom - podkreślał. Przyznał jednak, że dziennikarze posiadają przywilej kontrowersyjności treści i ostrości sformułowań, prawo do pewnej przesady.
- Ich użycie niekoniecznie usprawiedliwia sankcje. Trzeba spojrzeć na kontekst sprawy, na to, czego dyskusja dotyczyła. Być może ostra reakcja jest reakcją na równie ostrą wypowiedź - stwierdził Kondak.
Przyznał, że na dziennikarzach ciąży również obowiązek troski o zachowanie dobrego imienia innych osób. Zabrakło jednak przykładów, jak choćby publiczne znieważanie Lecha Kaczyńskiego, bezpardonowe atakowanie jego córki i brata, będącego jednocześnie liderem opozycji, nagłaśnianie przez największe gazety oraz stacje telewizyjne brutalnych wypowiedzi Stefana Niesiołowskiego, Janusza Palikota, Kazimierza Kutza, a także propagandowy charakter działalności wielu stacji telewizyjnych, radiowych, gazet i portali internetowych.
Adwokaci i ich goście rozmawiali również o art. 212 kodeksu karnego, który przewiduje karę więzienia za zniesławienie w środkach masowego przekazu.
- Nie ma konsensusu, by to prawo zmienić. To taki "dinozaur" z 1984 roku - mówiła Bychawska-Siniarska. Zdaniem prezesa NRA Andrzeja Zwary, są obecnie w Polsce dwie skrajne opinie na temat zasadności jego istnienia. Z jednej strony, mamy pogląd uzasadniający istnienie przepisu ze względu na konieczność obrony wspólnoty przed skrajnie pojmowaną wolnością słowa.
- Z drugiej strony, mamy opinię, jakoby wolność w mediach była wartością totalną, gdzie nie ma żadnych granic. Są grupy, takie jak artyści, dziennikarze czy politycy, którzy jakby mając specjalne prawa, mogą mówić to, co myślą i chcą, nie patrząc na skutki - mówi prezes NRA.
W końcu listopada rzecznik praw obywatelskich prof. Irena Lipowicz zaskarżyła do Trybunału Konstytucyjnego zapis z art. 212 kodeksu karnego przewidujący karę więzienia za zniesławienie. Rzecznik nie kwestionuje potrzeby karania za zniesławienie, ale dostrzega konieczność zmiany prawa polegającej na rezygnacji z kary do roku więzienia i pozostawienia za ten czyn kar grzywny bądź ograniczenia wolności.
Maciej Walaszczyk